Pierwsza pocztówka nowego Bernabeu. Sztuka dojrzewania na przykładzie gracza zrodzonego z chaosu

Zobacz również:Człowiek, którego trzymają się kilogramy. O Hazarda skłonności do nadwagi
Real Madrid CF v RC Celta de Vigo - LaLiga Santander
Fot. Diego Souto/Quality Sport Images/Getty Images

Czy w trzy miesiące można przejść transformację z nieopierzonego, wariującego pod bramką atakującego w skutecznego strzelca z chłodną głową i pomysłami godnymi killera? Niekoniecznie, ale ten powolny proces trwa u Viniciusa Juniora znacznie dłużej. Brazylijczyk utonął w objęciach przebudowanego Estadio Santiago Bernabéu, gdy zdobył czwartą bramkę w czwartej kolejce sezonu. Potrzebował 221 minut, aby strzelić więcej goli niż w każdym z trzech poprzednich sezonów. Naiwnym byłoby sądzenie, że teraz Vinicius ruszy po koronę króla strzelców, ale nie bardziej niż skreślanie tak młodego chłopaka poprzez seryjne pudłowanie pod bramką. Chłopak z São Gonçalo, wiecznie noszony emocjami, ma dopiero 21 lat. Ale jeszcze nigdy nie działał w Madrycie na wyobraźnię tak mocno jak teraz.

Tacy gracze jak Vinicius Junior są potrzebni nie tylko Realowi Madryt, nie tylko lidze hiszpańskiej, ale całej dyscyplinie. Bo jeśli rzeczywiście przychodzi się na stadion dla konkretnych nazwisk, to między innymi dla takich. Nie dlatego, że młody Brazylijczyk jest kolejnym bogiem futbolu, ale wychodząc z trybun po ostatnim gwizdku, zawsze zostaje w głowie. O nim dyskutuje się więcej, niż o innych. Może dlatego, że kreowano go na kolejnego Neymara, może dlatego, że tak mocno uzewnętrznia się z emocjami. Ale obok Viniciusa trudno przejść obojętnie. Albo masz go za bohatera jak z Celtą (5:2), gdy zdobył bramkę, wywalczył karnego i gwarantował show, albo śmiejesz się po ostatnim gwizdku lub narzekasz, jak mógł zmarnować tyle dogodnych okazji i zachowywać się tak irracjonalnie. 21-latek już od kilku sezonów wywołuje skrajne emocje, ale przynajmniej jest jakiś.

To miła odmiana w futbolu nastawionym na pragmatyzm, bezpieczeństwo i kalkulację. Jego gra w Europie również zaczęła tego uczyć, ale nie pozbawiła go jego natury. Nadal żaden inny gracz Realu Madryt nie wchodzi tak często w dryblingi, nawet absurdalne, nikt inny tak często nie szuka pojedynków, wejść w pole karne, zmierzenia się na szybkość z rywalem. Nawet jeśli większość tych sytuacji zakończy się stratami, Vinicius będzie na ustach, bo podejmował najwięcej prób. Ale ostatnio coraz częściej ludzie wychodzą ze stadionu bardziej z poczuciem zachwytu, niż zażenowania co do brazylijskiego talentu.

Po 560 dniach futbol wrócił na odnowione, przebudowane, mające przynosić znacznie większe zyski Estadio Santiago Bernabéu. Wygłodniali widowiska kibice dostali dwukrotne gonienie strat z Celtą Vigo (5:2), dostali hat tricka idola Karima Benzemy, dostali fascynujące zagrania młodych Fede Valverde czy Miguela Gutierreza, debiutancką bramkę nastoletniego Eduardo Camavingi po 7 minutach, ale przede wszystkim zobaczyli show Viniciusa. Pierwszym obrazkiem starego-nowego obiektu będzie Vini wtopiony w objęcia kibiców na trybunach, z maseczkami pozdejmowanymi z nosów, z Brazylijczykiem w szale radości, ale proszącym, aby go nie całować, z wybuchem emocji, za jakimi tak tęsknili. To też zresztą cały Vini: logika na bok, emocje ponad wszystko, on zakochał się w Realu i chciałby tu zostać idolem. Ma ponad 100 meczów, a cały czas musi przekonywać co do swojej wartości. Bliżej serc fanów, niż aktualnie, jeszcze nie był, chociaż to dopiero pierwsza prosta sezonu.

Jeśli 21-latek utrzyma ten poziom pewności siebie oraz skuteczności, może zostać czołową postacią ekipy Carlo Ancelottiego. Po czterech kolejkach działa na wyobraźnię znacznie bardziej niż Eden Hazard i tym bardziej Gareth Bale, mimo że rozpoczynał jako ich zmiennik. Zawody z Celtą były tego potwierdzeniem: pokazy szybkości i przebojowości, odważne dryblingi między dwoma rywalami, przyjęcia krzyżakiem, szybkie wymiany, a przy tym emocjonalne reakcje na sukcesy i porażki. Całowanie herbu, skok w trybuny, rzucenie się na klęczki i modlitwa, gdy udało się wywalczyć w widowiskowym stylu jedenastkę. Vini gra całym sobą, a razem z nim kibice. Nic dziwnego, że przeciwników irytuje, a sympatyków na przemian zachwyca oraz irytuje. Zachowując wszelkie propocje, ma w sobie coś z Neymara, czyli z trudem przejdziesz obok obojętnie bez wyrabiania sobie opinii. Nawet podświadomie, ale zwróci uwagę.

Vinicius zawsze był jednym z ciekawszych i bardziej produktywnych graczy młodego pokolenia. Natomiast fakt szalonych liczb wykręcanych przez młodzianów pokroju Erlinga Haalanda czy Kyliana Mbappe sprawia, że wszystkie inne osiągnięcia gasną w ich cieniu. Światowa czołówka nie jest przewidziana dla dryblerów, showmanów czy graczy dla zabawy, to miejsce dla robotycznie skutecznych maszyn, które trafiają co kolejkę i śrubują rekordy. Zawsze ktoś wróci z suchymi statystykami i powie: Vinicius trafia tyle co niejeden boczny obrońca, a nie prawdziwy atakujący. I pewnie Brazylijczyk nigdy nie będzie gwarancją liczb, ale ewidentnie przychodzą mu znacznie łatwiej wraz z obyciem, mniejszym rozmyślaniem pod bramką i konkretniejszymi decyzjami. Rozmawiając o jego suficie, należy pamiętać, że to cały czas 21-latek, który dopiero wchodząc w pełnoletność, przeniósł się do jednego z największych klubów świata na inny kontynent. I od początku był pod gigantyczną oceną.

To nie jest kwestia magicznego wpływu Carlo Ancelottiego (chociaż częściowo na pewno jego podejścia i swobody gwarantowanej piłkarzom) ani tym bardziej żadnego mitycznego przeskoczenia w głowie. Nikt nie budzi się i nie zostaje nowym piłkarzem, jak przyjęło się powtarzać w naszym kraju. Vinicius musiał znaleźć się we właściwym momencie zaufania z zewnątrz, mieć też odrobinę szczęścia, napędzić się prawem serii, lepiej odnaleźć w systemie i wraz z kolejnymi meczami doświadczenia przestać wariować pod bramką. To oglądaliśmy już w poprzednim sezonie, zwłaszcza wiosną. Ale na każde dobre wykończenie, nadal przychodziły trzy próby absurdalnego lobu, arcytrudnego zmieszczenia piłki z ostrego kąta czy przycwaniakowania w kluczowym momencie. Vini nadal kombinuje, ale przy samym wykończeniu postawił na prostotę, co zdecydowanie mu służy. Bo liczby zawsze dają parasol ochronny.

Jego przykład, ledwie 21-latka, najlepiej dowodzi, że nie wolno skreślać graczy bez względu na wiek, bo oni cały czas się rozwijają. I to zwykle każdy w innym tempie. Ile mamy przykładów napastników, którzy zaczęli trafiać na światowym poziomie dopiero po trzydziestce, ile mamy świadectw tego, że dopiero po upływie 25 lat zawodnik nabiera spokoju, a palma przestaje mu dokuczać. Vinicius piłkarsko cały czas się kształtuje. I tak jak po kolejnym udanym meczu nie ma sensu podnosić rozmów o Złotej Piłce, tak po serii pomyłek nie ma co wracać do dawnej narracji, że ten niesforny Brazylijczyk nigdy się nie nauczy. Dzieciak tak noszony emocjami cały czas tkwi w tym procesie, aby dawać jak najwięcej Realowi Madryt. To widać, że z każdym miesiącem przybywa mu ogłady, spokoju, doświadczenia. I co najważniejsze w jego kontekście: nie traci tego, co czyni go wyjątkowym, czyli gry rodem z brazylijskiej ulicy. Vini zawsze był szalenie niewdzięczny do upilnowania dla przeciwników, a kiedy jeszcze dołoży do tego skuteczność, może stać się jednym z najgroźniejszych zawodników ligi hiszpańskiej. Początek sezonu ma wymarzony.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.