Polska lekkoatletyka europejską potęgą jest i basta. Przed Tokio należy jednak być ostrożnym (KOMENTARZ)

Zobacz również:Wąska elita olimpijska. Dlaczego polscy piłkarze przestali jeździć na igrzyska
Drużynowe Mistrzostwa Europy - Polska
Fot. Marcin Dubiel/400mm.pl

Reprezentacja Polski po raz drugi z rzędu wygrała Drużynowe Mistrzostwa Europy w lekkoatletyce i tym samym umocniła wszystkich w przekonaniu, że na arenie europejskiej jest w ostatnich latach ekipą ze ścisłej czołówki, szczególnie że w składzie brakowało nam kilku naprawdę mocnych nazwisk. Trzeba jednak przestrzegać przed nadmiernymi oczekiwaniami co do igrzysk olimpijskich w Tokio, bo tam arena europejska zmieni się w znacznie trudniejszą – światową.

Liderująca światowym listom Maria Andrejczyk w rzucie oszczepem czy nasze największe gwiazdy biegów średniodystansowych, jak Marcin Lewandowski, Adam Kszczot, Angelika Cichocka czy Sofia Ennaoui, do tego jeszcze kilka innych nazwisk – to wszystko nieobecni. Na mistrzostwach w Chorzowie polska reprezentacja była przetrzebiona kontuzjami, a mimo to zwycięstwo udało się osiągnąć, już po raz drugi z rzędu. W tle zostali Włosi, Francuzi czy Brytyjczycy (którym też przyznać trzeba, że mieli sporo absencji), więc po raz kolejny można stwierdzić, że Polska ma najlepszą lekkoatletykę w Europie.

PRZEBIĆ SZKLANY SUFIT

Można się z tym zgadzać lub nie, ale na pewno jesteśmy w ścisłej czołówce i już od jakiegoś czasu nasi lekkoatleci robią bardzo duże postępy. Gwiazdy, jak Paweł Fajdek (jego wynik, 82.98, to najlepszy rezultat na świecie od 2017 roku i… innego wyniku Fajdka), wciąż świecą mocno, a te które zbliżają się powoli do końca sportowej przygody, zdają się mieć młodych zastępców, coraz mocniej rozpychających się wśród lekkoatletycznych gwiazd. Przykładem tego mogą być chociażby 20-letnia Pia Skrzyszowska, wygrywająca w DME dwie konkurencje (100 metrów „płaskie” i ten sam dystans przez płotki), 23-letnia Natalia Kaczmarek, która przebojem wdarła się do czołówki polskich biegów na 400 metrów (a jest to czołówka bardzo mocna) czy 17-letnia Kornelia Lesiewicz, która mimo młodego wieku już biega w bardzo mocnej sztafecie 4x400 metrów, między innymi razem z Kaczmarek.

Do pewnego momentu ten rozwój wyglądał dość prosto – jesteśmy coraz mocniejsi w Europie, ale na świecie są jednak konkurencje, po które sięgnąć niezwykle trudno. W sprintach zawsze najmocniejsze będą kraje pokroju Stanów Zjednoczonych i Jamajki, w średnich i długich dystansach reprezentacje afrykańskie, ze szczególnym uwzględnieniem Kenii i Etiopii, a i w konkurencje rzutowe, bardzo dla nas medalodajne, w ostatnich latach mocne kraje (np. Amerykanie) zaczęły bardzo mocno inwestować.

Dlatego też, mimo sukcesów gdzie indziej, na kilku ostatnich igrzyskach olimpijskich z lekkoatletyki „wyciągaliśmy” maksymalnie trzy medale i wydawało się, że ten sufit na najważniejszej imprezie sezonu jest niezwykle trudny do przebicia.

EUROPEJSKA POTĘGA

Rozwój stał się jednak jeszcze większy niż byśmy przewidywali. Kiedy na mistrzostwach świata w Berlinie w 2009 roku zdobywaliśmy dziewięć medali, wielu krzyczało: „Dlaczego nie było tak rok wcześniej na igrzyskach w Pekinie?”. Powód był prosty – wynik z Berlina był zdecydowanie ponad stan. Sporo szczęścia, trochę odpuszczenia ze strony najmocniejszych krajów i kilka miłych niespodzianek. Najlepszym dowodem na to był fakt, że dwa lata później tych medali było… dwa.

Był to jednak sygnał, że staliśmy się krajem „drugiego szeregu” na świecie. Kiedy najmocniejsi lekko odpuszczają, Polska jest zaraz z tyłu, co już było czymś, czego brakowało nam od dawna. Igrzyska w Rio, z różnych względów, zakończyły się nie najlepiej, ale fakt, że w 2015, 2017 i 2019 roku na mistrzostwach świata zdobywaliśmy odpowiednio osiem, osiem i sześć medali, już nie był takim przypadkiem jak Berlin. W mocnych konkurencjach (jak rzut młotem) jeszcze dorzuciliśmy od siebie, dodając kolejnych medalistów poza Fajdkiem i Anitą Włodarczyk, a w tych teoretycznie nieosiągalnych, jak biegi, potrafimy zdobyć medale dzięki znakomitym jednostkom pokroju Adama Kszczota (800 metrów), Marcina Lewandowskiego (1500) czy „Aniołków Matusińskiego” (sztafeta 4x400). Dwukrotne zwycięstwo w Drużynowych Mistrzostwach Europy, w których kiedyś biliśmy się maksymalnie o miejsca w środku stawki, tylko ten niesamowity rozwój potwierdza.

ZDROWIE, ILE CIĘ TRZEBA CENIĆ…

Przed igrzyskami w Tokio mamy więc najmocniejszą reprezentację od lat. Skąd więc zawarta w tytule ostrożność, co do oczekiwań? Z jednego powodu i jest to niestety zdrowie naszych reprezentantów. Najmocniejsze lekkoatletyczne kraje ponownie wywindują poziom zawodów olimpijskich do wybitnych rezultatów, co zresztą widać chociażby po wybitnych wynikach Amerykanów na początku sezonu, którzy nagle narzekają na nadmiar solidnych młociarzy i młociarek (to nas szczególnie interesuje) czy choćby kulomiotów, którzy pierwszy raz od lat zbliżają się do rekordu świata. Takie same rezultaty płyną też w innych konkurencjach z innych części świata. Czy Polaków stać na takie wyniki? Jeśli będą w swojej najlepszej formie, to tak. A ta może być tym razem znacznie trudniejsza do osiągnięcia.

Lista polskich lekkoatletów z problemami zdrowotnymi jest w tym roku nadzwyczaj długa. Anita Włodarczyk dopiero po takich wróciła (tu przesunięcie igrzysk akurat znacznie pomogło) i musi budować formę niemalże od zera, Maria Andrejczyk wróciła po poważnych problemach i rzuciła trzeci wynik w historii światowego rzutu oszczepem tylko po to, żeby znów przyplątał się jakiś – mały na szczęście – uraz barku. Wśród naszych średniodystansowców (Kszczot, Lewandowski, Cichocka, Ennaoui, Joanna Jóźwik) trudno znaleźć kogoś, kto z jakąś kontuzją się nie męczy, podobnie jak u naszej medalowej sztafety 4x400 metrów pań, wśród których takich nazwisk jest aż trzy (Justyna Święty-Ersetic, Iga Baumgart-Witan, Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka). Piotr Lisek, który w pełni formy jest naszym kandydatem na medal w skoku o tyczce, złapał kontuzję na samym starcie sezonu. A do igrzysk jedynie dwa miesiące.

O to, że znaczna większość, o ile nie wszyscy lekkoatleci, wrócą do momentu ceremonii otwarcia w Tokio, możemy być chyba spokojni. Spokojni nie możemy być o to, czy wystarczy im czasu na zbudowanie formy, bo nagle te przeciągnięte o rok igrzyska zaczęły się zbliżać wielkimi krokami, a konkurencja rozpoczęła sezon olimpijski niezwykle mocno.

Dlatego ciesząc się ze znakomitego sukcesu, jakim jest Drużynowe Mistrzostwo Europy w osłabionym składzie, pamiętajmy, żeby przed igrzyskami olimpijskimi trzymać mocno kciuki nie tylko za starty naszych, ale też za zdrowie i możliwość doprowadzenia formy do perfekcji. O resztę zadbają już sami.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.