Pięściarz, nauczyciel i ulubieniec dzieci z domu dziecka. W polskim boksie nadchodzi czas Damiana Wrzesińskiego (WYWIAD)

Zobacz również:Zaległe starcie legend czy tylko skok na kasę? Tyson vs Jones Jr., czyli o co tu chodzi
DamianWrzesinski.jpg
Fot. Grzegorz Przygodzinski / 400mm.pl

Ciężko powiedzieć, czy dziś jakikolwiek inny polski pięściarz budzi tak pozytywne skojarzenia jak Damian Wrzesiński. Wspierany przez lokalną społeczność pedagog, który odwiedza szpitale onkologiczne i na własną rękę organizuje dzieciom z domu dziecka wyjazd na galę. To zdecydowanie nie brzmi jak stereotypowe ujęcie sportowca, który wychodząc do walki – chcąc nie chcąc – musi zrobić krzywdę rywalowi. Wrzesiński jeszcze niedawno pracował na farmie, kończył karierę, wyjeżdżał z Polski. Jak to możliwe, że teraz jest wymieniany jako poważny kandydat do tytułu mistrza Europy?

Hubert Kęska: Nie dziwię się, że twoja popularność rośnie. Jak zapytałem cię o wywiad, to odpisałeś po kilku sekundach. Że dostosujesz się do terminu, godziny. No i co? Widzimy się w sobotę. W dzień wolny.

Damian Wrzesiński: Nie ma problemu. W tej chwili jestem po walce i mam troszeczkę więcej czasu. Jest też okres wakacyjny i wiadomo, że dla nauczycieli to chwila przerwy od pracy. Gdybyśmy mieli umówić się w trakcie roku szkolnego, okresu przygotowawczego, to najpierw zerknąłbym na grafik. Zawsze biorę wtedy grafik i patrzę, kiedy mam jakąś lukę.

Jeżeli trenuje się po 8 godzin dziennie, to siłą rzeczy trzeba działać z grafikiem.

Podczas przygotowań stałem się bardzo elastyczny. I to też niesie ze sobą mój rozwój. Przesuwam, kombinuję. Jeszcze kilka lat temu, jeśli zaplanowałem jakieś treningi, to miałem w głowie: „nie daj Boże, że coś mi gdzieś wyskoczy”. Jeśli wyskoczyło i nie zrobiłem przez to treningu albo zrobiłem, ale inny niż sobie założyłem, to był dla mnie koniec świata. Mój trener zauważył, że muszę mieć wszystko idealnie co do zegarka, że jak już 15 minut później coś zrobię, to chodzę zaraz nerwowy, zestresowany. Ale zmieniłem to. Od dłuższego czasu rozpisuję sobie każdy dzień. Mogę wrócić 2 lata wstecz i opowiedzieć ci, co robiłem we wtorek czy w środę. Przez to, że stałem się elastyczny, widzę, że teraz każdy dzień jest inny, każdy okres przygotowawczy. I dlatego, jak któryś z kolegów mnie pyta, co robię dwa, trzy tygodnie przed walką, to trudno mi odpowiedzieć jednym słowem. Bo za każdym razem robię coś innego. Ten trening np. zrobię innego dnia albo przesunę go na wcześniejszą lub późniejszą godzinę, ponieważ zaplanuję, że tutaj muszę zrobić wywiad.

„Muszę”.

Tak, ponieważ jest to jeden z moich obowiązków. Myślę, że trzeba na bieżąco dbać o wywiady i tego typu kwestie. Np. zaraz po walce w Pionkach byłem od razu z dziećmi i żoną na meczu Kolejorza. Tak spędziliśmy czas razem. Walczyłem w sobotę, mecz był w niedzielę. A na poniedziałkowy wieczór już miałem zaplanowaną wizytę w radiu.

Jutro też jest mecz (rozmawialiśmy 18.07). Jesteś w koszulce Lecha.

Związałem się z nim mocno. Ostatnio miałem nawet debiut w kotle. Mega przeżycie. Debiut udany, zaaklimatyzowałem się. Wprowadził mnie taki zapalony od dziecka kibic, za co bardzo mu dziękuję. W tygodniu miał ślub. Jechałem 200 kilometrów, żeby mu powinszować. Podoba mi się ta kibicowska brać. To, że jeden może na drugiego liczyć. Jak się raz wchodzi w te szeregi, to już do końca życia trzeba tam być. Żałuję, że nie spróbowałem wcześniej.

Przed debiutem w kotle dosłownie uczyłeś się przyśpiewek.

Od samego początku nie ukrywałem, że jeżeli chodzi o kibicowanie, jestem żółtodziobem. Pamiętam, że jak krzyczałem wśród znajomych: „Lech, Lech, Kolejorz!”, to zaraz kolega, który jeździ na wyjazdy zaczął się śmiać, że nie mówi się „Lech, Lech, Kolejorz”, tylko „Hej, hej Kolejorz". Uczę się na bieżąco.

Jakie miałeś wcześniej związki z piłką?

Przez jakiś czas piłki w ogóle nie oglądałem. Obraziłem się na nią kompletnie po mistrzostwach świata w Rosji, gdzie były wielkie nadzieje, a nasi dali dużą plamę. A czy sam grałem? No pewnie, na wioskach. Pochodzę spod Złotowa. Graliśmy wioska na wioskę, a że nie mieliśmy sędziego, to wiadomo… Sami sędziowaliśmy! I jak ktoś nie zgadzał się z tym, że była bramka, to czasem się tłukliśmy.

Jeśli chodzi o boks, w dużej mierze jesteś samoukiem.

Zawsze byłem maniakiem sportu. Już jako dziecko biegałem, robiłem siłownię, wszystko. Jak miałem 10 lat, to przychodziliśmy na strych, gdzie była ławeczka, hantelki, sztanga, drążek i taki worek po pyrach. Wypchaliśmy go i uderzaliśmy. Tam też robiliśmy sparingi. Na strychu, w piwnicy, ale przede wszystkim takim naszym miejscem były… przystanki autobusowe. Te takie zabudowane, międzymiejskie. To, co niezamurowane, w środku, to był nasz ring. Tam przesiadywaliśmy wieczorami, walczyliśmy.

Siłownia w wieku 10 lat. Nie uszkodziłeś kręgosłupa?

Może miałem szczęście, że wykonywałem te różne ćwiczenia prawidłowo? Był starszy brat, byli starsi koledzy, których podpatrywałem, którzy mnie uczyli. A zanim zacząłem siłownię, to już oglądało się filmy z Rockym i robiło przysiady, pompki. W domu mieliśmy nad futryną rurę od centralnego ogrzewania, która zastępowała mi drążek.

Po wsi chodziła plotka, że iluś małolatów bije się po przystankach i dlatego otworzyli wam klub?

(śmiech) Nie wiem. Natomiast jak skończyłem 14 lat, to taki klub faktycznie powstał. Tyle że kickboxingu. W porządku. Oglądałem i filmy z Brucem Lee, więc kopanie też było dla mnie czymś fajnym. 4 lata później w Złotowie pojawił się boks. Trener Jan Bezimienny wrócił ze Śląska i otworzył klub. To właśnie on nauczył mnie podstaw. Przesympatyczny człowiek, muszę go odwiedzić.

Boks, POLSAT BOXING NIGHT. Noc Zemsty. Wazenie. 20.04.2018
Fot. Grzegorz Przygodzinski / 400mm.pl

Grzegorz Proksa apeluje, aby dopuszczać do startów nawet 10-latków.

Jeżeli rodzice decydują się zapisać dzieci na boks, to mniej więcej wiedzą z czym to się je. Powinniśmy zbierać doświadczenie, bo później nasze dzieciaczki są na straconej pozycji. Debiutują, a ich rówieśnicy mają już po 30, 40 walk.

Oni nie mają ukształtowanych mięśni, dynamiki ciosów. Te ciosy są pchane, nie ma prawa stać się krzywda” – argumentuje w „Super Expressie”. „Tym bardziej, że są kaski, większe rękawice. Żeby stała się krzywda, ktoś musiałby trenować kulturystykę od 4. roku życia…”.

Uważam nawet, że jakby ktoś od tego czwartego roku życia rzeczywiście trenował kulturystykę, to wyrządziłby drugiemu mniejszą krzywdę, bo byłby bardziej pospinany.

Pamiętam jak ja za małolata biłem się z kimś takim. W każdą środę mieliśmy sparingi klubowe. Tym razem ring stanowiły ławeczki ustawione w kwadrat. Ławeczki, ring, dookoła pełno ludzi z miasta (bo często się zjawiali). Ja taki malutki, z 50 kilo, a trener Bezimienny daje mi wielkiego chłopaka. Wielkie łapy, z kitką – kulturysta normalnie. Stoi przede mną. Ja chudy, mały, wystraszony. Tak patrzę na trenera: „Z nim???”. A trener się tylko podśmiechuje. Ja pierdzielę! Wszyscy są - siara by była, jakbym nie chciał wyjść. No to wychodzę. Ze strachu zamknąłem oczy, puściłem jakąś serię… Patrzę, on leży. Zbierają go z podłogi.

Dzisiaj czuję największy respekt, jak widzę, że ktoś jest wysoki, szczupły i ma chude rączki. Wtedy wiem, że jakby coś tam miało być, jakaś spinka, to musiałbym uważać. Patrząc chociażby na mojego ostatniego rywala. Chude, szybkie ręce, dużo nokautów. I na pewno to znikąd się nie wzięło. Sam czułem te jego pojedyncze lewe. W drugiej rundzie dostałem z prawej. Z tej właśnie chudziutkiej rączki. Ale byłem na to przygotowany.

Andrzej Pastuszek z Boxing.pl nazywa cię polskim Gamboą. Mówi, że jesteś przykładem dla wszystkich, że pracuś może cały czas się rozwijać, nawet mając 33 lata.

Ja tak naprawdę dopiero w wieku 30 lat zacząłem się uczyć boksu. Dopiero jak rozpocząłem współpracę z Mariuszem Koperskim, z którym rozumiemy się bez słów. I wszędzie to mówię. Za małolata też bardzo ciężko zasuwałem, tylko nieświadomie. Tak do końca nie wiedziałem, co się powinno robić, polegałem na swoich błędach. Robienie wagi, dieta, trening – wszystko na bazie takiego doświadczenia. Później był przestój. Wydawało mi się, że już wszystko wiem o boksie. Że jeżeli chodzi o trening, o przygotowanie, to już mam swoje schematy. Wszystko jak zapisałem, to tak już musiało być. I wydaje mi się, że stałem w miejscu. Zwłaszcza, że nie miałem trenera, który gdzieś tam technicznie by mnie rozwinął.

Michał Syrowatka opowiadał mi, że na amatorstwie trenował ciężej niż na zawodowstwie. „Tyle że bez głowy. Na pojedynczym treningu robiło się wszystko - siłę, szybkość, sparingi. W czasach amatorskich nasze organizmy były niesamowicie eksploatowane. Pamiętam na przykład, że dzień przed walką robiłem szybkościówki. Powiedzmy, trzydzieści piętnastek”.

Piętnastki to już wytrzymałość szybkościowa. Taką maksymalna szybkość można osiągnąć w ciągu trzech do pięciu, sześciu sekund - i potem ona już spada. Uważam, że w Polsce trzeba szkolić najpierw trenerów, którzy powinni mieć w pigułce teorię treningu sportowego. Jak młodzież jest źle szkolona, to później są wyniki takie, jakie są.

W sporcie, w pracy, w życiu chyba najtrudniej jest zrozumieć to, o czym powiedział Einstein. „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”.

O, super zdanie! Nie znałem tego. A właśnie według tych słów teraz postępuję. I dlatego, tak jak mówiłem, jak ktoś pyta, co robię dwa czy trzy tygodnie przed walką, to nie odpowiem jednoznacznie. U mnie cały czas wszystko się zmienia. Żona już się ze mnie czasami śmieje, że wiecznie wieczorami siedzę i główkuję. Jakie ćwiczenie zrobię jutro, które bardziej mi się przyda. Tak od 21 do 23 ciągle siedzę z kartką, analizuję i cały czas coś zmieniam.

Z Natalią poznaliście się w Poznaniu.

Pierwszy raz zobaczyłem ją jak była zajęta. Podwoziłem Natalię na jakąś imprezę. Przywitaliśmy się, trochę pogadaliśmy. Później mówiła, że już wtedy jej się spodobałem. Ona mnie oczywiście też, mega! Wtedy nie pomyślałbym, że 2 lata później spotkamy się na gali boksu i będziemy razem.

Trafiłeś na podatny grunt. Natalię już wtedy jarał twój sport.

Lubiła boks. Głównie mówiła o Gołocie, na którego walki wstawała od dziecka. Jej koleżanką była dziewczyna mojego klubowego kolegi Krzysia Rogowskiego. To właśnie oni zainicjowali nasz spotkanie. Później poszliśmy na jedną imprezę, drugą, trzecią. Ale podobno już po tej gali boksu, gdzie tak naprawdę się poznaliśmy, Natalia zadzwoniła do koleżanki, która nas swatała i powiedziała, że zostanę jej mężem.

Od kiedy Poznań jest twoim miastem?

Od 2006. Przyjechałem tutaj studiować wychowanie fizyczne. A przeprowadziłem się z tego względu, że w Poznaniu był najlepszy klub boksu olimpijskiego w Polsce – PKB. Jego prezes Zdzisław Nowak sam do mnie zatelefonował. To było po tym, jak zdobyłem młodzieżowego mistrza Polski we Włocławku - chciał mieć u siebie takiego zawodnika. Ta propozycja była mi na rękę, szczególnie, że od razu załatwił mi mieszkanie. Nie musiałem płacić za lokum, jakieś pieniążki z klubu też dostawałem. I dlatego – patrząc pod kątem studiów - zdecydowałem się na Poznań, a nie na Gdańsk czy Gorzów, gdzie również składałem papiery. Poszedłem na testy, zaliczyłem je. Doskok dosiężny, drążek – jakieś podstawowe rzeczy. Na studiach ogólnie specjalizowałem się w pływaniu.

Pomyślałeś o AWF-ie z uwagi na przyszłą pracę, czy przede wszystkim – jako sportowiec – chciałeś poznać swoje ciało?

Podświadomie chciałem więcej nauczyć się o treningu. Byłem już wkręcony w sporty walki, w boks. Już od pewnego czasu szedłem w tym kierunku, sam wszystko przyswajałem. I do tej pory, jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, jestem samowystarczalny. Sam się przygotowuję i nie wyobrażam sobie, żeby ktoś wchodził mi w paradę.

Na treningi bokserskie jeździsz do Szamotuł.

Tak, do trenera Koperskiego, który jest asystentem trenera kadry województwa. Dzięki temu dwa razy w roku jeżdżę na obozy. To moje przygotowanie techniczne i taktyczne. Natomiast większość rzeczy robię sam i to mi jak najbardziej odpowiada. Kształciłem się w tym kierunku, mam teoretyczny pogląd, wiem co, jak i z czym powinno się robić. Na studiach czułem, że niektóre przedmioty naprawdę mi się przydadzą i to do nich przywiązywałem większą uwagę. Lubiłem teorię treningu sportowego, psychologię. Zwłaszcza psychologia to bardzo skomplikowana dziedzina.

Trenujesz po 8 godzin dziennie, na obozach po 11. Z jednej strony masz gromadkę ludzi wokół, sporo robisz – jest rodzina, są walki, udzielasz się. Ale jednak przez większość czasu jesteś sam ze sobą.

Masz rację.

Kiedyś rozmawiałem o tym z Otylią Jędrzejczak.

- Pływasz od ściany do ściany przez 2,5 godziny. O czym myślisz?

- O wielu rzeczach. Np. egzaminach na uczelnię. Nucę piosenki, cytuję fragmenty ulubionej książki.

Ja od dłuższego czasu bardzo sobie cenię ćwiczenia oddechowe, medytację. I muzykę. Musi być przede wszystkim motywująca. Stosuję różne rzeczy, bo szczególnie w okresie przygotowawczym rzeczywiście przez wiele godzin jestem sam. A przecież nie będę gadał ciągle sam ze sobą, trzeba sobie jakoś radzić.

Słyszałem, że świetnie na koncentrację wpływa floating. Wchodzisz do komory, w której woda jest osolona w siedemdziesięciu procentach i nie dociera do ciebie aż dziewięćdziesiąt procent bodźców zewnętrznych.

Oo. Muszę sprawdzić, czy jest coś takiego w Poznaniu. Będąc tutaj stosuję tlenoterapie. Wchodzisz do komory hiperbarycznej, ktoś cię zamyka, podwyższa ciśnienie. Ma być na tyle wysokie, żeby tlen bardziej przyswajał się do komórek w trakcie oddychania. Zakładasz maseczkę i oddychasz stuprocentowym tlenem. Przez godzinę jestem odseparowany, mam pełen luz i czas dla siebie. Co prawda puszczają mi muzykę, ale w trakcie robię własne ćwiczenia oddechowe i potrafię się wyłączyć. To mój sposób na wyciszenie, regenerację i odstresowanie.

Dużo też pływam. Pływam, biegam. Rozciąganie, akrobatyka, stabilizacja mięśni głębokich brzucha, pośladków – czyli tych odpowiedzialnych za prawidłowe chodzenie. Trzeba być wyprostowanym, żeby się nie przewrócić, a równowaga jest bardzo ważna w boksie.

Spacer po linie?

Warto byłoby spróbować. Np. robić walkę z cieniem na linie. Na razie ćwiczę ją sobie, stojąc na piłce. Albo klęczę na niej i sobie żongluję. Czy zakładam piłeczkę do boksowania. To najtrudniejsze ćwiczenie - jak się uderza, to środek ciężkości cały czas ucieka. Taka piłeczka czy daszek z gruszką to zajęcia niedoceniane przez trenerów amatorskich, takie rzeczy się pomija. My nigdy tego nie robiliśmy.

Śp. trener Andrzej Gmitruk bardzo denerwował się, że na Legii nie było gruszki.

Nie ma jej w większości klubów. Ja dopiero na zawodowstwie sam zainwestowałem sobie w piłeczkę, w daszek. Kwestią prób i błędów. Zawsze chwalę się Natalii, że robię coraz większe postępy na tej gruszce. I potem widzę je na sparingach, w walkach. Refleks, dystans. Chociażby ostatni pojedynek pokazał, jakie mam wyczucie - trafiłem gościa idealnie w punkt. Dzięki temu ćwiczeniu naprawdę czuję dystans do przeciwnika.

Poza domem, w domu – wszędzie boks. Odpoczywasz od niego psychicznie ucząc w szkole.

To szkoła z dużymi sportowymi tradycjami. Drużyna tzw. „Maczków” miała osiągnięcia na arenie europejskiej w szkolnych turniejach piłkarskich. Jest utytułowana sekcja tenisa stołowego, gdzie jestem trenerem wspomagającym. Moi rodzice grali w tenisa, a ja toczyłem pierwsze bójki właśnie przy stole. U nas na wiosce był jeden na całą szkołę, wszyscy zaś chcieli grać. Najpierw kłóciliśmy się o to, kto, potem po dzwonku odbywał się wyścig. Stoję przy stole, a tu ktoś mnie z tyłu z rakietki. (śmiech) W szkole na poznańskim Żegrzu – gdzie uczę - jest pełno stołów, dla każdego wystarczy. Nikt się nie tłucze, wszystko podane na tacy – brakuje trochę takiej zawziętości.

Pracujesz w szkole sportowej?

Mamy klasy sportowe, właśnie z tenisa stołowego. Za rok, dwa mają być też z piłki nożnej – bo w szkole nie brakuje naprawdę fajnych trenerów. Ogólnie pracuję w szkole z klasami sportowymi i integracyjnymi, gdzie uczą się uczniowie zdrowi z nie do końca sprawnymi.

Podobno nauczyciele takich klas muszą choć spróbować poruszać się na wózku. Bez tego nie będą w stanie zrozumieć drugiej osoby.

Akurat ze mną nie było pod tym względem problemu. Kończyłem wychowanie fizyczne ze specjalizacji sportu osób niepełnosprawnych i może dlatego zostałem przyjęty do szkoły. Uczyłem pływać takie dzieciaki, grałem z nimi w koszykówkę. Podczas studiów jeździliśmy na wózkach. Powiem ci, że jazda na takim wózku do gier zespołowych to naprawdę wyzwanie. Trzeba utrzymać równowagę, bo można łatwo się przewrócić.

Na zawodowstwo przeszedłeś już bogaty w tego typu doświadczenia.

Późno, miałem 26 lat. Boksersko nie byłem w ogóle rozwinięty. Żyłem bez żadnej świadomości, z czym się ten boks zawodowy tak naprawdę je. 0,0. Po prostu oglądało się go w telewizji. A telewizja wszystkiego nie oddaje.

Natalia troszeczkę namawiała mnie na ten krok, że jestem już w takim wieku. Postrzegała, że boks zawodowy to pieniądze i tak dalej, że nagle będzie nie wiadomo co.

A ty?

Ja uważałem, że jeżeli pięściarz przechodzi z boksu amatorskiego na zawodowy, to powinien najpierw dostać jakieś propozycje. A ja żadnej propozycji nigdy od żadnej z grup promotorskich nie miałem. Sami wyszliśmy z propozycją i napisaliśmy do Andrzeja Wasilewskiego. Ale skoro nie było odzewu, poczułem, że chyba się nie nadaję, że trzeba będzie w ogóle skończyć.

Trafiłeś do Silesii. Grupy, która kojarzy się z zarabianiem pieniędzy na boksie, ale z pewnością nie z mistrzami świata czy Europy.

Okazało się, że Mariusz Biskupski z Poznania i kilku bliskich znajomych, z którymi trenowałem na co dzień, boksuje właśnie w Silesii. Ja do boksu zawodowego na dzień dobry byłem już zrażony, ale Natalia namawiała mnie, no i spróbowaliśmy w tej Silesii na początek. Jak zobaczyłem, jak tam to wyglądało… No, nie byłem zachwycony. Raz, że żadne pieniądze, a na walkę trzeba było jeszcze dojechać. Dwa, że te walki były toczone w takich miejscach… Nie tak to sobie wyobrażałem. Dostawałem takich rywali, że nie wiedziałem, z której ręki mam ich przewracać. Przechodząc na boks zawodowy nie miałem jakichś celów. Może przez to, że na początku ta kariera nie za bardzo ruszyła. Wychodziłem jednak parę groszy na plus. Było na frytki, obiad. To mnie trzymało.

A jednak karierę wiele razy chciałeś kończyć.

Najpoważniej myślałem o tym po walce ze Staliarczukiem. Bardzo dobry zawodnik, przed którym przestrzegał mnie Michał Syrowatka, natomiast ze słabym rekordem, posyłany na głębokie wody przez Darka Snarskiego. Michał stoczył z nim wyrównaną walkę, mówił: „uważaj na niego”. Ja miałem wtedy różne zawirowania w karierze, zmieniałem trenerów. Wyszedłem nieprzygotowany, ale dopóki były siły, to miałem przewagę. Od czwartej rundy zabrakło gazu, walczyłem tak naprawdę o przetrwanie. Miałem szczęście w nieszczęściu, że dali remis. A dali, bo boksowałem w Polsce – uczciwie trzeba o tym powiedzieć. Po tej walce ryczałem, mówiłem: „po co ja to w ogóle robię?”. Miałem poobijaną głowę, byłem w szpitalu na badaniach. Moja Natalia też to przeżywała. Wiedziała, że moją największą wkrętką jest sport, że ja za tym boksem zawsze byłem. A w tamtym momencie naprawdę się załamałem. Podniosła mnie i namówiła do tego, żebym jednak dalej trenował.

Próbowała cię przekonać, że to był wypadek przy pracy?

Dokładnie nie pamiętam słów. Bo to nie stało się jednego dnia, to był proces, przez miesiąc mnie namawiała. Zaraz po walce byłem obrażony na boks i nic nie robiłem. Ale znam siebie i nie wyobrażam sobie, żeby nie trenować. Jestem nauczony tego, że ruch to zdrowie, a bezruch to śmierć.

Wasyl Łomaczenko jest w stanie przejść 500 metrów na rękach do tyłu. Przeszedłbyś?

Jeszcze nie. Ale już też o tym myślałem. Nie tak dawno analizowałem plan przygotowawczy mistrzów świata. Darka Michalczewskiego, Floyda Mayweathera. Mayweather trenuje średnio 6 godzin. To dla mnie znak, że codziennie przez te co najmniej 6 godzin trzeba robić formę.

Lubisz czerpać od najlepszych. Kiedy Usyk podrzucał i łapał monety, natychmiast próbowałeś go pobić.

On zrobił z czterema, ja ćwiczyłem z trzema. Jeszcze zostawiam sobie ten rekord do zaliczenia. Tak samo jak wynik Łomaczenki. Bo na rękach normalnie sobie chodzę. No, teraz po złamanym kciuku miałem z tym problem. Ale wszystko jest do zrobienia, jeszcze na pewno zaskoczę.

Masz czucie we wszystkich palcach?

No właśnie w lewej ręce nie, ona jest pechowa. To znaczy, lubię najwięcej nią boksować, urodziłem się jako mańkut, ale… Miałem przecięty nerw łokciowy. Widzisz, jak z kimś gadam, to mam taki nawyk, że cały czas prostuję mały palec. Do tej pory nie mam w nim czucia. To stało się w Norwegii, gdzie wyjechałem do pracy na farmie.

Plany w związku z tym wyjazdem miałeś poważne, wręcz życiowe.

Jeździłem tam w okresie wakacyjnym, żeby zarobić parę groszy. Do Norwegii, wcześniej z ojcem do Niemiec. W Norwegii mam rodzinę. W 2016 roku postanowiliśmy, że wyjeżdżamy na stałe. Mieliśmy już wtedy Oliwkę. Przygotowałem wszystkie papiery, przetłumaczone zostały dokumenty, żebym mógł pracować w tamtejszej szkole. Nawet zacząłem. Wytrzymaliśmy jednak zaledwie rok, Natalia się nie zaaklimatyzowała. To był dla niej na pewno trudny okres. Córeczka miała 3, 4 latka, a tam ani do przedszkola, ani do szkoły. A ja cały dzień w pracy, a później na treningu jeszcze.

Na treningu?

Już niby miałem kończyć z boksem, ale już tak mam, że gdzie bym nie był, to zawsze szukam najlepszego klubu w okolicy. I wtedy taki klub znalazłem. Klub amatorski, w którym poznałem byłego mistrza świata Ole Klemetsena.

Trenował go nasz Andrzej Gmitruk.

W Norwegii postrzegają Gmitruka jako bardzo dobrego trenera, który wyszkolił miejscowych fachowców. Norwegowie bazują na takim modelu. Ja zacząłem jeździć na ich zgrupowania, na sparingi. Aż wreszcie wywnioskowałem, że mieszkanie w Norwegii i boksowanie w Polsce jest bezsensu. Miałem kontrakt z Mariuszem Grabowskim i wiedziałem, że w razie czego będę musiał boksować w kraju. Tym bardziej, że boks zawodowy wciąż był w Norwegii zabroniony. Dochodziły mnie słuchy, że ma się to zmienić, ale jakoś to powoli szło.

Sprawę dodatkowo komplikował twój wypadek. To prawda, że w grę wchodziła nawet amputacja?

Może nie tyle amputacja, ale ledwo mnie wyratowali. Straciłem dużo krwi, mogłem po prostu odjechać.

W Norwegii zajmowałem się krowami, świniami, ale dodatkowo także renowacją maszyn rolniczych. Pomiędzy jedną a drugą halą był podwyższony próg. Szedłem, przypadkowo za nisko podniosłem nogę, zahaczyłem o ten próg i wpadłem na szybę odgradzającą pomieszczenia w magazynie, która była już wcześniej pęknięta. Natychmiast straciłem przytomność. Dobrze, że szwagier opatrzył mi rękę jeszcze przed przyjazdem karetki. Zawinął ją w ręcznik. Ścisnął mocniej, nie wiem, kablem? Krew tak tryskała, że przez sam ręcznik na pewno by przeszła. Ja tego już nie pamiętam. Obudziłem się rano w szpitalu i nie wiedziałem, co się dzieje.

Jakoś wtedy miałem mieć walkę. Musiałem z niej zrezygnować, ale następnej już nie odpuściłem. Wziąłem ją dosyć szybko, bo zaledwie po kilku miesiącach od wypadku. To był pojedynek z Michałem Leśniakiem. Pamiętam, że wtedy ta lewa ręka nie była jeszcze tak silna. Po moim lewym zawsze głowa odskakuje, a tam tym lewym tylko głaskałem. Gdyby chodził jak powinien, to Michał na pewno miałby trudniej.

Gala w Radomiu. Byłem na niej. Traktowałem cię wtedy jako jednego z wielu w Tymexie.

Boksowaliśmy w jego wadze. Mój promotor nawet nie zapytał, czy robimy jakiś limit. Leśniak miał większą popularność, był z teamu Piotra Wilczewskiego, gdzie na treningach bywały kamery. To wpływało na moją podświadomość. Miałem wrażenie, że to moje być albo nie być w grupie, że teraz muszę pokazać.

Aż tak?

Lubię sobie stwarzać presję. Teraz walczyłem z gościem, który większość pojedynków wygrał przed czasem, który ma czym uderzyć. Na to patrzyłem, a nie, że jest dalej ode mnie w rankingach. Do tego ten złamany kciuk, obietnica dana sobie, że w tym roku zaboksuję jeszcze trzy razy. Unieruchomiony palec? W międzyczasie można biegać. Potem od razu rehabilitacja, zaraz wprowadzanie ćwiczeń na siłowni, treningów bokserskich. Wszystko, żeby udowodnić trenerowi, że będę mógł walczyć. Jak najwięcej presji, to mnie motywuje do treningu.

W Radomiu była pełna hala, a Michał miał najgłośniejszy doping. Praktycznie wszyscy byli za nim.

Ty będąc w narożniku, słyszałeś tylko żonę.

To były czasy, kiedy najbardziej stresowała się moją karierą. Nie miałem poukładanych przygotowań, ciągle zmieniałem trenerów. I Natalia o tym wiedziała, cały czas była przy mnie. Dzisiaj w ogóle nie krzyczy na walkach. Nawet jakiś czas temu miałem jej to za złe. Powiedziała, że dawniej widziała, że nie jestem do końca przygotowany, a teraz obserwuje, że trenuję, zasuwam i po prostu się o mnie nie martwi. To znaczy, przeżywa walki, ale bardziej w środku. W Radomiu krzyczała.

Ładnie powiedział ostatnio Kamil Szeremeta. „Z Gołowkinem nie jestem faworytem według bukmacherów, kibiców. Ale jestem faworytem według rodziny. A rodzina jest dla mnie wszystkim. Czyli jestem faworytem według wszystkich”.

No i super, bardzo na niego liczę. Pamiętam, jak byliśmy razem na kadrze. Bardzo w porządku chłopak.

Niekiedy dobrze jest postawić wszystko na jedną kartę. My tak zrobiliśmy. Wygrałem z Leśniakiem i uświadomiłem sobie, że obojętnie gdzie bym był, to przez całe życie towarzyszył mi sport i że on już będzie mi towarzyszył, bo to moja największa życiowa wkrętka. Zaakceptowałem to i staram się uprawiać go na sto procent.

Postanowiliście także na sto procent zająć się twoim wizerunkiem.

I to na pewno też był proces.

Rodzice dzieci, które uczę w szkole, mega mi kibicują. Jedni państwo mają firmę, w której kładą bardzo duży nacisk na marketing. Przez rozmowy z nimi, rozmowy z promotorem wszystko stopniowo, stopniowo gdzieś się wdrażało. Z Mariuszem Grabowskim na początku często się kłóciliśmy. Gadaliśmy przez telefon i musieliśmy się rozłączyć.

Jakie miałeś wtedy argumenty? Że przecież pokazuje cię telewizja? Że sport powinien być na pierwszym miejscu?

Tak. Że dla mnie przygotowania są najważniejsze, że to jest właśnie moja broszka. Pokładałem wielkie nadzieje w telewizji. Skoro promotor załatwia mi walkę w telewizji, to… Miałem złe wyobrażenia. Myślałem, że ja tylko trenuję, wygrywam, a reszta sama się dzieje. Aż zauważyłem, że to tak nie działa.

Według Damiana Jonaka to pokłosie dawnego systemu ligowego. Gdzie pięściarz miał zapewnione mieszkanie, transport, leczenie - niczego sam nie musiał załatwiać.

Mój promotor podawał mi przykłady z Anglii, ze Stanów. Mówił: „No ale słuchaj, ten czy tamten też pracuje i trenuje” i wymieniał nazwiska. Próbował we mnie zaszczepić to, żebym stopniowo budował wokół siebie bazę fanów jak Adam Kownacki i sprzedawał dzięki temu coraz więcej biletów. Ja zaś na początku wychodziłem z założenia, że boks zawodowy to już umowa z menadżerem, że boksujesz w telewizji, że już masz wszystko i teraz wszystko się tobie należy. Takie podejście powoduje, że potem jest - i tak źle, i tak niedobrze.

Ronda Rousey była już medalistką olimpijską, gdy codziennie stawała za barem i podawała klientom drinki.

Jak człowiek sam o coś nie walczy, nie dąży do czegoś, nie zaplanuje, to nikt tego za ciebie nie zrobi. I też nikt nie jest tobie nic dłużny. Tak jest generalnie w życiu. Po prostu trzeba robić swoje, zgodnie z własnym sumieniem. Dzisiaj tak uważam.

Z drugiej strony jestem w stanie zrozumieć również twoje dawne nastawienie. Jestem przekonany, że każdy, kto choć raz zrobi sobie symulację przygotowań do walki, wie, iż po treningu sportowiec myśli tylko o jedzeniu i spaniu. Na nic kreatywnego nie ma już siły.

Dobrze, że o tym mówisz, bo tak właśnie jest.

U nas to Natalia została łącznikiem pomiędzy mną a kibicami. Choć na początku musiałem się przełamać, żeby wziąć do ręki telefon i nagrać samego siebie. Choć zupełnie się na tym nie znaliśmy, dzisiaj można powiedzieć, że żona jest profesjonalistką w tym, co robi, a team Wrzos to już jest marketingowa maszyna, idziemy cały czas do przodu. Wszystko stopniowo. Natalia zaczęła wstawiać jakieś zdjęcia, dzwonić do lokalnych dziennikarzy. Do tej pory tak jest. Natalię znają wszędzie. To ona łapie kontakt i umawia mnie na wywiady. To ona poukładała moje zaplecze treningowe.

Jak to?

To Natalia zaproponowała współpracę z moim obecnym trenerem. Mariusza Koperskiego obserwowała już wcześniej. Ja znałem go z czasów amatorskich, ale początkowo nie byłem za tym pomysłem – nie wiedziałem, czego się spodziewać. Ale mówię: „dobra”. Dla świętego spokoju zadzwoniłem do Mariusza. „Słuchaj, jeżeli nie będziesz chciał, to rozumiem”. Myślałem, że w ogóle nie będzie chciał podjąć tematu. Dlatego powiedziałem mu jasno: „Pewnie wiesz, że co chwilę zmieniam trenerów, że na razie to nie było to, czego oczekuję w boksie. Że jestem bardzo, bardzo wymagający”. Razem podjęliśmy to wyzwanie.

W klubie trener powiedział, że każdy ma przeczytać „Obsesję doskonałości”. Półtora roku temu przeczytałem tę książkę. Raz. W razie czego mam ją przy sobie, ale na razie nie czuję potrzeby, żeby do niej wracać - wydaje mi się, że realizuję założenia. Natalia jej nie czytała, ale widzi moją zmianę i moje zachowania na co dzień. Mój hart ducha. Czerpie z nich, co przenosi się na jej pracę w mediach społecznościowych i rozwój.

Obsesja doskonałości może być dla sportowca krótką drogą do dopingu. Jeśli chcę być lepszy, muszę więcej trenować. A żeby więcej trenować, muszę być nieustannie gotowy, szybciej się regenerować.

Pojawiały mi się w głowie takie myśli. Ktoś mi coś polecił. Ja jestem taki, że zanim coś zrobię, to pięć razy się zastanowię, przeanalizuję. Zwłaszcza, jeżeli to chodzi o coś nowego, czego nigdy nie robiłem. Tak, myślałem o dopingu. Zastanawiałem się nad nim, jak chciałem wejść na wyższy poziom. Za, przeciw. Ale miałem dobrych doradców. Mój szwagier, który trenując na siłowni sam stosował kiedyś takie rzeczy, wprost mi to odradzał. Zna mnie od małolata, od kiedy zaczynałem karierę w sportach walki. Wie, jaki zawsze byłem pracuś. „Damian, przestań. Nie myśl o tym w ogóle. Ty sobie wszystko wypracujesz. Swoją ciężką pracą, zobaczysz” - powiedział. I faktycznie, to zaczyna się sprawdzać.

Czyli jednak nie wziąłeś.

Nie, jednak więcej było przeciw. Ale dużo ludzi myśli, że brałem. Bo jak na swoją kategorię, jestem dosyć mocno umięśniony, wręcz napakowany. Pamiętam, że gdy wygrałem na jakimś turnieju amatorskim i wzięli mnie na antydoping, to trener kadry złapał się za głowę. „O kur…”. Widzi, że biorą mnie do pokoju, sprawdzić, a mieliśmy już zaplanowane następne zawody.

Trening traktujesz bardziej jako szukanie przewagi nad konkurentem czy przekraczanie granic własnego organizmu?

Przede wszystkim przekraczanie granic swoich możliwości.

Dziś rano obejrzałem powtórkę walki Przemysława Runowskiego. Lubiłem go, oglądałem x lat wstecz, kiedy się rozwijał. A teraz mam wrażenie, że on już stoi. A jak stoimy, to tak naprawdę się cofamy, bo świat idzie do przodu.

Dlatego ja mam wybrane określone treningi, w których cały czas pokonuję swoje granice. Te granice mam rozpisane i staram się coraz bardziej podnosić poprzeczkę. Moje przygotowania to ciągła walka z samym sobą. Budzę się i wiem, że dzisiaj mam w planie pobić swój kolejny limit. Wiem, że będzie ciężko, że będzie mnie to dużo kosztowało. W takie dni moja Natalia sobie ze mną tak luźno nie pogada. W okresie przygotowawczym bywa, że jestem nie do pogadania - od rana mam bojowe nastawienie. Ono jednak później przekłada się na wyprzedzanie konkurencji. Bo jeżeli pokonam w biegu na 10 kilometrów o minutę swój rekord, to automatycznie pokonałem w tym czasie setki osób na świecie, które akurat tego nie zrobiły. Każda moja granica to jest walka z całym światem, z resztą. Życie to przede wszystkim walka ze swoimi słabościami. O tym śpiewa Peja w kawałku, do którego wyszedłem i będę wychodził. Że tylko przegrani patrzą na zwycięzców. Nie można patrzeć na kogoś. Ja skupiam się głównie na sobie.

Świadomość, że nikt nie może trenować ciężej ode mnie przynosi rezultaty, ale czy nie niszczy wewnętrznie sportowców? Nie jest dla ciebie dodatkowym obciążeniem?

Ja jeszcze sobie nie wmawiam, że trenuję najciężej ze wszystkich. Bo wiadomo, że żeby dojść na szczyt jak Muhammad Ali – być legendą, historią – potrzeba czasu. Ale jak pokonałem ostatnio swój rekord, to powtarzałem sobie, że idę w tym kierunku. Ja mówię sam do siebie bardziej, że trenuję coraz ciężej. To mnie nakręca, motywuje. Trenuję w hotelu, gdzie mam wszystko – siłownię, saunę, basen, salę. I wszędzie lustra. Nawet przed walką, jak się rozgrzewam, szukam miejsca, gdzie mogę na siebie spojrzeć. Jak na treningach przełamuję bariery, to często patrzę na swoje odbicie.

Przed żadną z walk nie byłeś przetrenowany?

Uważam, że to jest wszystko głowa. Jeżeli trening jest dobrze dobrany, zaplanowany, to nawet jeżeli są mocne obciążenia, nie będzie czegoś takiego. Ja w każdych kolejnych przygotowaniach zwiększam obciążenia, ale świadomie, bo znam swoje możliwości i wiem, że organizm adaptuje się do wszystkiego stopniowo. Teraz jestem na roztrenowaniu, mam tydzień, dwa luzu i jakbym potem wjechał na ostro, nałożył na siebie obciążenia ze środka przygotowań, no to wiadomo, że bym zajechał mięśnie i miał takie zakwasy na drugi dzień, że bym nie mógł chodzić. Zakwasy, owszem, muszą być, ale delikatne, byś następnego dnia mógł funkcjonować, zrobić kolejny trening. Same zakwasy pokazują, czy trening był właściwy.

Robert Talarek podkreśla, że w swoim skupia się na morderczych powtórzeniach. Bierze ciężarek i dopiero jak przed oczami robi mu się biało, odkłada go na miejsce.

Też tego próbowałem. Czytałem, że tak robią mistrzowie. Bodajże Ronaldo zaczyna liczyć powtórzenia na siłowni dopiero od momentu, gdy łapie go skurcz. Uważam, że to już jakaś abstrakcja. Jak łapie mnie skurcz lub zaczynam odczuwać jakiś ból przy wyciskaniu, to myślę, że może być z tego więcej krzywdy niż pożytku. Ja mam swoje metody treningowe, bardzo skuteczne. Staram się z każdym kolejnym dniem robić coraz więcej powtórzeń lub dokładać coraz więcej kilogramów. To ma być stopniowy progres, małymi kroczkami, ale cały czas.

Nawet w tygodniu gali robisz po dwa treningi dziennie.

Wtedy bardziej łapie się już świeżość i szybkość, dlatego skupiam się głównie na ćwiczeniach szybkościowych. Robię bardzo szybko jeden ruch i dodaję do tego więcej odpoczynku. Przyspieszenie, więcej odpoczynku. Bach-bach-bach! Więcej odpoczynku. Ale przeplatam to też z ćwiczeniami wytrzymałościowymi, żeby złapać oddech. Bo jednak wychodzisz do ringu i masz trzyminutową rundę. Nie możesz przez tydzień, dwa robić tylko pięciosekundówek. A organizm szybko się adaptuje do wysiłku – w ciągu dwóch, trzech tygodni.

Przed Radczenką Mateusz Masternak trenował raz dziennie, pięć razy w tygodniu. I był jakby zaskoczony faktem, że tak dobrze mu poszło.

To zawsze jest pytanie, czy zna się swój organizm. Ja uważam właśnie, że z niczym nie można przesadzić. Z Mariuszem Koperskim staramy się zazwyczaj zacząć sparingi 5 tygodni przed walką, a skończyć 2 tygodnie przed. W krótkim czasie robimy tych sparingów dużo. Ale jak trener widzi, że jestem zajechany albo już zaczynam łapać formę, to czasem szybciej je kończymy. Jeśli jeszcze nie wykrzesał ze mnie wszystkiego, to trochę je przedłużamy. Wystarczy, że spojrzy na mnie na treningu. Rozmawiamy na bieżąco, że tu zaczyna mnie boleć bark, że może dalibyśmy spokój.

Mogę się pochwalić, że przed walką w Pionkach już na sparingach zaczęło mi wychodzić wszystko to, co robiliśmy na technice. Ustabilizowała mi się waga i już tydzień, półtora przed walką byłem gotowy, czekałem. Tylko podtrzymać formę, szybkość. To nie jest przypadek, że boksowałem teraz jak zaboksowałem. Patrząc na mojego rywala, czułem, że może wyjść fajne widowisko. Bo czasem dostajesz jakiegoś krzywo poukładanego mańkuta czy zawodnika, który dużo trzyma. Chociaż uważam, że w każdym przypadku można sobie poradzić. Tu podświadomie liczyłem, że walka może się w ten sposób skończyć, bo podobne akcje wychodziły mi na sparingach. Nie pokazałem wszystkiego, ale były np. ciosy podbródkowe (dużo ćwiczyliśmy, żeby od tych ciosów zaczynać). Było mówione, że nie kończę walk przed czasem, to trenowaliśmy, żebym przełamywał rywali. Na sparingach łamałem przeciwników podbródkami, żeby później wykończyć ich overhandami.

Mówisz o podtrzymaniu formy, ale tak naprawdę do końca nie luzujesz.

Jak Polsat nagrywał moje treningi przed którąś z walk, to byli w szoku, że jeszcze tyle rzeczy robię. Ja wtedy tłumaczyłem im, że to zaledwie połowa tego, co robię stricte w okresie przygotowawczym. Jak ktoś robi wówczas tyle, co ja tuż przed walką, no to wiadomo, że dla niego to będzie dużo. Ale dla mnie ten ostatni tydzień to regeneracja.

To pewnie też kwestia wszechstronności treningów. Ktoś przeczyta: „trenuje 8 godzin dziennie” i pomyśli: „wariat”. Ale to przecież nie tak, że ty przez cały dzień dźwigasz ciężary.

Dokładnie. Rano zrobisz bieg, potem pływanie, trening bokserski, gimnastykę czy jakieś ćwiczenia rozciągające (bo to też bardzo ważny trening). Później jeszcze jakaś sauna, jakaś odnowa biologiczna. Organizm nie dostaje tak w kość, bo robisz dużo różnych rzeczy. Jakbyś miał przez cały dzień trening bokserski i sparingi rano, i wieczorem, to dwa, trzy tygodnie i masz pozamiatane, już ci się odechciewa boksować. Dla mnie odnowa biologiczna to też jest trening. Trzeba to robić umiejętnie, wiedzieć, kiedy, co i jak. Mnie się to udaje. To znaczy, nie tyle udaje, co po prostu mam coraz większą świadomość, która pozwala mi panować nad sobą.

Według mnie przetrenowanie może być w kwestii mentalnej. Jeżeli robisz jeden, ten sam trening na worku. Za dużo worka, non stop technika. Ja takie przetrenowanie nazwałbym zmęczeniem psychicznym. Jeżeli stopniowo adaptujesz organizm do wysiłku, to nie ma mowy o przetrenowaniu. Z treningiem nie można przesadzać, ale należy też pamiętać, że podświadomość zawsze każe nam robić wszystko na minimum.

A w obrębie świadomości. Jak reagujesz na porażki, przegrane?

W ogóle nie dopuszczam do głowy takich słów. Mówię: „doświadczenie”. Jeżeli przegrasz sparing, walkę, no to trzeba wyciągnąć wnioski - to nauka.

Talarek właśnie po porażce uwierzył w to, że może coś zdziałać w boksie. Mierzył się z późniejszym mistrzem świata, rywalem Canelo. I zobaczył, że to nie jest aż taka różnica światów.

Przeżyłem to w Belgii. Pierwsza walka wyjazdowa, pierwsza walka wieczoru. Pierwsza dziesięciorundówka i rywal z fajnym rekordem (45 walk, prawie same wygrane). Wiedziałem, że muszę tam dać z siebie wszystko. No i tak było, w ogóle nie rozkładałem sił. Dookoła 4 tysiące ludzi, a słuchać było głównie 20 osób, które przyjechały ode mnie. Przebieg pojedynku decydował, że jego publiczność siadła. Przez pierwsze pięć rund cały czas go lałem. Był wszędzie poobijany – doły, góra. To pierwsza osoba, którą tak mocno zbiłem. Szacunek, że jakoś przetrwał ten huragan i do dziesiątej rundy walka trochę się wyrównała. Wytrzymał, sędziowie dali mu zwycięstwo. Ale to ja po niej nabrałem wiatru w żagle.

Walczyłeś od tamtej pory 11 razy. On zaledwie 5, z czego dwa starcia przegrał.

Myślę, że wybiłem mu wtedy boks z głowy. Już po naszej walce był podłamany. Wstawiłem na Facebooka zdjęcie z werdyktu. On załamany, cały poobijany, a ja taki wkurzony stoję. Nie był w stanie być zadowolony, to się czuje. Później często wracałem do tego pojedynku z promotorem. Chcieliśmy zorganizować rewanż w Polsce, czy nawet ja mógłbym drugi raz pojechać do Belgii. Przy obecnych przygotowaniach z trenerem Koperskim, z odpowiednią taktyką, myślę, że byłbym w stanie skończyć go przed czasem. Mój promotor cały czas naciskał, ale druga strona chyba nie była zainteresowana.

Wracasz z Belgii podbudowany i od razu ciężki orzech do zgryzienia. Masz walczyć z kolegą, na gali jego promotora.

Tak, z Tomkiem Królem, którzy pomagał mi w przygotowaniach. Nie wiem, czy mój promotor Mariusz Grabowski chciał mnie wziąć pod włos, ale powiedział z góry, że Tomek się zgadza. To mi trochę wjechało na ambicję. Powiedziałem, że jeżeli on się zgadza, to dla mnie też nie ma problemu. Ale nie dawało mi to spokoju. Zanim się zdecydowaliśmy, zadzwoniłem do Tomka. Od razu odebrał. „Pewnie o walkę chodzi?”. „No wiadomo, że o walkę. Co robimy?”. Jego też promotor cisnął, wyczułem, że mu zależało, bo miał sponsora i dobre pieniądze do zarobienia. „No to jak? Boksujemy czy nie?”. Tomek powiedział, że boksujemy. Mówię: „dobra”. Ale od razu uprzedziłem go, żeby nie miał mi za złe, bo mimo że jesteśmy kolegami, to od teraz się od niego odcinam. Widziałem, że na ważeniu Tomek szukał ze mną kontaktu. Ja jednak uciekałem wzrokiem nawet jak wyszliśmy do walki. Lubię gierki psychologiczne, face to face, ale w tym przypadku była głowa w dół i zero patrzenia w oczy. Chciałem zamknąć myślenie kolega-kolega i zrobić swoje w ringu.

Zrobiłeś. W kolejnej walce jednak ci nie pozwolono. Z Markiem Laskowskim, która na co dzień pracuje na szkockim złomowisku.

Zbyt emocjonalnie podszedłem do tej walki. Zderzyliśmy się głowami i sędzia przerwał pojedynek.

Laskowski miał rozcięcie, a w jego narożniku nie było cutmana.

Szkoda, bo byśmy normalnie dalej boksowali. Byłem zły. Zasuwam, wyrzeczenia, a jeszcze na trybunach byli moi rodzice. Przyjechali specjalnie, wiele kilometrów. A tu po drugiej rundzie koniec walki i „no contest”. Z mojego punktu widzenia, strata czasu.

To wszystko pokazuje, jak wyboistą miałeś drogę. Przegrana, no contest i walki z Polakami. Laskowskiemu się zrewanżowałeś, ale potem była ciężka, zremisowana walka z Chudeckim.

Jak to sobie teraz punktuję, to remis był uczciwy. A co do drugiej walki, to jak dla mnie w ogóle to nie ma o czym gadać.

To dopiero wtedy tak naprawdę przekonałeś mnie do siebie.

W rewanżu chciałem pokazać sobie, promotorom i wszystkim, że pomimo tego, iż Michał jest z wyższych kategorii, to dam sobie radę. U nas nie ma za dużego wyboru, stąd te polsko-polskie starcia. Do pierwszej walki z Chudeckim zgłosiłem się sam. Nie wiem, czy od promotora, czy od żony usłyszałem, że szukają dla niego rywala na Polsat Boxing Night. Nie zastanawiałem się ani chwili. Liczyłem tylko, że może zrobimy jakiś umowny limit, bo jest jednak ode mnie dużo cięższy. Ale nie było żadnej dyskusji. Chciałem mu się zrewanżować za czasy amatorskie, w których kilka razy czułem się po prostu oszukany.

Kiedy rozmawialiście o tamtych bojach, pierwszy raz widziałem cię wkurzonego.

Była wymiana zdań w programie. Ja powiedziałem swoje, on swoje. W ringu znów za bardzo poniosły mnie emocje. Pamiętam jak na ważeniu waliło mi serducho. Waliło za każdym razem, jak widziałem Chudeckiego. I tak samo było w walce. To zbyło zgubne, co zauważył mój trener. Do rewanżu odpowiednio przygotował mnie psychicznie. Mówił, że mam wyjść na luzie, na ważeniu podać mu łapę. Podszedłem, z wszystkimi piona-piona. Zaskoczyłem tym Michała, nie wiedział co się dzieje. Przy wadze złapał mnie za czapkę, chciał wytrącić z równowagi, pajacował. A ja stałem, uśmieszek. To są niby szczegóły, ale naprawdę ważne w boksie.

Na pewno. Bo to pokazuje, że w odpowiednim momencie potrafisz się rozluźnić. A najwięksi pięściarze nie zamykają się przed światem. Na ich treningi, sparingi przychodzą ludzie. Tysona Fury’ego dodatkowo to nakręca. Podczas sparingu tańczy, śpiewa.

Jak Mayweather tarczuje, to też jest pełno kibiców. Krzyczą do niego, a on pyk-pyk-pyk. Wystarczy popatrzeć na stare zdjęcia Alego. Mnóstwo ludzi. Trenował, krzyczał w międzyczasie i to mu nie przeszkadzało. Takie rzeczy są wliczone w walkę i ja też to w sobie buduję. Mam grupkę super osób, które wszędzie za mną jeżdżą. Kupę kilometrów, nawet na sparingi. Byli na przykład w Blue Mountain Resort, w górach, gdzie pomagałem Łukaszowi Wierzbickiemu. Ich obecność podczas sparingów powodowała, że czułem, jakbym normalnie walczył. Bo mam kibiców, którzy mnie oglądają. Pamiętam, jak jeden z zawodników zamknął się w szatni i nikogo nie chciał tam wpuścić. Wiedziałem, że nie wytrzymał psychicznie. Dla mnie to było dziwne, bo ja w Pionkach szukałem ludzi, szukałem tumultu. Wyszedłem z szatni, zatrzymałem się między salą, gdzie odbywały się walki a cateringiem. Pełno ludzi tam chodziło. Specjalnie rozgrzewałem się właśnie w tym miejscu. Włączyłem sobie muzyczkę (wcześniej to byłoby disco polo, teraz poszedłem w rap, nadrabiam) i normalnie jakbym wychodził do walki. Pełen lajt.

Nie musiałeś sobie tej walki nawet wizualizować.

Tak, bo czułem, że to już się dzieje. Ja teraz zaczynam się tym boksem bawić. To jest też ważne.

Przed Pionkami na mój trening wpadła ekipa TVP. Czy mi to jakoś przeszkadzało? Zaplanowałem sobie dokładnie, co chciałem zrobić i powiedziałem im, żeby byli przygotowani, że przyjadą, ja robię normalnie trening, a oni po prostu to nagrywają. Żeby nie było, że będę musiał pozować. Wiadomo, że przez chwilę mogę się coś powygłupiać, ale nastawiłem się na normalny trening. Byłem skupiony, w międzyczasie zrobiłem jakiś ruch i wszyscy byli zadowoleni.

Już po walce natomiast wykonałeś taniec zwycięstwa dla dzieci z Domu Dziecka nr 3 w Poznaniu.

Ten taniec to staje się teraz mój następny znak rozpoznawczy. Pomyślałem, że skoro dzieciaki w szkole tak tańczą, no to będzie kojarzył się on właśnie z nimi. Tym razem niestety nie mogły przyjechać na moją walkę, ze względu na limit miejsc w związku z pandemią.

Ale były na poprzedniej. Tak się cieszyły po twoim pozdrowieniu, że słyszałem je przez ekran telewizora.

Zbieraliśmy pieniążki na ten wyjazd przez znajomych. Mogliśmy oczywiście zrobić akcję na Facebooku czy Instagramie, ale Natalia powiedziała, że nie będziemy tego rozgłaszać. Nie chodziło o to, żeby unosić się, że zbieramy pieniądze. Chcieliśmy tak sami z siebie to zorganizować. Zbieraliśmy na bilety, autokar. Bilety miałem z rabatem, autokar też udało się załatwić taniej. Jak tylko pan dowiedział się, że to dla dzieci z domu dziecka, to zjechał nam z ceny. Dzieciaki miały posiłki na drogę od mojego cateringu Cud i Miód. Na miejscu Natalia załatwiła im obiad w miejscowej restauracji. Na pewno dla nich było to mega przeżycie. Przy okazji każdej swojej walki będę starał się tak im to zorganizować.

Za te bilety płacisz sam. Masz jednak potencjał, żeby mieć nie tylko najmłodszą, ale i jedną z najliczniejszych publiczności. Przeciętny pięściarz najpierw sprzedaje bilety swojej rodzinie, później kumplom, sąsiadom, a następnie znajomym znajomych. Ty – jako nauczyciel i wzór dla wielu uczniów – mógłbyś je sprzedawać szkole.

O, to jest kolejny fajny pomysł na przyszłość! Do tej pory nie było jeszcze żadnych wycieczek ze szkoły na moje walki. Choć jak w zeszłym roku miałem starcie w Łomiankach i w tym okresie wypadał akurat Dzień Nauczyciela, zaproponowałem, żeby dyrekcja zorganizowała taki wyjazd naszej kadrze. Nie wyszło. Natomiast myślę, że jest to kwestia przyszłych gal i na pewno będę o tego typu rzeczy zabiegał.

Jak w ogóle patrzy na boks twój państwowy pracodawca?

Wiesz, to ja decyduję o tym, co będę robił poza szkołą. Treningi zajmują dużo czasu, ale nie przeszkadza mi to w uczestniczeniu w zajęciach. Mam duże doświadczenie w pracy z dziećmi, z młodzieżą. Jestem drugim wychowawcą w klasie. Czyli tak naprawdę… nie jestem wychowawcą. Bycie nim wiąże się już z dużą odpowiedzialnością i na pewno dużym nakładem pracy. Jeżeli dostałbym w szkole taką ofertę, to musiałbym z niej zrezygnować. Ciężko byłoby mi połączyć z tym treningi.

Nie było też tak, że wjechałem do szkoły i od samego początku afiszowałem się z pięściarstwem. Nie wiedziałem, jak odbierze to społeczeństwo szkolne – rodzice, dzieciaki, pedagodzy. Ale gdzieś tam stopniowo, im dłużej jestem w szkole, szkoła coraz bardziej utożsamia się ze mną, a ja ze szkołą.

To też wynika z tego, w jaki wizerunek poszedłeś. Nie awanturujesz się jak McGregor, nie palisz pieniędzy niczym Mayweather. Od zarania dziejów ludzie chcą popatrzeć na krew, pot, łzy i długo wydawało się, że karierę w sportach walki mogą zrobić jedynie osoby kojarzące się z agresją. Ale świat się zmienia. Mariusz Kołodziej zakładał, że Patrykowi Szymańskiemu będą kibicować matki z dziećmi. Jan Błachowicz, mimo że ma kowadło w ręce, zyskuje popularność nie jako zabijaka, ale kumpel, z którym można się napić piwa, pograć na Playstation.

Czyli wszystko zależy od danej osoby, od jej charakteru, od tego, jak kto funkcjonuje.

Kibice pytają cię o sytuację z Arturem Szpilką. Czy nie jesteś zły, że przez tę aferę z pluciem twój pojedynek pozostał trochę w cieniu?

Dla tych, którzy chcieli obejrzeć moją walkę, skupili się na niej, nie byłem w cieniu czegokolwiek. Jeżeli ktoś mnie zna, ogląda, dopinguje to jest moim kibicem. A jeżeli ktoś bardziej przejął się bardziej tą aferą, no to widocznie to nie jest mój żaden kibic. Ale może będzie nim za chwilę, może się przekona? Może przy okazji tej afery zobaczył, że tu Wrzesiński boksował? Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Mignął mi ostatnio fragment wywiadu z zawodniczką, która jest przeciwna freak fightom, bo te zabierają widownię jej i innym prawdziwym sportowcom. Nie zgadzam się z tym. Moim zdaniem ludzie, których interesuje Fame MMA i tak nie przyszliby na poważny sport. To nie ta klientela. A freak fighty w KSW, czy w FEN? Tu prawdziwi sportowcy, walczący na tych galach, mogą tylko zyskać. Mogą zostać dostrzeżeni tak jakby przy okazji.

Nie mam tutaj zdania, zaskoczyłeś mnie. Wiesz, dlaczego? Bo jeżeli chodzi o Fame MMA, to ja w ogóle takich rzeczy nie oglądałem, nie będę oglądał i nawet nie gadam na takie tematy. Bo jeśli bym je poruszał, to tylko bym to nakręcał. A ja w ogóle o takich rzeczach nie myślę.

Dobrze. Afera w Pionkach. Po wszystkim powstało zasadnicze pytanie. Czy sportowiec powinien być przykładem? Czy musi nim być? Czy powinien być przykładem wyłącznie w sporcie, czy także w życiu?

Patrząc na swoją osobę, poszedłem taką drogą. W karierze bokserskiej, w życiu prywatnym staram się być przykładem. I takim przykładem staję się dla młodzieży. Przez pracę w szkole, akcje charytatywne z Drużyną Szpiku.

Wyrastasz na najbardziej pozytywną postać polskiego boksu. Wspierany przez lokalną społeczność pedagog, który odwiedza opuszczone i chore dzieci. Bez konfliktów i krzywych akcji w boksie. O promotorze, trenerze, kolegach i koleżankach z grupy – zawsze dobrze. O rywalach – nigdy źle. O sponsorach jak najgłośniej. Sama jasna strona mocy.

Widzisz, dopiero ty mi takie rzeczy uzmysławiasz, przekonujesz, że akcje promocyjne, które robimy są słuszne. Dla mnie ważne jest, że nie nakręcam się sztucznie, że zachowuję się w tym wszystkim naturalnie. Sam zadałem sobie pytania: „co bym chciał robić?”, „jak bym chciał to zrobić?”. Ja wszystko sobie wizualizuję. Wybrałem taką drogę też samego siebie. Mówiłeś o Arturze Szpilce. Moim zdaniem on również nikogo nie udaje. Przyciągnął ludzi, którzy chcą go oglądać, bo jest, jaki jest. Ja taki nie jestem, nie byłem i nie chcę być. Ja postanowiłem pokazać samego siebie poprzez sport i akcje charytatywne. Bo ja najchętniej chciałbym z każdym dobrze trzymać.

Czyli nie zgodzisz się, że siłą człowieka jest suma jego wrogów?

Coś w tym też jest. Ale to już zależy od osobowości. U Artura Szpilki może się to sprawdzać, u mnie niekoniecznie. Aczkolwiek wiadomo, że wszystkich nigdy nie zadowolisz. Wspieram Kolejorza i może za chwilę kibice Legii zaczną mnie hejtować. Zobaczymy. Prędzej czy później ktoś taki się znajdzie. Ale ja nie myślę o złych rzeczach.

Co do Lecha, niektórzy podważają twoją wiarygodność. Pytają, kto strzelił bramki, jak podoba ci się polityka transferowa.

Na polityce klubu się nie znam. Ja wstąpiłem w szeregi kibiców, wzajemnie się wspomagamy. Zanim to zrobiłem, sporadycznie oglądałem Lecha, byłem w miarę na bieżąco. Mieszkając w Poznaniu poznałem wielu kibiców, znajomych znajomych, którzy jeżdżą na mecze. Rozmawiałem z kibolami, analizowałem ich tok myślenia. Z niektórymi rozumiałem się bardziej, z niektórymi wcale. A teraz, jak wstąpiłem w te szeregi, to staram się być na każdym meczu. W sumie od krótkiego czasu, bo była pandemia. Ale odkąd wznowiono rozgrywki, jestem na Bułgarskiej.

W przerwie meczu z Lechią wyszedłeś na płytę i promowałeś swoją walkę.

Ostatnio mówię Natalii: „Kurczę, kiedyś bym nie pomyślał, że będę tak za Kolejorzem”. Że będę tak kibicował, i to tak prawdziwie kibicował. Bo coraz bardziej przeżywam, naprawdę się wkręciłem. Zresztą taki jestem, że jeżeli coś robię, to staram się robić to prawdziwie i na sto procent. To nie jest tak, że sobie coś wymyśliłem i ooo, teraz będę sztucznie coś nakręcał, pokazywał. To by prędzej czy później wyszło.

Patrząc całościowo. Mam wrażenie, że wszystko, co najlepsze w kontekście twojego wizerunku zaczęło się od Drużyny Szpiku. To w ramach tej inicjatywy zacząłeś odwiedzać dom dziecka, to dzięki niej poznałeś Rycha Peję, Katarzynę Bujakiewicz, którzy też są ambasadorami projektu i dzisiaj zapraszają na twoje kolejne walki.

Z mojej strony wszystko zainicjowała Natalia. Stopniowo budowała te nasze media społecznościowe i w pewnym momencie mówi: „Słuchaj, a może byśmy nawiązali współpracę np. z Drużyną Szpiku, odwiedzilibyśmy chore dzieci?”. Natalia powtarza, że dobro zawsze wraca. „Zobaczysz, im więcej będziemy pomagać, takie różne akcje robić...”. Tym mnie przekonała. „Dobra, spróbujemy”.

Na początku się stresowałem. Odwiedzaliśmy dzieci w szpitalach onkologicznych, a ja zupełnie nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. Co mam robić, jak rozmawiać z tymi dziećmi. Wtedy nie byłem jeszcze tak rozpoznawalny, nie wiedziałem, czy ja w ogóle będę tam potrzebny, czy będę dla nich jakimkolwiek wzorem.

Ja boję się takich wizyt. Dom dziecka, szpital. Wiem, że tym dzieciom brakuje czułości, że mocno się przywiązują, że część z nich nie dożyje do następnego spotkania… Cokolwiek się powie, wydaje się to głupie.

To mogłoby być głupie, jeżeli tak o tym myślisz. Z czasem jednak przestałem się nad tym zastanawiać. Po prostu staram się myśleć pozytywnie. Po to tam chodzę, żeby przekazać tym dzieciakom pozytywną energię. Ja nie wchodzę do szpitala z pytaniem: „Jak się czujesz?”. Bo wiadomo, że dziecko może czuć się źle. Tylko naturalnie z nim rozmawiam, jakby wszystko było okej. Nie staram się wczuć w jego sytuację. Staram się czuć dobrze, wchodzić z uśmiechem. Myślę, że to pomaga. Jak potem na osobności rozmawiam z rodzicami, to nie zmieniam nastawienia. Oni dopiero wtedy się rozpłakują. Bo np. nie wiadomo, czy dziecko wyjdzie na święta do domu, wszystko zależy od wyników. Mówię takiej matce: „Po co pani płacze zawczasu?”. Tłumaczę jej, że nie ma co myśleć, jak będzie jutro, tylko trzeba się cieszyć, że będzie dobrze. Jak u nas w pokoju nauczycielskim koleżanka narzeka, że jest ładna pogoda, więc pewnie w wakacje takiej nie będzie, to mówię jej: „Teraz jest ciepło, potem będzie brzydko, a ty przez cały ten czas będziesz się martwić. Po co?”. I tutaj tak samo. Trzeba nastawić się, że dziecko wyjdzie. A jak nie wyjdzie, no to trudno. No to nie wyjdzie, nic się nie stało. Po dwóch dniach dostałem od tej kobiety wiadomość. „Miał pan rację. Jednak dziecko wyszło na święta, niepotrzebnie się tak denerwowałam”.

Przekonujesz mnie sportowo, przekonujesz marketingowo i tak zwyczajnie, ludzko. Od pewnego czasu śledzę wszelkie twoje aktywności. Nie muszę wpisywać twojego nazwiska w Google, szukać go w gazetach. Cokolwiek dzieje się w twoim życiu, ktokolwiek na twój temat się wypowie – wszystko to znajdę na twoich stronach. A nawet jeśli przeoczę, to na pewno z Natalią oznaczycie mnie na Twitterze, obok innych dziennikarzy, na kontakcie z którymi wam zależy.

No i pytanie. Czy twoim zdaniem tak można robić, to jest dobre?

Zależy z jakim komunikatem. Wy macie wyjątkowo pozytywne przekazy, które media i kibice bardzo chętnie podchwytują. Gdybyś oznaczał mnie wyłącznie pod filmikami z treningów, uznałbym to za spam.

To byłoby jednowymiarowe. Dlatego wielkie brawa dla mojej żony, która stara się pokazać, jak w rzeczywistości wygląda nasze życie. A dzieje się u nas bardzo dużo, oprócz treningów, wywiadów. Natalia na bieżąco informuje mnie, co pojawia się na moich kanałach.

Albert Sosnowski zapytany o jedną radę dla młodych pięściarzy, powiedział: „powinni wcześnie się żenić”.

Stabilizacja jest mega ważna. Jeśli w domu jest w porządku, to w ringu też tak będzie. Jak jeszcze docieraliśmy się z Natalią, to przed walką bywały takie wojny, że masakra. Byłem nieraz rozładowany przez takie kłótnie. Ale widzę, że moja żona już to zrozumiała. Wie, jak zachowuję się przed walką i często mi odpuszcza. Po walce jej się za to odwzajemniam. Przynajmniej się staram.

„Dragon” miał na myśli pewnie to, że równowaga w życiu osobistym to mniej rozpraszaczy - kolegów, rozchodzących się na boki pieniędzy. Ty już jakiś czas temu odnalazłeś równowagę. Masz żonę, dwójkę dzieci. Mówi się, że ojcowie biją mocniej, ale moim zdaniem tylko wcześni ojcowie. Tym, którzy dorobili się potomstwa będąc u schyłku lub na szczycie kariery spada poziom testosteronu, włącza się opiekuńczość.

Szczególnie, że wychowanie to też nie jest taka łatwa sprawa. W okresie przygotowawczym czasami jestem mega zmęczony i między treningami potrzebuję się zdrzemnąć. A przy małym dziecku niekiedy nie idzie odpocząć, bo nagle zaczyna krzyczeć – coś chce, czegoś chce. Jak ktoś nie jest przyzwyczajony, może mu to zaburzyć karierę. Ja już przywykłem, moja starsza córka skończyła 8 lat. Jestem w stanie się całkowicie wyłączyć. Jak w okresie przygotowawczym jestem z żoną, z dziećmi i jest hałas, to się zamykam. Potrafię to oddzielić. I później ciężko mi jest się otworzyć, gdzieś zaadaptować. Pamiętam np., jak z trenerem i cutmanem jechaliśmy na sparingi. Cutman zwrócił mi na coś uwagę, a ja nagle tak wybuchłem!

W domu Dariusza Michalczewskiego zasady były proste. Tata teraz śpi. To on jest żywicielem rodziny, nie można mu przeszkadzać.

Czyli było tak, jak powinno być. Dlatego był mistrzem świata i jest tym, kim jest. Dla mnie to duży autorytet.

Z naszej rozmowy wynika, że czas dla rodziny powinieneś mieć właśnie teraz. Jest sobota, udzielasz wywiadu.

Ten tydzień odpoczywam. W sumie dosyć aktywnie. Co chwilę spotykamy się ze znajomymi, zaraz jadę na urodziny, jutro mecz Kolejorza.

Wakacje?

W sierpniu mamy wyjazd służbowy. Szkolenie w ramach Programu Erasmus - będę uczył się angielskiego na Malcie. Połączę to sobie z wyjazdem na wakacje z żoną i dziećmi. Planuje teraz zrobić sobie troszeczkę więcej przerwy od treningów, po to, żeby potem przygotować się na jakąś mocną walkę pod koniec tego roku.

Pas mistrza Europy czy złoty strzał i walka za granicą za duże pieniądze?

Nie patrzę na pieniądze. Najbardziej chciałbym budować swoją pozycję tutaj, u siebie w kraju, i nie szukać farta, że a nuż widelec może się uda. Mam priorytety. Wybrałem Tymex i jakby to wyglądało, gdybym teraz nagle to zmieniał? Trzeba iść konsekwentnie własną drogą. Wizualizuję sobie, że pod koniec roku zaboksuję o jakiś pas interkontynentalny lub mistrza Unii Europejskiej. Tak bym to widział. Bo domyślam się, że walkę o pas mistrza Europy będzie ciężej zorganizować. Dla mnie już pas mistrza UE to byłoby mega osiągnięcie. Krok do przodu i dobry początek. Małą łyżeczką, ale stale.

Czujesz dobrze wykonaną pracę na ulicach? Ludzie podchodzą po zdjęcia, autografy jak spacerujesz po mieście?

Ostatnio zauważyłem, że już przychodzi ten etap. Stopniowo zaczynam się do tego przyzwyczajać. Bo to nie jest tak, że nagle wszyscy mnie znają. Tylko ja się do tego wszystkiego pomału adaptuję. To tak samo jak z organizmem. Uważam, że tak powinno być.

W rankingu EBU-EU jesteś czternasty, po walce w Pionkach przedłużyłeś kontakt sponsorski. W istocie wszystko idzie po twojej myśli. Ale pamiętam, co powiedziałeś zapytany o to, czy pozwoliłbyś boksować córkom. Że starsza widzi, ile tata na co dzień pracuje, jak ciężki jest boks i chyba jej to nie kręci. Nie obawiasz się, po latach córki będą nienawidzić nie tylko boksu, ale i ciebie?

No kurczę, coś w tym jest na pewno. Coś w tym może być. Chociaż na razie się na to nie zapowiada. To znaczy, może ja też tego nie zauważam? Bo faktycznie zawsze jest coś kosztem czegoś. I sam czuję, że sport jednak musi być na pierwszym miejscu, jeżeli chcę osiągać w nim wyniki. Na pewno nie daję z siebie dzieciom tyle, ile chciałbym im dawać - mogę potwierdzić, że tak jest. Ale mam nadzieję - patrząc dalekosiężnie - że to nie wpłynie na nasze przyszłe relacje. Mam nadzieję nawet, że te relacje jeszcze się poprawią jak zakończę karierę sportową. Tylko że właśnie… Kończysz karierę, a zaczynasz coś innego. Np. karierę trenerską. Jak czasem rozmawiam ze sponsorami, to mówią mi: „Słuchaj, Damian. Wszędzie tak jest. Czy będziesz pracował w sporcie, czy na budowie i tak wszędzie musisz zapierdzielać, oddać się tej pracy”.

Zwłaszcza, jeśli robisz coś z pasji.

I na pewno tak też będzie w trenerce. Ale mam nadzieję, że moje córki kiedyś, w przyszłości, również będą zbierać tego owoce. Że tata jest rozpoznawalny, zdobył tytuł. Chociaż… Standard życia standardem. Nie ukrywam, że życzyłbym sobie więcej czasu poświęcać dzieciom. No ale się nie da. Tak więc jest to ciężki temat.

Widziałbyś klasy o profilu bokserskim w twojej szkole?

Na pewno tak. Jak skończę karierę, za parę lat, moim celem będzie utworzenie dużego klubu bokserskiego w Poznaniu i połączonego z nim klubu uczniowskiego. Już od dłuższego czasu prowadzę dodatkowo treningi grupowe. Odnajduję się w tym i jestem przekonany, że będę bardzo dobrym trenerem.

Podobno najlepiej mieć cel realny i bliski do osiągnięcia.

Dlatego ciągle mówię o mistrzostwie Europy. Chłopak kuzynki jest po szkoleniu z zakresu osiągania celów. Dwa lata temu powiedział mi: „Damian, ty musisz je sobie postawić”. Już zaczęliśmy współpracę z Mariuszem Koperskim, wszystko układało się w jedną całość. Kuzyn przekonywał, że każdy cel powinien być określony w czasie. I tak, każda kolejna walka to cel krótkotrwały. Musi być też coś, do czego te poszczególne cele prowadzą. W moim przypadku to właśnie mistrzostwo Europy. Wiadomo, że żeby je zdobyć, trzeba sobie zaplanować treningi. Wiadomo, że trzeba wygrywać walki. Wiadomo, że nie z byle kim.

W drodze po pas ME pokonujesz ostatnio głównie ludzi z Ameryki Łacińskiej…

Na dziś nie mam jakiegoś wymarzonego rywala. Chcę walczyć z kimś z czołówki, z czołowym zawodnikiem Europy. Wygrana w dobrym stylu z kimś takim będzie miarą wykonanej pracy. Samo zdobycie pasa to taki dodatek – ujęcie tego w słowa, wizerunkowo. Pas fajnie wygląda, ale sportowiec musi skupić się przede wszystkim na praktyce. Żeby być w ringu coraz lepszym, walczyć z coraz lepszymi zawodnikami i z nimi wygrywać. Im bardziej sobie rozpiszesz cele, im mocniej uzmysłowisz co i jak trzeba robić, tym staną się one bardziej realne i szybciej się spełnią. Psychologia pokazuje prostą zależność. To, co myślisz, mówisz, to co mówisz, to się później dzieje. Jak będziesz kłócił się z żoną, myślał: „kurwa, ty taka, ty taka”. To najpierw zaczniesz to mówić, a potem będzie bijatyka czy rzucanie krzesłem. Tak samo jest z celami. Ja myślę o swoich celach.

(Damian wyciąga telefon)

Widzisz, co mam w tle?

Pas EBU, a na nim „Wrzos 2020”.

I to już działa na moją podświadomość, bo jestem codziennie przy telefonie. Niby nawet nie patrzysz na to, ale o tym myślisz. I zaczynasz mówić o tym wszędzie, w wywiadach. A to zaczyna napędzać wszystkie rzeczy dookoła. Zobacz, dzisiaj się spotkaliśmy i o tym rozmawiamy.

Mówisz, że zdobycie mistrzostwa Europy byłoby uwieńczeniem twojej kariery.

Bo nie chcę za daleko wybiegać słowami. Mam już przed oczami wizualizację tego, co ewentualnie mogłoby być po tytule mistrza Europy, ale nie chciałbym jeszcze o tym mówić. Mam swoją wymarzoną walkę, upatrzone miejsce i przeciwnika, z którym wyglądałoby to najlepiej. Miejsce to stadion Lecha. Z kim? O co? Ty pewnie wiesz. Ja nie gadam o tym głośno, bo nie chcę, żeby za chwilę ktoś mi zarzucał, że „on już za bardzo w obłokach buja”. Chcę najpierw pokazać walkami, że jestem najlepszy na swoim podwórku i w okolicach. Wejść do czołówki. Na razie skupiam się na tu i teraz.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Różne pokolenia, ta sama zajawka. Piszemy dla was o wszystkich odcieniach popkultury. Robimy to dobrze.