Pole minowe Marcelo Bielsy. Argentyńczyk znowu poprawia niechlujnego tłumacza

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
marcelo bielsa.jpg
Fot. Alex Dodd - CameraSport via Getty Images

Marcelo Bielsa nie byłby Marcelo Bielsą, gdyby już na starcie Premier League nie szturchnął tłumacza i nie dał mu lekcji jak poprawnie przekładać na angielski słowa bossa. W tej roli szybko musisz się przyzwyczaić, że przynajmniej raz w tygodniu trzeba zanurzyć głowę w oleju i wytrzymać godzinę bez oddychania.

To był typowy obrazek jak z zeszłego sezonu. Nawet nawyki zostały te same. Argentyńczyk zawsze najpierw strzepuje okruchy ze stołu i poprawia leżące na stole Iphony. Zaraz potem zaczyna zdania od „Bueno” (Dobrze) i „Mire” (Spójrz). A na końcu bierze się za tłumacza. „Co powiedziałeś? Że w zeszłym sezonie? Przecież ja nic o tamtym sezonie nie mówiłem” - zwrócił się Bielsa na konferencji przed meczem z Liverpoolem.

Ten zabawny wycinek szybko zaczął krążyć po Twitterze, aż w końcu podłapały to wielkie portale i znowu wróciła stara narracja: że Bielsa to dziwak i że w tym sezonie znowu będziemy oglądali „kwiatki” na jego konferencjach. Jest to tyle ciekawe, że klub w końcu zatrudnił nowego tłumacza. Ostatnio tę niewdzięczną rolę pełnił asystent trenera, Diego Flores, o którym mówiono, że najchętniej z własnych pieniędzy opłaciłby kogoś na swoje miejsce. Nie mógł, bo tak chciał Bielsa. Argentyńczyk starannie pilnuje kręgu zaufanych osób.

Konferencje prasowe to jest jego terytorium. Arena taktyki, filozofii i życiowego dystansu. Phil Hay, dziennikarz „The Athletic” napisał kiedyś na Twitterze, że w piłce po lockdownie najbardziej tęskni za salą medialną w bazie Thorp Arch. To tam w każdy czwartek punktualnie o 12:30 pojawiał się Bielsa wraz z tłumaczem i przez ponad grubo godzinę obaj nie odrywali się od mikrofonu. Trener Leeds mawia: nie udzielam wywiadów, ale tutaj możecie mnie pytać o wszystko. W lutym zdarzyła mu się pogadanka na 59 minut, podczas której dziennikarze zdążyli zadać tylko pięć pytań. W połowie znalazł minutę na zruganie tłumacza, co stało się już klubową tradycją.

Bielsa i język angielski to zresztą temat, który od dwóch lat dostarcza mediom towaru. Już na starcie w Leeds świat obiegła scenka jak Argentyńczyk dostaje na ucho tłumaczenie na angielski i nieudolnie próbuje je powtórzyć. Było to tak absurdalne, że więcej już tego nie próbowano. Tłumaczem był wtedy Salim Lamrani, zaufany człowiek Bielsy od czasów Marsylii i Lille. Dzisiaj jest już na aucie, bo za bardzo zbliżył się do piłkarzy, poza tym napisał książkę o relacjach z Bielsą, co nie do końca spodobało się Argentyńczykowi. Lamrani kilka razy dostawał prośby, by o tym opowiedzieć, ale ani razu nie skorzystał. W argentyńskich mediach wykręcił się odpowiedzią, że wrócił na Uniwersytet, tłumaczenie było tylko przygodą, od zawsze był przecież profesorem i autorem książek, m.in. o Fidelu Castro.

W miejsce Lamraniego pojawił się Flores, będący przy Bielsie od czasów Lille. Argentyńczyk zobaczył w nim wszystkie cechy, które uwielbia: całkowitą wierność, pasję i głód wiedzy. Flores jako młody chłopak wyjechał do Irlandii trenować zespół siedemnastolatków FC Kingswood. Robił tam kolejne kursy, uczył się angielskiego, był też moment że dorabiał jako barista. Cały czas parł do przodu aż po latach stał się jednym z najbardziej zaufanych ludzi trenera. Nie ma przypadku w tym, że długi czas to on tłumaczył jego zdania, choć dużo lepiej mógłby to zrobić profesjonalista.

To jest jak pole minowe. Bielsa mówi długo, dokładnie, nie lubi gdy spłyca się przekaz, albo pomija któreś zdanie. Tutaj wszystko ma swój kształt i znaczenie. W styczniu po porażce powiedział zdanie „Mieliśmy trzy razy więcej szans niż rywal”. Flores przetłumaczył to jako „Mieliśmy zdecydowanie więcej okazji od rywala”. Od razu spotkał się z reprymendą, bo Argentyńczyk wbrew temu co mówią zna i rozumie angielski. Nie chce w nim udzielać wywiadów, bo nigdy nie będzie w nim precyzyjny. A precyzja u Bielsy jest na pierwszym miejscu. Ci, którzy spodziewali się, że w Premier League przywita wszystkich pięknym angielskim, lepiej niech porzucą nadzieję.

Czasem można odnieść wrażenie, że trener Leeds zaraz wybuchnie. Że ma już dość tego niechlujnego tłumacza, który co mecz coś przekręci. Ale to tylko pozory. Bielsa murem stoi za swoimi ludźmi. Gdy podpisuje kontrakt zawsze zastrzega sobie, że liczbę asystentów i ich wynagrodzenie określi sam. Pierwszy raz wyszedł z taką inicjatywą w Marsylii. W Leeds nie jest inaczej: on dostaje całość i dzieli między współpracowników. Podobno jest w tym wyjątkowo hojny, cały czas stosując metodę kija i marchewki.

Kiedyś jeden z asystentów Argentyńczyka powiedział: „On lubi testować ludzi. Jeśli przetrwasz kilka testów, to przetrwasz wszystko. Takich ludzi zostawia wokół siebie i buduje z nimi krąg zaufania”. Przed nowym tłumaczem wyboista droga. Sezon długi, pewnie jeszcze nieraz zobaczymy scenki jak z „Dnia Świra”.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.