Pierwsze moralne zwycięstwo, z którego faktycznie można być dumnym (OTWARTY KOMENTARZ)

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Reprezentacja Polski
Pressfocus

Przez lata hasło “moralne zwycięstwo” stało się ironicznym synonimem polskiej porażki. Rezygnacja z gry przeciwko Rosji, w sensie sportowym, też pewnie zakończy się porażką. Ale akurat w tym moralnym zwycięstwie nie będzie nawet grama ironii.

Najtrudniejsze w obecnej sytuacji jest pozbycie się myśli, co każda osoba publiczna prezentowała przed wojną. Jak się wypowiadała, jak się zachowywała, jakie kierowały nią pobudki. Dotyczy to polityki krajowej, aktorów zagranicznych, organizacji, klubów piłkarskich, prezesów związków, czy piłkarzy. Moment dziejowy jest tak nietypowy, że nagle, choć to bardzo chwiejne porozumienie, czy się lubi Unię Europejską albo rząd PiS-u, Niemcy, czy Stany Zjednoczone trzeba jednakowo trzymać za nie kciuki, licząc, że zachowają się przyzwoicie i staną po właściwej stronie. Wszystkie bardzo liczne linie drobnych podziałów świata zastąpiła jedyna w tej chwili ważna: stosunek do wojny na Ukrainie. Ale nie jest łatwo się do tego przyzwyczaić. Przecież pełna inwazja nastąpiła raptem trzy dni temu.

Kiedy więc Schalke i Austria Wiedeń usuwają logo Gazpromu z koszulek, w człowieku pozostaje wątpliwość, czy aby na pewno oznacza to zerwanie współpracy, czy jedynie wizerunkowy ruch na przeczekanie. Kiedy kolejni sportowcy wrzucają oświadczenia do mediów społecznościowych, nigdy nie wiadomo, czy to nie jest tylko ruch PR-owy. Kiedy Zbigniew Boniek mówi, że coś załatwi w UEFA, nie wiadomo, czy rzeczywiście to zrobi. Kiedy Cezary Kulesza ma wydać jakieś oświadczenie, nie wiadomo, czy nie strzeli jakiejś gafy. A kiedy Robert Lewandowski ma zająć jakieś stanowisko, lecz długo milczy, nie wiadomo, czy nie dlatego, że tak mu powiedział marketingowy rachunek zysków i strat.

Każdy przyjmuje własną strategię radzenia sobie z nowymi realiami. Zwykle taką, która pasuje do jego osobowości. Moją, naprędce przyjętą, jest zwlekanie z krytyką. Swoje oczekiwania, według niektórych komentujących zbyt powściągliwe, tłumaczyłem już w czwartkowym tekście: chciałem, by na wojnę reagować szczebel po szczeblu – od międzynarodowych organizacji politycznych, przez państwa, międzynarodowe związki sportowe, krajowe federacje, aż po kluby i piłkarzy. Tak, by w każdej sprawie przemawiać możliwie głosem z najwyższego szczebla, najbardziej spójnie brzmiącym. Dlatego nie oburzyło mnie czwartkowe oświadczenie federacji polskiej, czeskiej i szwedzkiej o tym, że nie wyobrażają sobie gry w Rosji. Dobór słów był niewłaściwy. Gdyby pozostał to jedyny krok, uważałbym je za błąd. Ale jako pierwszy krok, wspólne zasygnalizowanie, że coś nam się nie podoba i czekanie na to, co zrobią UEFA i FIFA, nie było jeszcze podstawą do krytyki.

ABSURDALNA KARA

UEFA i FIFA dały oczywiście w przeszłości podstawy, by spodziewać się po nich wszystkiego najgorszego, ale do piątkowego posiedzenia jeszcze można było dać im szansę na zachowanie inne niż zwykle. Obie organizacje przyjęły jednak strategię przeczekania. Przyglądania się sytuacji. FIFA zawiesiła w tym tygodniu Kenię i Zimbabwe za ingerencje krajowych rządów w sprawy federacji. W kwestii Rosji zarówno europejski, jak i światowy futbol postarały się zrobić najmniej jak tylko można: odpuściły tylko finał Ligi Mistrzów w Sankt Petersburgu i podjęły absurdalną decyzję o nakazie rozgrywania meczów z udziałem rosyjskich drużyn na neutralnym gruncie. Taka decyzja ma uzasadnienie w przypadku Ukrainy, gdzie faktycznie nie da się grać ze względów bezpieczeństwa. Ale na Moskwę i Sankt Petersburg nie spadają bomby, można tam bezpiecznie grać w piłkę. Jeśli natomiast miałaby to być forma sankcji, to trudno za taką uznać postąpienie tak samo wobec najeźdźcy i napadniętego. Zresztą, o jakiej karze mówimy: gdyby Rosjanie zagrali z Polską np. w Serbii, w której tradycyjnie cieszą się dużą sympatią, mieliby pewnie za sobą większość trybun. Trudno mówić o neutralnym terenie.

NA PRZECZEKANIE

Po piątku mieliśmy już więc pełną jasność, że UEFA i FIFA liczą, że sprawa rozejdzie się po kościach. Jakoś ucichnie. Yussufa Poulsena, napastnika RB Lipsk, zapytano po piątkowym losowaniu Ligi Europy, czy wchodzi w grę zbojkotowanie meczów ze Spartakiem Moskwa, ostatnim przedstawicielem rosyjskiej ligi uczestniczącym w europejskich pucharach. Duńczyk całkowicie to jednak wykluczył, podkreślając, że UEFA podjęła decyzję o rozegraniu meczu na neutralnym terenie i trzeba się do niej dostosować. To sprawa mniejszego kalibru, bo dotyczy klubu, a nie meczów międzypaństwowych, co oznacza, że nie byłyby odtwarzane hymny, wywieszane flagi państwowe, a na trybunach nie pojawiałyby się władze. Ale mniej więcej pokazywała, że sprawy zmierzają w kierunku zamierzonym przez FIFA i UEFA: wszyscy zapomną, skupią się na grze w piłkę. Najwyżej, jeśli Rosja i Ukraina awansują na mundial, zadba się o to, by w losowaniu nie mogły wpaść na siebie. Koniec sprawy, FIFA, gdy tylko jej wygodnie, apeluje, by sportu nie łączyć z polityką.

STANOWISKO PIŁKARZY

Do piątku czekaliśmy też na stanowisko Roberta Lewandowskiego. Długo, biorąc pod uwagę, że Kamil Glik i Piotr Zieliński jasno wypowiedzieli się wcześniej. Można oczywiście zadawać pytanie, czy od piłkarza należy oczekiwać stanowiska na każdy temat. Nie na każdy. Gdyby Rosja miała grać w barażach z Walią, jakoś przeżyłbym brak jasnej antywojennej deklaracji. Jeśli jednak Lewandowski miałby za miesiąc wyprowadzić reprezentację na boisko jako kapitan, uścisnąć sobie dłoń z kapitanem Rosjan, wymienić się z nim proporczykiem, chciałbym wiedzieć, czy nic mu w tym nie zgrzyta i czy nie widzi w tym żadnego problemu. Zwłaszcza że przecież nie można wykluczyć, że piłkarzy chciałby natchnąć swoją obecnością na przykład Władimir Putin. Skojarzenia z Anglikami hajlującymi przed Adolfem Hitlerem są pewnie zbyt daleko idące, ale jednak myślę, że zawodnicy mogą się wypowiedzieć, czy chcą brać udział w propagandowym przedstawieniu, w które mógłby się zamienić pierwszy mecz reprezentacji Rosji po eskalacji wojny.

RYZYKO LEWANDOWSKIEGO

Przede wszystkim jednak, Lewandowski to ktoś więcej niż piłkarz i nawet więcej niż kapitan reprezentacji Polski. To rozpoznawalna na całym świecie marka. Jedna z największych gwiazd dyscypliny. Oczywiście, znając jego wcześniejszą politykę, też miałem co do niego bardzo jasne podejrzenia, że zwleka, bo musi wszystko PR-owo przeanalizować. Zastanawia się, jak to zostanie odebrane międzynarodowo. Przeczytałem u Galopującego Majora, że Lewandowski tradycyjnie wypowiedział się dopiero wtedy, gdy miał pewność, że będzie to PR-owo bezpieczne. Ale akurat na polskim rynku zabranie stanowiska w tej sprawie byłoby dla niego PR-owo bezpieczne, a wręcz korzystniejsze, już w czwartek. A na rynku międzynarodowym, w który przecież Lewandowski od lat celuje, zupełnie bezpieczne PR-owo nie jest nawet dzisiaj. Być może Chińczykom z Huaweia, z którymi ma podpisany indywidualny kontrakt, takie jasne opowiedzenie się w tej sprawie wcale się nie spodoba. Kapitan nie zareagował pochopnie, lecz koniec końców właściwie. I ryzykownie także z punktu widzenia własnego interesu marketingowego. Milcząc, straciłby pewnie w Polsce, ale on przecież gra już o znacznie większe rynki.

WSPÓLNY FRONT

Miałem też obawy co do Kuleszy, że nie dorośnie do swojej roli w większej całości, że nie będzie się chciał mieszać, że nie położy na szali milionów, które może dostać PZPN za awans na mundial. Słyszałem też głosy, że żadna w tym jego zasługa, bo sygnał poszedł z góry, przecież już w piątek Kamil Bortniczuk, minister sportu, mówił w RMF FM, że nie wyobraża sobie rozegrania tego meczu barażowego. Jeśli tak, tym lepiej. Jak wspomniałem na początku, niezależnie od tego, jaki się ma stosunek do aktualnego rządu, w obecnej sytuacji im bardziej spójny front tworzy państwo jako całość, tym lepiej. Nawet więc wolę, że decyzja została skonsultowana z władzami, a nie podjęta samozwańczo przez federację.

BOHATERSKA DECYZJA

Często powtarza się w ostatnich dniach, że sport powinien zejść na dalszy plan, ale łatwo się szafuje bohaterstwem innych. Dlatego nie umiem w tej sytuacji nie podziwiać Lewandowskiego, Glika i innych piłkarzy. Łatwo powiedzieć, że ich mundialowe ambicje są nic niewarte, gdy na Ukrainie giną ludzie. Ale to są ich życiowe ambicje. Lewandowski, Glik mogą w efekcie dzisiejszej decyzji już nigdy nie zagrać na mundialu. Lewandowski już w lutym może tą decyzją skreślić się z walki o Złotą Piłkę. Generalnie, mogą dołączyć do tych sportowców, którzy w 1984 roku mieli na Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles walczyć o medale, ale nie wzięli w nich udziału, bo tak wyglądały wtedy realia polityczne. To, że się pod tym podpisują, jest z ich strony naprawdę dużym bohaterstwem. Możemy mówić, że bardziej zapamiętani będą z tej decyzji, niż z sukcesu na mundialu, ale to niestety nieprawda. W dłuższej perspektywie takie sprawy się zacierają. Pamięta się tych, którzy odnieśli sukces na mundialu. Być może za 30 lat nie będzie się więc pamiętać, dlaczego właściwie Lewandowski w 2022 nie awansował na mistrzostwa świata. Także przez wzgląd na to, jak znakomitym i ambitnym jest sportowcem, podziwiam odwagę tej decyzji. Mógł przecież powiedzieć, że woli zatrzymać Rosjan w drodze na mundial na boisku, a po golu owinąć się we flagę Ukrainy czy pokazać gest Kozakiewicza. Szczerze mówiąc, takiego jego stanowiska nawet bardziej się spodziewałem.

PR-OWY PROBLEM FIFA

Także przez wzgląd na piłkarzy wciąż myślę jednak o sporcie. Jeszcze nie machnąłem ręką na mundial. Dzisiejszą decyzję odbieram jako zburzenie planów UEFA i FIFA o czekaniu aż sprawa ucichnie. FIFA ma teraz PR-owy problem. Media z całego świata piszą właśnie, że jeden z najbardziej znanych piłkarzy nie ma zamiaru brać udziału w meczu przeciwko Rosji. FIFA będzie musiała jeszcze raz zająć w tej sprawie jakieś stanowisko. Albo przyzna Rosji zwycięstwo walkowerem, co oczywiście odbije się echem na całym świecie i po raz kolejny ściągnie na FIFA gromy, zwłaszcza że wykluczy z udziału w jej flagowej imprezie jednego z najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy, którym przecież w normalnych warunkach chciałaby pewnie reklamować turniej. Albo jednak wykluczy Rosję z rozgrywek, co byłoby zwycięstwem Polski w sportowej dyplomacji, bo do momentu dzisiejszej decyzji ewidentnie nie miała takiego zamiaru. Nie mam na to wielkiej nadziei, bo FIFA, zgodnie z prawem Murphy’ego, zawsze, gdy ma okazję zachować się źle, tak się zachowuje. Jeszcze daję jej szansę, by zareagowała inaczej, niż przyzwyczaiła, ale jeśli tego nie zrobi, pierwszy raz nie będę żałował nieobecności Polski na mundialu. Radosław Nawrot z Interii zwrócił ostatnio uwagę, że po jesieni 1939 z Niemcami grali w piłkę tylko Węgry, Jugosławia, Bułgaria, Bohemia, Włochy i Słowacja, czyli albo ich sojusznicy, albo kraje pod ich wielkim wpływem. Ze świadomością, że za kilkadziesiąt lat Polski na pewno na takiej liście nie będzie, będę oglądał mistrzostwa świata z większym spokojem.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.