Fojut: Polską piłkę hamuje brak odwagi. To wina kultury i systemu utwierdzanego przez lata (WYWIAD)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
stalrzeszow.pl
stalrzeszow.pl

Co dały mu studia na Instytucie Cruyffa i co jest nie tak z polską piłką? Dlaczego Sebastian Mila był najlepszym kapitanem? Co gubi polskich trenerów? Czy futbol upośledza i czego nie warto robić w inwestycjach? Jarosław Fojut spędził ponad piętnaście lat w tej branży. Pogadaliśmy o tym, co chce robić po zakończeniu kariery i jak się do tego najlepiej przygotować.

Rozmowa odbyła się dzień przed incydentem, w którym kibice Stali Rzeszów po meczu z Sokołem Ostróda wtargnęli do szatni i zaatakowali jednego z piłkarzy i trenera klubu. „Ta i podobne sytuacje są efektem patologii naszego systemu” - napisał Jarek na swoim Facebooku. „Nie podziękowaliście kibicom” - to jedyny argument, który usłyszeliśmy po tym przykrym incydencie.

PAWEŁ GRABOWSKI: Dobrze słyszałem, że kończysz karierę?

JAROSŁAW FOJUT: Nigdzie tego nie oficjalnie nie mówiłem, ale tak, już dawno zdecydowałem, że po tym sezonie przestanę grać w piłkę. Mam jeszcze rok kontraktu w Stali Rzeszów, więc pewnie latem usiądziemy z zarządem i uzgodnimy moją dalszą rolę. Jeśli ja i klub będziemy chcieli żebym tutaj został, to tak będzie.

Kiedyś mówiłeś, że zostaniesz trenerem, ale potem się z tego wycofałeś. Co się stało?

Zawsze traktowałem piłkę jako część mojego rozwoju. Już mając 18 lat myślałem, co będzie, jak skończę grać. Każdy nowy trener był dla mnie nowym bagażem wiedzy. Myślałem o trenowaniu, ale z czasem zacząłem też obserwować zarządzających. Lubię przyglądać się piłce z różnych perspektyw, co dla piłkarza bywa zgubne. Trudno funkcjonuje się w szatni mając dużą wiedzę o piłce. Zawsze było mi bardzo trudno skupić się na graniu i trenowaniu, kiedy miałem coraz większą perspektywę. Niestety mi jako piłkarzowi to przeszkadzało.

Byłeś dla trenerów problemem?

Według mnie nie byłem, ale strzelam, że tak mogłem być odbierany.

Rzucisz jakiś przykład?

Były sytuacje, w których trener mnie wysłuchał, ale na końcu obracało się to przeciwko mnie. Przykładowo zrobił to, co zasugerowałem, a na końcu było: „Nie no, przecież to był pomysł Jarka”. Nigdy nie byłem piłkarzem, który chciał wpływać na trenera. Po prostu pokazywałem jakieś opcje. Chciałem wypowiedzieć swoje zdanie, żeby poszerzyć perspektywę. Na Zachodzie to jest normalne. A u nas dyskusję odbiera się jako problem. I to nie jest wina trenerów. To wina kultury i systemu utwierdzanego przez lata, który nie jest gotowy na to, by mówić sobie rzeczy między oczy.

Kiedyś patrzyłeś na to bardziej idealistycznie?

Ja mam cały czas idealistyczne podejście do piłki. To się zdeptało trochę, ale patrzę na to jako element rozwoju. Kiedyś nie miałem wiedzy z jakimi rzeczami zmaga się każdy podmiot. Uważam, że polscy trenerzy są naprawdę dobrzy i gdyby wsadzić ich w zachodnie otoczenie, to daliby radę. Tam nie zmagaliby się z tym, z czym zmagają się w Polsce. U nas jest niska etyka pracy. Są grupy, gdzie każda chce mieć w pewnym sensie autonomię. Czyli zdobyć siłę i za wszelką cenę ją utrzymać. Mówię to z perspektywy wielu szatni, w których byłem. Sam stawałem się częścią różnych procesów w niej zachodzących. Według mnie każdy powinien skupić się tylko i wyłącznie na swoich obowiązkach, a liderzy są od tego żeby iść w tym samym kierunku zgodnie z wizją i wartościami. U nas możesz zatrudnić najlepszych trenerów, ale co z tego, skoro nasze szatnie nie są na to gotowe.

Profity bycia trenerem w Polsce są niewymierne do tego, ile człowiek musi poświęcić, by wejść na ten poziom?

U nas jest tak, że ciągle mówi się o nowych miotłach. Przychodzi trener i w 80 procentach zaczyna wygrywać. Potem ma mecz nr 5 albo 6 i nagle przychodzą trzy porażki. Drużyna zaczyna wątpić. Trener na to spogląda. I od razu pojawiają się głosy: „Słuchaj, może posłuchałbyś tych starszych zawodników? Może niech oni coś zaradzą”. To błędne koło. Bo to już wtedy nie jest zespół trenera. On przestaje prowadzić go według własnych zasad. My, w Polsce mamy problem z tym, żeby powiedzieć otwarcie, że tak jest. Nie lubimy wrzucać kamyków do ogródka, a może powinniśmy? Bo od wiecznego poklepywania się dalej będziemy mieli piłkę taką jak mamy. To nie jest rozwojowe.

W którym momencie stwierdziłeś, że chcesz iść w zarządzanie? Już parę lat temu zapisałeś się na studia w Instytucie Cruyffa.

Czytałem jego książkę w momencie, gdy wiedziałem już, że nie chcę być trenerem. Podobało mi się to jak Cruyff patrzy na piłkę. On bardzo mocno podkreśla romantyzm i emocje tej gry. Zaraz po skończeniu książki zobaczyłem, że ma swój Instytut. Wszedłem w Internet i zacząłem czytać. Od razu pyk, pyk, zapisałem się na kurs zarządzania w sporcie. To było jak odświeżenie głowy. Poczułem się, że rozmawiam o piłce w sposób w jaki zawsze chciałem rozmawiać. To było coś ponad to, z czym spotykałem się w Polsce. Na tym kursie masz konkretne przykłady i konkretne działanie. Dużo jest rozmów o wartościach i poczuciu misji. Wszystkie biznesy od tego się zaczynają. A u nas ktoś w ogóle o tym mówi? Jakie wartości ma przykładowy Górnik Zabrze? Co takiego robią, żeby zademonstrować swoją tożsamość? Porównaj to sobie z zachodnimi klubami.

Wyobraziłem sobie teraz Borussię Dortmund. Tam faktycznie wszędzie widzisz hasło „Echte Liebe” i czujesz unikalność tego miejsca.

U nas jest chaos, my żyjemy w chaosie. Ja rozumiem prezesa Bońka, kiedy mówi: „Słuchajcie, nie jest moją winą to jak funkcjonują polskie kluby”. Ma rację, bo przecież to są prywatne biznesy. Mało jest klubów robionych z głową. Przypomnij sobie GKS Bełchatów w 2007 roku, gdy walczyli o mistrza. Mnóstwo pieniędzy wrzucanych, drugie miejsce. I nagle wchodzą w tryb przetrwania. Powiedz mi: ci kibice, co wtedy pokochali Bełchatów, czy oni teraz go kochają? No nie. To się w ogóle nie łączy z ich wartościami. Z drugiej strony masz mnóstwo klubów, które wchodzą w gorszy okres, spadają z ligi i nagle frekwencja skacze do góry. Widzew Łódź jest dobitnym przykładem.

Co jeszcze dał ci Instytut Cruyffa?

Dał mi przekonanie, że nie możesz gdzieś wejść z kopa i powiedzieć, że od teraz zmieniamy wszystko od A do Z. Na kursie są różne moduły: finanse, marketing, media, strategia, statystyki, liderowanie itd. To działa na zasadzie, że najpierw masz teorię, potem praktykę i na koniec projekty. Robisz je na podstawie podmiotu, w którym pracujesz. Tutaj zawsze będę wdzięczny Pogoni, która wiele rzeczy mi pokazała. Ja się sam dużo o klubie dowiedziałem. Ostatnio np. robiłem projekt na podstawie Stali Rzeszów. Uderzył mnie fakt, że mało jest w Polsce informacji o klubach.

W sensie, że mało jest badań?

Nie ma żadnych badań. Nie ma statystyk, na których możesz oprzeć jakąś analizę. Nie ma nic. Wszystko jest robione na nos. To tak, jak kiedyś usłyszałem: po co w ogóle robi się Powszechny Spis Ludności? No jak to po co? Kurde, to jest tak ogromna baza danych. Można na niej oprzeć gospodarkę kraju. Co to w ogóle za pytanie, czy jest sens to robić? Na podstawie tego łatwiej jest podejmować strategiczne decyzje. I tak samo powinno być w klubach. Cruyff mówi jeszcze jedną fajną rzecz o zarządzaniu: że piłkę powinni robić piłkarze, ale tylko wtedy, jeśli są odpowiednio wyedukowani. Czyli odwrotnie niż w Polsce, bo u nas każdy by chciał zarządzać, ale nie każdemu chce się zainwestować w edukację.

Rządzi kolesiostwo?

Układy są wszędzie, nie tylko w piłce. Tak ten świat jest ułożony. Nie podoba mi się np. to, że nie ma albo mało jest organów kontrolujących klub albo akademie. Bardzo dobrym pomysłem jest np. certyfikacja akademii, ale nie możemy patrzeć tylko na akademię jako całość, bo tu chodzi przede wszystkim o młodego człowieka. Powinniśmy weryfikować jak traktuje się nastoletnich piłkarzy. Przykładowo w Premier League jest tak, że Manchester United nie może wyjąć gościa, który mieszka w Londynie, jeżeli nie zagwarantuje mu scolarship po 16. roku życia. Tam jest granica 100 albo 150 kilometrów. Nie jest tak jak u nas, że Zagłębie Lubin wyciąga sobie kogoś z Białegostoku. Nikt nie kontroluje, jak mentalnie znosi to dziecko. Dzisiaj wszyscy chcieliby widzieć w młodych produkt, a to przecież jest człowiek z jakaś wrażliwością i jakimiś marzeniami.

W Niemczech tylko trzy procent wychowanków akademii trafia do dużego futbolu.

Miałem to już w 2004 roku w Boltonie. Przyjechałem jako 18-latek i dwa miesiące później stoją przed nami ludzie i mówią: „Pamiętajcie, że 2 procent z was zagra na profesjonalnym poziomie”. A ty słuchasz, oglądasz się na kolegów i zaczynasz liczyć. Nie jest to optymistyczne, ale przynajmniej ktoś jest w stosunku do ciebie szczery i działa na konkrecie. Skończmy z kłamstwem. Nie cierpię tego roztaczania nieprawdziwych wizji, byle tylko funkcjonować. W tym momencie włącza mi się natura buntownika, który mówi: przestańmy pieprzyć, bo to nie ma sensu.

Ta natura buntownika nie przeszkodzi ci w zarządzaniu?

Jeśli rozmawiamy na poziomie zarządzającym to tutaj nie ma miejsca na bycie buntownikiem. To tylko praca. Mam osobowość buntowniczą, ale potrafię oddzielić siebie od roli w jakiej jestem. Wcześniej miałem z tym kłopot albo po prostu brak świadomości. Jako zarządzający na pewno będę miał większe wyczucie, ale też nie będzie tak, że przestraszę się mówienia rzeczy wprost. Przestałem przejmować się tym, co ktoś pomyśli z boku. W ogóle uważam, że naszą piłkę hamuje szeroko pojęty brak odwagi. To, że trenerzy boją się postawić na nastolatka powoduje, że piłkarze mają coraz mniej wiary w siebie i przepadają. Dam ci przykład: Wisła Płock, Hubert Adamczyk i Rafał Wolski. Najlepsi technicznie piłkarze, z jakimi kiedykolwiek grałem w Polsce. Oni są w Wiśle Płock. Grają w klubie, który w ogóle nie gra w taki sposób. Oni jeszcze się jakoś utrzymali na poziomie. Ale ilu było podobnych w wieku 17 lat, których już nie ma i w piłce nie będzie? Przepadli. To jest efekt oczekiwań klubów. Wynik sportowy jest głównym celem strategicznym w pionie sportowym. A jak osiągnąć wynik? Zredukować prawdopodobieństwo porażki. To jest minimalistyczne, ale skuteczne. Ma to wpływ na poziom naszej piłki. I wtedy o mistrzostwie decyduje kasa. Zaczyna się dyskusja na temat tego czy polscy piłkarze zarabiają za dużo. Być może tak jest.

Ciekawy jest ten wątek mentalu i odwagi. Bo to też potem widać w grze. To jest stały refren, gdy przychodzą mecze kadry

Tak sobie myślę, że przez 20 lat to największą odwagę miała kadra Beenhakkera. Przypomnij sobie tamtą reprezentację. Ona się nie bała. Ciekawe jest to jak Beenhakker w pewnym momencie odbił się od naszej piłki i jaka jest dziś wokół niego narracja. Do dziś pamiętam cytat z jakieś gazety: „Myślał facet, że przyjechał do Ciemnogrodu i może wciskać kity”. Tak to często wygląda. Dlatego cieszę się, że jestem teraz w Rzeszowie, gdzie nagle poznałem nowych ludzi i fajny sposób działania. On jest prosty: spójność i wspólne działanie w jednym kierunku. Różnie jest to odbierane i nie wszyscy to rozumieją, ale cieszę się, że mimo różnych przeciwności są łamane pewne schematy funkcjonujące od lat. I to jest dla mnie dowód na ogromną odwagę prezesa Kalisza, dyrektora Michała Wlaźlika, dyrektora akademii Mateusza Maciejewskiego i trenera Daniela Myśliwca. Do sukcesu potrzebni są absolutnie wszyscy związani z klubem. Muszą być zaangażowani i rozumieć przyjętą wizję. To nie znaczy wtrącanie się w działania operacyjne klubu. Niech każdy się skupi na swojej części. Piłkarze na graniu, kibice na kibicowaniu, trenerzy na trenowaniu, a dyrektorzy na zarządzaniu. Ktoś się może śmiać, że postawiliśmy sobie cel awansu do Ligi Mistrzów za X lat. Okej, dziś to brzmi bardzo odlegle. Ale ja też kiedyś mówiłem jako dzieciak: „Chcę zagrać w Premier League” i nawet, jeśli to był tylko jeden mecz, to zagrałem.

Ponad piętnaście lat zawodowo grasz w piłkę. Która szatnia nauczyła cię najwięcej?

Każda szatnia po trochu. Bolton dał mi sufit do którego dążyłem. Zobaczyłem środowisko zorganizowane pod sukces. Śląsk pokazał mi to, że grupa chłopaków, którzy gdzieś się odbili, ale widzieli większą piłkę, może się sprężyć i odnieść sukces. W Pogoni nie byłem już krzykaczem - tam zacząłem poznawać inne strony funkcjonowania klubu. W Wiśle Płock poddałem się od samego początku. Po prostu złą decyzję podjąłem, ale dało mi to dużą pokorę. Do samego klubu i ludzi nie mam pretensji. Mam pretensje tylko do siebie. Ale jeśli chodzi o zarządzanie, to największe lekcje mam tutaj w Stali Rzeszów. Jak pewne rzeczy można poukładać, żeby było to spójne i żeby kluczowi ludzie w klubie szli w jednym kierunku.

A miałeś jednego piłkarza, który najmocniej się inspirował?

Sebastian Mila. On ma w sobie coś specyficznego, dzięki czemu potrafi świetnie liderować. Nigdy nie zapytałem go, czy robi to świadomie, to jest po prostu jakaś wypadkowa jego doświadczeń z kariery. To jest jedyny piłkarz, który potrafił stłamsić moje emocje, zrobić tak, że skupiałem się tylko na piłce i na niczym innym. Różnych miałem kapitanów w szatni, ale on był zdecydowanie najlepszy. To on zaczął zabijać we mnie strasznego buntownika, którego miałem w sobie. Nawet, jeśli czasem mnie kopnął albo coś do mnie miał, to wiedziałem, że chce dla mnie dobrze.

Nie chciałeś zostać ekspertem jak on?

Wiesz, jaki jest Sebastian, cały czas pozytywny. On się w sekundę adaptuje do otoczenia i robi to mega naturalnie. Nie dziwię się, że ciągnie go do telewizji. Działanie w strukturach klubów jest trudniejsze, bo trzeba mieć mocne samozaparcie. Kiedyś zadałem pytanie jednemu z ekspertów, czemu nie idziesz w zarządzenie. Usłyszałem, że to nie ma sensu, bo odbijasz się od ściany. Niby chcesz dobrze, wiesz, że robisz dobrze, ale dookoła jest tylu ludzi, którzy nie idą w twoim kierunku, że na koniec masz dosyć. Musisz przebijać się przez tą specyficzną kulturę w szatniach i gabinetach.

A czujesz, że w Polsce za mało jest byłych piłkarzy, którzy po zakończeniu kariery chcą oddać piłce to, co sami dostali w przeszłości? Budując akademię, szkoląc dzieci, wnieść jakąś swoją wiedzę i doświadczenie.

To jest fajny wątek. Ja sam czuję w środku, że bardzo dużo chcę oddać piłce, bo ta piłka rzeczywiście dała mi wszystko. Finanse, rozwój, poznanie ludzi, kultur, miejsc, szatni. W tym momencie, kiedy już kończę karierę, nie mam takiego drive’u, że koniecznie muszę szukać roli, która da mi najwięcej pieniędzy. Lubię w sobie to, że ciągle jestem gdzieś idealistą.

Da się być w polskiej piłce tyle lat i tego idealizmu nie stępić?

Da się, bo jeszcze nim jestem. Ale nie bez powodu kończę grać, bo dopiero teraz świadomie mogę powiedzieć, że nie radziłem sobie z tym, że angażowałem się w wiele rzeczy dookoła piłki. Wiele lat zastanawiałem się nad zakończeniem kariery. Zaczęło się od poważnych kontuzji, a kilka ich miałem. Później myślałem o tym w Wiśle Płock, ale nie miałem odwagi i świadomości, że to jest dla mnie najlepsza rzecz. Byłem rozliczany za to co pokazywałem na boisku, a realnie oceniając moją karierę to poziom sportowy stopniowo spadał. Patrząc na poziom piłkarski to szedłem do coraz gorszych klubów. Szkoda, że dopiero teraz środowisko, ludzie i doświadczenie doprowadziło mnie do tych wniosków. Piłkarze mają teraz wiele narzędzi do pomocy, ale często jest tak, że są one trochę oderwane od rzeczywistości, w której się znajdują.

Co masz na myśli?

Dam Ci przykład z mojej kariery. W wieku 29 lat zacząłem naukę w Johann Crujff Institute. Daje mi to niesamowite korzyści w postaci wiedzy. Ale jeśli przyjdzie do mnie piłkarz i zapyta, czy warto studiować, to powiem krótko: jak skończysz grać w piłkę, to tak, ale teraz skup się tylko na piłce. Można to ciągnąć równolegle, ale coś kosztem czegoś. W moim przypadku kosztem była forma sportowa i mnóstwo kontuzji. Mamy mnóstwo dobrze wyszkolonych technicznie młodych piłkarzy. Tylko co z tego, skoro później jest im bardzo trudno osiągnąć sukces? Lepiej od razu skupmy się od najmłodszych lat nad taktyką i przygotowaniem fizycznym. Nie podoba mi się to, że nie ma wspólnego systemu, który daje wiedzę i konkretne rozwiązania np. dotyczące finansów. Podkreślam: wspólnego systemu. Tylko nieliczna grupa młodych piłkarzy jest uświadamiana. To powinno być standardem i obowiązkiem wszystkich akademii piłkarskich w kraju. Wiem, że to się zmienia i to cieszy, ale często są one pozostawione samym sobie .

Wcześnie zacząłeś inwestować?

Ja jestem fajnym przykładem, że żadna z tych inwestycji nie wyszła.

Siłownia on-line też nie?

Dużo rzeczy się na to złożyło: brak wiedzy na ten temat, brak doświadczenia, brak wsparcia merytorycznego. Jeśli opierasz się tylko na zaufaniu komuś, bo ten ktoś mówi, że wie jak to funkcjonuje, to potem dochodzisz do momentu, że lepiej z tego zrezygnować. Ale dla mnie to nauka. Biznes to nie zabawa, musisz mieć wszystko policzone i poukładane. Tak samo jest w klubach. Nie możesz wejść i na dzień dobry zrobić czystki. Najpierw obserwujesz, analizujesz, coś tam korygujesz i czekasz. Jeśli nie ma efektu, to dalej korygujesz.

To po jakim czasie wiedziałeś, że to nie to?

Już od samego początku kosztorys był źle wyliczony. Była sobie wizja, ja w nią uwierzyłem, ale potem widziałem, że wkładam pieniądze w coś, co nie przyniesie zysku. Dalej uważam, że to super pomysł na biznes, ale musisz mieć to dobrze obliczone. Nie mam o to do nikogo pretensji, bo na końcu to ja podejmuję decyzję. W idealnym świecie może mógłbym zadzwonić do Polskiego Związku Piłkarzy i powiedział: „Słuchajcie, macie może kogoś mocnego w finansach? Chciałbym żeby mi coś doradził”. Może wtedy byłbym mądrzejszy. Ale nie wydaje mi się, żeby coś takiego istniało. A jeśli istnieje, to o niczym takim nie wiem.

Co sądzisz o tym związku?

Chcemy o tym w ogóle gadać? Nie wiem, czy jest sens dyskutować o czymś, co tak naprawdę nie ma żadnego wpływu na procesy decyzyjne w jakimkolwiek podmiocie związanym w polskiej piłce. To jest twór, który jest i tyle. Może dla pewnych ludzi to pasuje. Myślę, że to mogłaby być dużo mocniejsza organizacja, ale na to ma też wpływ ogólny stan piłki. Mocna liga równa się mocnemu związkowi. To są równoległe sprawy.

Na razie mamy ligę na 30. miejsce w Europie. Zasłużenie?

Zdecydowanie tak. Mamy dużo ekspertów w wielu dziedzinach ale nie jesteśmy spójni.

Czyli rację mają ci, którzy mówią, że problem polskiej piłki są ludzie.

Tak i nie. Tak, jak powiedziałem: nie brakuje nam ekspertów. Ale na pewno wspólnej wizji i działaniu zgodnie z nią. Ale zanim wizja, to najpierw trzeba usiąść w gronie wszystkich interesantów polskiej piłki i wyciągnąć jakiekolwiek wnioski i ustalić plan. Jeśli będziemy robić cały czas to samo, to dalej będziemy ligą na 30. miejscu w Europie albo jeszcze gorzej. Bo przecież to tendencja jest ewidentnie spadkowa. Lubię czytać o ludziach jak Jobs, Zuckerberg albo Musk, bo oni nie kalkulowali, co ktoś o nich z boku pomyśli. Po prostu robili swoje, inaczej niż wszyscy, bo tylko w ten sposób możesz popchnąć rzeczy do przodu. Takiego myślenia potrzebujemy w polskiej piłce. Ludzi z wyobraźnią, cierpliwością i wewnętrzną siłą parcia do wspólnego celu. Takich liderów potrzebujemy.

Nadzieją jest nowa fala trenerów? Tych, którzy jeżdżą za granicę, inwestują w kursy i nie wychowali się na piłce z cyklu „Kiełbasy w górę i jedziemy frajerów”.

Fajne to jest, cieszę się, że są tacy ludzie. To jest to, co powiedziałem wcześniej: oni mają otwarte głowy i potrafią patrzeć z różnych perspektyw. Daleki jestem od kopiowania, że lecisz do Portugalii, przywozisz książki doktora Frade i mówisz: od teraz w Polsce będziemy robili tak jak robią to Portugalczycy. To tak nie działa. Nie masz szans przenieść jeden do jednego rzeczy z kultury A do kultury B. Doskonale wiem jak w szatni Wisły Płock został odebrany Kibu Vicuna i Tomasz Tchórz. Jeśli zatrudniasz takich ludzi, to musisz zrobić analizę wewnątrz klubu, czy w ogóle jesteś na to gotowy. Wisła miała wtedy szatnię po Jurku Brzęczku, bardzo konkretną. Klub nie był gotowy na tak drastyczną zmianę wizji gry zespołu, co skończyło się zwolnieniem trenera, którego wszyscy bardzo lubili, bo jest dobrym człowiekiem. My teraz w Rzeszowie mamy Daniela Myśliwca i podoba mi się to, że klub daje mu takie wsparcie. Trener stawia na innowacyjne granie, jest uparty w tym, co robi, bo wie, że jest w zaufanym otoczeniu. W Stali panuje taki klimat, że nie boisz się powiedzieć to, co myślisz. To mi przypomina poziom, na którym funkcjonowałem za granicą.

Co ci dała pobyty w Norwegii i Szkocji?

Trafiałem tam dzięki Colinowi Murdockowi. Poznałem go przez Tomasza Kuszczaka. Gość skończył studia prawnicze, ma ogromną wiedzę, więc od takich ludzi możesz dużo się uczyć. Cieszę się, że miałem okazję dotknąć Norwegii, bo nagle jesteś w kraju, gdzie każdy jest zadowolony z tego, jak żyje. Nie masz tego parcia i myślenia, jak drugiemu podstawić nogę. Szokiem było dla mnie to, że tam w szatni krzyk to jest coś niespotykanego. Pokazuje tylko, ze tracisz kontrolę. W Norwegii nie widzisz ludzi w gorącej wodzie kąpanych, którzy krzyczą: a teraz zrobimy to, a za chwilę tamto. Tam pierwszy raz spotkałem się z tym, że zarząd zapraszał piłkarzy i rozmawiał na temat tego, co myślą o trenerze i funkcjonowania klubu. Pomyślałem, że to dla mnie coś zupełnie niezrozumiałego. Później przeczytałem w książce o Jurgenie Kloppie, że w Mainz też tak to funkcjonowało. Zarząd nie kategoryzuje, co jest dobre, a co złe. Po prostu słucha i zbiera informacje. Przykładowo masz plan, żeby do końca sezonu wprowadzić czterech graczy z akademii do pierwszej drużyny. Dyskutujesz o tym, kto jest gotowy, a kto jeszcze nie. Poziom planowania jest lepszy, kiedy siada duża grupa ludzi i szczerze przegaduje temat.

Jak widzisz w Polsce rolę dyrektora sportowego?

U nas w środowisku rola dyrektora sportowego ciągle kojarzy się źle. Ludzie mają wrażenie, że tam zawsze w tle czają się jakieś szemrane biznesy. Poza tym w wielu klubach taki dyrektor pracuje rok albo dwa, maksymalnie trzy. Zaczniesz coś budować, a za chwilę już cię nie ma. Dyrektor nie jest tylko po to, by zrobić transfer i cyknąć sobie fotkę przy podpisaniu umowy z zawodnikiem. To jest układanie całego pionu sportowego i branie za niego odpowiedzialności.

Masz w głowie przykład wzorcowego dyrektora?

W Polsce nie mam. Poza tym nie znam wielu dyrektorów prywatnie, żebym mógł z nimi siedzieć godzinami i czerpać jakieś inspiracje. Jeśli chodzi o liderowanie i budowanie relacji, to wolę zerkać na trenerów. Spójrz np. na Mourinho - on zbudował swoje nazwisko na tym, że potrafił dostosować się do każdych warunków. W Polsce podobnie widzę Czesława Michniewicza. Jeśli chodzi o umiejętność adaptacji, nie ma lepszego trenera w Polsce. On wchodzi do klubu, analizuje personalia, minimalizuje ryzyko i wyciąga najlepsze rzeczy z danej grupy ludzi.

Kiedyś powiedział w wywiadzie, że masz predyspdocyzje do tego, żeby być świetnym trenerem.

Możliwe, ale to się już raczej nie wydarzy.

Dalej marzy ci się prezesura PZPN-u?

Nie wykluczam tego. Wiele lat musi minąć, ale dlaczego mam sobie odbierać taki plan? Jeżeli rozmawiamy o zarządzaniu w polskiej piłce, to topem pod tym względem jest praca szefa PZPN-u. Powiedziałem o tym kiedyś w wywiadzie dla Weszło. To może być długi proces, ale trzeba mieć jakiś cel przed oczami. Nie boję się o tym mówić.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.