Pokazówka Lecha przed nowym trenerem. Neutralizacja hasłem polskiego klasyku

Zobacz również:Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski
Pilka nozna. PKO Ekstraklasa. Lech Poznan - Legia Warszawa. 11.04.2021
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Rywalizacje Lecha z Legią zdążyły przyzwyczaić, że rzadko kiedy porywają poziomem sportowym. Bywały rozczarowaniem skautów, zawodziły postronnych kibiców. W Poznaniu skończyło się bez bramek, ale na oczach nowego-starego menedżera Macieja Skorży lechici wysłali pozytywny sygnał w świat. Zatrzymali Legię niepokonaną od dziewięciu meczów i pewnie zmierzającą po kolejne mistrzostwo, powstrzymali jej największe atuty w bocznych sektorach, sprawdzili się w wyczekiwanej taktyce z trzema środkowymi obrońcami, wreszcie byli zespołem przeważającym w drugiej połowie. Dość letni mecz w ekstraklasowej rzeczywistości nie zmieni wiele, ale zagwarantuje dobre nastroje na starcie pracy Skorży i da do myślenia Czesławowi Michniewiczowi.

O przejście Lecha na system z trójką defensorów i wahadłowymi prosiło się od dłuższego czasu. Zwłaszcza wtedy, kiedy przy licznych problemach zdrowotnych trudność sprawiała obsada skrzydeł. Pole manewru w bocznych sektorach niemal nie istniało, ponadto brakowało bezpieczeństwa w tyłach, więc co chwilę przebąkiwano o spróbowaniu ustawienia, które potencjalnie mogłoby zniwelować słabości lechitów. Kiedy Dariusz Żuraw został zwolniony, wreszcie do tego doszło. Z rozpędzoną Legią zagrali 3-5-2, chociaż w rzeczywistości było to bardziej 3-4-2-1 z Ramirezem w środku pola oraz Ishakiem w ataku. W efekcie zremisowali 0:0 z liderem ekstraklasy.

Trudno powiedzieć, czy siedzący na trybunach i rozpoczynający w poniedziałek pracę Maciej Skorża miał jakikolwiek wpływ na ten system, czy był raczej autorskim pomysłem Janusza Góry prowadzącego lechitów. Znacznie bardziej prawdopodobne wydaje się drugie rozwiązanie, tym bardziej, że kierowane przez niego dwa lata temu rezerwy Salzburga potrafiły grać 3-4-3. Legia na ten system przeszła w kluczowym, wiosennym meczu z Rakowem, aby zniwelować atuty ekipy Marka Papszuna. Kiedy pozycje się pokrywają, znacznie łatwiej poradzić sobie z kryciem i kontrolowaniem rywali, niż w asymetrycznym rozwiązaniu. Być może Góra jednorazowo chciał odpowiedzieć na tę propozycję Legii, połączyć piłkarzy w pary i ułatwić bronienie swoim graczom. Pomysł się sprawdził, bo Lech przy Bułgarskiej zachował czyste konto.

Złagodzenie siły rozpędu

Początek spotkania miał być klasycznym mocnym akcentem mistrzów Polski. Za kadencji Michniewicza przyzwyczaili, że rzucają się na rywali i od początku chcą pokazać, kto będzie dyktował warunki. Tym razem było podobnie, Kapustka odważnie zapraszał kolegów do pressingu i podejścia wysoko, ale po kilku nerwowych minutach gospodarze uspokoili rywalizację. Pogoń po 14 minutach przegrywała 0:3, Zagłębie wytrzymało kilka chwil dłużej, ale też dostawało 0:3, Warta Poznań straciła bramkę chwilę po pierwszym gwizdku, a Wisła Płock po kwadransie gry miała na tablicy rezultatów 0:2. Lech natomiast się oparł. Po raz pierwszy od początku lutego piłkarze Michniewicza zakończyli spotkanie bez gola.

Aby oprzeć się początkowemu naporowi Legii, potrzebne były skuteczne interwencje na skrzydłach. Początek zwiastował kłopoty dla wahadłowych Puchacza i Kamińskiego, zwłaszcza tego drugiego grającego na Mladenovicia, ale przy odpowiedniej asekuracji zaczęli skutecznie zamykać korytarze legionistom. Tymka mniej niż zwykle było w ofensywie, może wręcz rozczarowująco, ale ewidentnie miał z tyłu głowy głównie bezpieczeństwo w swoim sektorze, co zapewne było częścią założeń trenera Góry. Tym bardziej po wejściu świeżego Wszołka wolał nie ryzykować odważnymi rajdami.

Kluczowe role w tym wszystkim odegrali również środkowi pomocnicy z bardziej defensywnymi zadaniami, czyli Jesper Karlström i, rozgrywający najlepsze zawody odkąd trafił do Poznania, Nika Kvekveskiri. Z czwórki środkowych to Pedro Tiba i Ramirez akcenty mocniej położyli na ofensywę, wspomnieni wcześniej byli ustawieni głębiej, ale trzeba przyznać, że skutecznie odcinąli od gry Luquinhasa oraz Kapustkę. Lech był na tyle zwarty w środku, że kombinacje lidera nie przynosiły żadnego skutku. Kiedy piłka trafiała na skrzydło, zwykle szybko wracała do środka, dzięki dobremu ustawieniu i asekuracji gospodarzy. Szwedzko-gruziński duet spisywał się zarówno w interwencjach, jak i pomocy partnerom rozsądnym ustawieniem.

Dwóch na jednego

Przy Bułgarskiej oglądaliśmy piłkarzy podobieranych w pary, a przy tym skuteczną grę defensywną lechitów, co pozwoliło utemperować zapędy Legii. W pierwszej połowie tylko raz Luquinhas urwał się na wolne pole, co mogło poskutkować golem Pekharta, ale ten nie zdołał złożyć się do strzału. Czeski wieżowiec też skutecznie został wyłączony z gry przy trójce stoperów. Rośli Salamon oraz Milić (obaj mierzą ponad 190 cm) zajęli się najskuteczniejszym piłkarzem ekstraklasy. W efekcie Pekhart nie powiększył swojego dorobku 21 goli ani nawet nie miał ku temu specjalnych, klarownych okazji. Ani ze skrzydeł nie płynęła specjalna pomoc, ani środkiem nie dało się przedrzeć. Raz trafił do siatki, ale z pozycji spalonej, którą sędzia wyłapał natychmiastowo. Z czasem to lechici zaczęli grać coraz wyżej i odważniej, byli niesamowicie skuteczni w zbieraniu drugich piłek, więc gra przeniosła się pod drugą szesnastkę.

Oko na Gruzina

Do przerwy obie drużyny oddały po jednym celnym strzale. Obraz gry polepszył się w drugiej połowie na korzyść naciskającego Kolejorza, który niemalże całkowicie przeniósł grę pod bramkę Artura Boruca. Tytaniczną pracę w utrzymywaniu się przy piłce wykonywał Ishak, a w rolę kreatorów gry wcielili się Pedro Tiba i Kvekveskiri. Portugalczyk momentami nareszcie przypominał wersję, za jaką można było się stęsknić, a Gruzin tymi zawodami prawdopodobnie odmienił swój wizerunek. Więcej materiału do oceny dawał dotychczas w drużynie narodowej, w wyjścowym składzie Lecha wyszedł po raz pierwszy i pokazał, że brakowało mu tego zaufania. Odwagę pokazał na samym początku, gdy z trudnych sytuacji chciał wychodzić ruletami, ale radził sobie świetnie w porządkowaniu ataków. Często też szukał gry progresywnej, najbardziej plastycznym przykładem było prostopadłe zagranie w wąski korytarz do Ishaka, gdy Szwed został złapany na spalonym. Ale nawet poza tą sytuacją nadawał płynności grze lechitów. I być może pokazał Skorży, że nie wolno na niego patrzeć jak na eksperyment ani półroczną, chwilową inwestycję, tylko realną siłę drugiej linii.

Luqui na zerwanie ze schematem

Po przerwie to gospodarze proponowali grę, a Legia reagowała na wydarzenia. Kiedy zbliżała się pod bramkę, to zwykle po szybkich wyjściach z własnej połowy. To piłkarze Michniewicza musieli się otrząsnąć po początku drugiej połowy, bo w lechitach narastała pewność siebie, co widzieliśmy po kolejnych zagraniach Tiby czy Ramireza. Najjaśniejszym punktem lidera był z kolei Luquinhas. Brazylijczyk zrywał ze schematem swoją ruchliwością w pierwszej połowie, w drugiej już ewidentnie uciekał rywalom i napędzał ataki. Ci znów musieli się uciekać do licznych fauli, aby powstrzymywać prowadzącego krótko piłkę pomocnika. Zwykle zatrzymywali go w bezpiecznych sektorach i na tyle rozsądnie, aby nie ponosić większych konsekwencji. Ale ewidentnie to Brazylijczyk próbował rozbudzić Legię z letargu. Albo proponował pressing, albo zmuszał rywali do interwencji, kiedy już nabierał rozpędu. Dał więcej niż Kapustka czy Martins, lecz bramek to nie przyniosło.

Zmiana nastrojów przed budową

I chociaż więcej celnych uderzeń oddała Legia, to bardziej do mentalnego zwycięstwa mogą się poczuwać gospodarze. Z samej gry to ich bardziej powinien uwierać ten punkt. Obie ekipy zagrały przede wszystkim, aby zneutralizować mocne strony rywala. Bały się jak ognia, aby stworzył przewagę liczebną, nastawiały się na bezpieczne, asekuranckie granie, przy czym to lechici lepiej operowali piłką. Legia miała zrywy, Lech większą płynność. I chociaż to nie były żadne wspaniałe zawody graczy Janusza Góry, wysłali pozytywny sygnał w świat. Pokazali, że mogą punktować, patrząc na przeciwnika z niższej półki. I zapewne tym remisem ułatwią start nowemu menedżerowi Skorży, który przyglądał się tym zmaganiom z trybun.

Nowy trener będzie mógł narzekać na szybkość gry, niewiele sytuacji bramkowych, być może zupełnie inną tożsamość od tej, jaką będzie chciał wpajać. Ale zapewne w szatni pierwszego dnia dostanie ludzi, którzy wejdą do niej z poczuciem, że byli bliżej zwycięstwa od Legii. Tej samej, która rozbiła ekstraklasę w pył, pędzi sobie po mistrzostwo na tempomacie i nie przegrała w lidze od 9 spotkań. Samo zatrzymanie jej, co ostatnio udało się Jagiellonii w Walentynki, coś już znaczy. Pozwala przypomnieć sobie, że w normalnym, udanym sezonie, to Lech powinien rzucić jej rękawicę, a nie tułać się w środku tabeli zupełnie nieodpowiadającym potencjałowi drużyny. Skorża po tym meczu może wyciągnąć więcej pozytywów, niż przed pierwszym gwizdkiem, kiedy jeszcze nie chciał objąć zespołu.

Instrukcja czytania rywala

W samej ekstraklasowej rzeczywistości niewiele to zmieni. Ani nie podda pod wątpliwość mistrzostwa Legii, ani nie rozpali kibiców do oglądania kolejnych spotkań, ani nie zbuduje napięcia przed kolejną bezpośrednią rywalizacją. To raczej był powszechny zawód, wnioski będą wyciągać trenerzy. I z pewnością ma o czym myśleć Czesław Michniewicz. Bo trafił na przeciwnika wcale nie z najwyższego poziomu, raczej porozbijanego, ale potrafiącego zneutralizować jego pomysł na grę.

Menedżer mistrzów Polski nawet nie przeprowadził zmian, aby zmienić dynamikę gry, wpuścił jedynie Wszołka za kontuzjowanego Szabanowa i nie mógł znaleźć metody na rozruszanie tego schematycznego meczu. Skoro jednak taki Lech jest w stanie poradzić sobie w klinczu z Legią, co będzie przy jeszcze silniejszych rywalach. Jest kilka newralgicznych punktów, które łatwo pozbawiają legionistów rozpędu i nakazują się zastanowić, co dalej. Zatorowanie bocznych sektorów, odpowiednia opieka liczebna i jakościowa nad Pekhartem, ograniczenie pola manewru Luquiemu i Kapustce. Nawet kiedy na boisku zaczęło się tworzyć coraz więcej przestrzeni, trudno odnieść wrażenie, żeby Legia specjalnie z niej skorzystała.

Gracze Czesława Michniewicza znaleźli się w punkcie, w którym łatwo się zgubić. Bez konkurenta w grze o mistrzostwo, bez specjalnych bodźców i realnej weryfikacji. Teraz sami muszą być dla siebie motywacją i popychać do rozwoju. Do meczu w Poznaniu wyglądało to wspaniale, ale trzeba pamiętać, że w takich okolicznościach droga do samozachwytu jest bardzo krótka.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.