O trzech takich, co spełnili marzenia. Polacy w zawodowych sekcjach Barcelony

Zobacz również:Wyrzut sumienia Barcelony. Thiago w końcu tańczy na swoich zasadach
20170311PIA057.jpg
FOT. RADOSŁAW PIASECKI / 400mm.pl

Trwające trzęsienie ziemi w Barcelonie nie dla wszystkich polskich sportowców jest tylko zamieszaniem w gabinetach wielkiej drużyny. Bogdan Wenta, Maciej Lampe i Kamil Syprzak z czystym sumieniem mogą powiedzieć: „Barca to mój klub”. Nawet jeśli w Katalonii przyszło im piłkę rzucać, a nie kopać.

Barcelona wciąż pozostaje dla naszych piłkarzy szczytem niezdobytym. Jest trochę jak K2 zimą - nie sposób się wdrapać. W pewnym momencie wydawało się, że zdobywcą będzie Robert Lewandowski, ale jak wiadomo nigdy nie wyszło to poza medialną rzeczywistość i pewnie już tak pozostanie. Owszem, zakurzone źródła wspominają o Walterze Rositzkim, „Polaku” grającym tam przed I wojną światową, ale umówmy się: analizując jego życiorys równie dobrze mógł być Czechem bądź Węgrem, a w klubie w ogóle był uznawany za Niemca.

Zostawmy zresztą prehistorię.

Piłkarza się nie doczekaliśmy, ale zawodników w innych zawodowych sekcjach Blaugrany już tak. Bogdan Wenta, Maciej Lampe, Kamil Syprzak - dla nich kontrakty w Barcelonie też były jednym ze szczytów w karierze. Wszyscy trafiali przecież do topowych klubów piłki ręcznej i koszykówki. Żaden z nich nie był tam też sportową efemerydą: razem pomogli wstawić do klubowej gabloty ponad dwadzieścia trofeów.

PIWO ZE STOICZKOWEM

Kiedy Wenta przechodził do Barcelony, w stolicy Katalonii słychać było jeszcze odgłos piłki, która po uderzeniu Ronalda Koemana wpadła do bramki Sampdorii. Kibice wciąż żyli pierwszym Pucharem Mistrzów dla klubu. Dodatkowo rosło również samo miasto, ponieważ chwilę wcześniej odbywały się tam letnie igrzyska olimpijskie.

Transfer do Barcelony był dla Bogdana Wenty nagrodą za świetną grę w Bidasoa Irun. Klub znad Zatoki Biskajskiej był jednym z czołowym zespołów ligi ASOBAL, a on zapracował tam na miano topowego gracza hiszpańskiej ekstraklasy. Dwa razy otrzymał nagrodę dla najlepszego gracza sezonu, a razem z kumplem z drużyny, Islandczykiem Alfredem Gíslasonem, tworzył najlepszą w lidze parę obcokrajowców.

Polak przeszedł do Barcelony w 1992 r., żeby zdobyć mistrzostwo Hiszpanii i przede wszystkim Ligę Mistrzów. Niestety, oba trofea przeszły mu koło nosa, ale przez trzy lata grając z numerem 17 na plecach i tak wygrał niemało: dwa Puchary Zdobywców Pucharów, dwa Puchary Hiszpanii i superpuchar. Wystarczająco dużo, aby zasłużyć na zdjęcie w muzeum Barcelony. To jedyny nasz sportowiec, który został tak uhonorowany.

Szczypiorniści, którzy swoje mecze rozgrywali w hali Palau Blaugrana, z oczywistych względów funkcjonowali w cieniu piłkarzy. Jednak drogi zawodników obu sekcji czasami się przecinały. Nie były to jeszcze czasy, kiedy gwiazdorzy futbolu żyli w takim oderwaniu od zwykłego życia jak dziś. Wenta, który wiele razy był pytany o kontakty z piłkarzami Barcy, jako najlepszego kompana zawsze wskazywał Christo Stoiczkowa. Złapał dobry kontakt z Bułgarem, ponieważ ten przychodził na mecze szczypiornistów. Nieraz zdarzyło im się też wyskoczyć na piwo, bo Stoiczkow zawsze miał rozrywkową duszę. Rozgrywający miło wspominał też kontakty z Pepem Guardiolą, Michaelem Laudrupem i Ronaldem Koemanem. Miał też okazję poznać się z Johanem Cruyffem.

Wenta był również bywalcem Camp Nou, czego dowodem jest historia, którą opowiedział kiedyś w rozmowie z „Super Expressem”. Pewnego dnia przyjmował grupę znajomych z Polski. Syn jednego z nich wspomniał, że jego marzeniem jest kopnięcie piłki na murawie stadionu Barcy. Piłkarz ręczny załatwił chłopakowi wejście na boisko, gdzie mógł przez chwilę zagrać na bosaka. Okazało się, że znał się z ochroniarzami obiektu.

Były rozgrywający często podkreśla, że to właśnie w Barcelonie poznał, czym jest sportowa presja. Za wielką tradycją klubu stały bowiem równie wielkie oczekiwania. W żadnym poprzednim klubie nie musiał nauczyć się tak reprezentować klubu „na co dzień, na ulicy czy na urlopie”. Określenie, że Barca to więcej niż klub odczuwalne było po prostu we wszystkich sekcjach.

Znany z szerokich zainteresowań Wenta intensywnie zgłębiał też uroki samego miasta. Po latach wspominał je nie tylko od strony sportowej, ale też jako miejsce pełne zabytków, malowniczych zakątków i śladów takich artystów jak Antonio Gaudi, Joan Miro czy Salvador Dali.

PIERWSZY POLSKI MISTRZ HISZPANII

- Dlaczego przyjąłem ofertę Barcelony? A kto nie chciałby tam grać? - mówił w 2013 r. Maciej Lampe.

Nasz koszykarz, który w młodym wieku boleśnie odbił się od NBA, został ściągnięty do Katalonii z innego klubu ligi ACB, Labolar. Z drużyny kręcącej się wokół półfinału krajowych rozgrywek, trafił więc do aktualnego mistrza Hiszpanii i niedawnego zwycięzcy Euroligi. Reprezentant Polski był wówczas na fali i mówiło się, że pobyt w Barcelonie może być dla niego trampoliną do powrotu na parkiety NBA. Był już znacznie lepszym graczem, założył rodzinę i miał… bardziej poukładane w głowie. Zwracano uwagę na jego życie prywatne, ponieważ podczas pierwszej przygody z NBA nie poradził sobie z pokusami rozrywkowego życia i po części także przez to przepadł.

Niestety, NBA się o niego nie upomniała. Lampe nie został pierwszoplanową postacią Barcelony, chociaż miał dobre momenty. Zanotował niezłe wejście do zespołu (m.in. 12 pkt. w debiucie), był wybierany na gracza kolejki i miesiąca ligi ACB, został też pierwszym Polakiem z koszykarskim mistrzostwem Hiszpanii. Był nawet jednym z bohaterów tamtych finałów z Realem Madryt w 2014 r. W meczu numer cztery Barca wygrała 83:81, a on przeprowadził dwie kluczowe akcje w końcówce.

Niestety, z czasem zaczął przegrywać rywalizację stając się jednym z ostatnich graczy w rotacji. Przyplątało się też kilka kontuzji. Kiedy po dwóch latach opuszczał Katalonię, w pewnym sensie był też ofiarą oszczędności. W sekcjach koszykówki i piłki ręcznej wprowadzano cięcia budżetowe, a kontrakt Polaka nie był niski - miał wynosić ponad milion euro. Wszystko to złożyło się na transfer do Besiktasu Stambuł.

Po latach przyznawał, że wcześniej nie był wielkim fanem piłkarskiej Barcelony, ale kiedy trafił do klubu, zaczął jej kibicować. Pewnie także dlatego, że mógł zbijać piątki z niektórymi piłkarzami. Koszykarze i piłkarze byli czasami angażowani w te same akcje promocyjne klubu, a tacy gracze jak Carles Puyol, Andres Iniesta czy Dani Alves, lubili też wpadać na mecze basketu. Lampe najlepszy kontakt złapał z brazylijskim obrońcą. Chociaż zaznaczał, że nie była to żadna wielka przyjaźń, nikt nie dzwonił do siebie codziennie i nie spędzał ze sobą świąt.

PIŁKARZE BYLI JAK... KRETY

Równo dwie dekady przyszło nam czekać na kolejnego Polaka w sekcji piłki ręcznej Barcelony. W 2015 r. bohaterem jednego z największych transferów w historii naszego szczypiorniaka został Kamil Syprzak. Obrotowy Wisły Płock dostał od Hiszpanów propozycję kontraktu już kilka dni po zakończeniu mistrzostwa świata w Katarze, gdzie reprezentacja zdobyła brąz.

„Sypa” w rozmowie z dziennikarzami przyznawał: kręciła go świadomość, że będzie mógł grać pod tą samą marką co Leo Messi, chociaż miał świadomość, że nazwanie go klubowym kolegą będzie przesadą. Najważniejsze jednak, że w swojej drużynie miał tak wielkie nazwiska piłki ręcznej jak Kirił Łazarow czy Cedric Sorhaindo.

Co ciekawe, mieszkał blisko centrum treningowego piłkarzy, które znajduje się na przedmieściach Barcelony. Wyszło to trochę przypadkowo: kiedy organizował przeprowadzkę, od początku wolał po prostu mieszkać z dala od centrum. Mimo to, przez cztery lata pobytu w Barcelonie jego kontakty z piłkarzami były raczej rzadkością. - Śmieję się, że oni zachowują się trochę jak krety. Mają swoje wyjazdy, przejazdy i jak nie chcą wyjść z ośrodka wyjściem, gdzie czekają ludzie, to ich po prostu nie widać. Owszem, zdarzało się spotkać niektórych piłkarzy, ale tylko tych mniej znanych. Ciężko było nawiązać kontakt – opowiadał Syprzak.

Jednak nie dla nawiązywania znajomości przeniósł się do Katalonii. Najważniejsze były trofea. Liga Mistrzów pozostała niezdobyta, ale innych triumfów nie brakowało - te najważniejsze to cztery mistrzostwa kraju i tyle samo Pucharów Hiszpanii.

Syprzak nie był może jednym z liderów drużyny Xaviego Pascuala, ale przez pierwsze dwa sezony grał regularnie. Zbierał dobre oceny, chociaż w Polsce pojawiały się głosy, że tak wielki klub pojawił się w jego karierze być może ciut za szybko. Z czasem Barca zaczęła się jednak coraz mocniej zbroić i w pewnym momencie Polak był dopiero trzecim wyborem trenera, przegrywając rywalizację z francuskimi mistrzami świata Ludovikiem Fabregasem i Cedrikiem Sorhaindo. W końcu otrzymał wyraźny sygnał, że może sobie szukać klubu.

Mimo wzlotów i upadków udało mu się jednak wypełnić kontrakt, co w takim klubie wcale nie jest tak częste. Kiedy był potem pytany, czego nauczył się w Barcelonie, nie zwracał uwagi tylko na współpracę z gwiazdami, nowe systemy gry czy zdecydowanie bardziej intensywne treningi niż w Płocku. Podobnie jak Wenta mówił też, że dopiero w Barcelonie przekonał się, czym jest presja wyniku: - Wcześniej nie potrafiłem sobie z nią radzić. Pewnie w niektórych momentach nawet mnie zżerała, ale wiem, że jestem teraz bardziej dojrzałym zawodnikiem.

Musiał odejść z Barcelony, ale raczej nie można powiedzieć, że stracił na tym sportowo. Ten wielki facet liczący 208 cm, od ubiegłego roku jest przecież zawodnikiem wielkiego PSG.

Podziel się lub zapisz