Piękne ucięcie bzdurnych dyskusji. Dzień, w którym każdy zrobił swoje (KOMENTARZ)

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Robert Lewandowski pobił rekord Gerda Muellera
M. Donato/FC Bayern via Getty Images

Wszyscy uczestnicy meczu Bayernu z Augsburgiem właśnie dlatego weszli na wysoki poziom, że nie mieli mentalności kombinatorów, tylko w każdej minucie każdego meczu chcieli jak najlepiej wykonywać swoją robotę. Tu nie było żadnej walki Polski z Niemcami, obrony niemieckiej tożsamości, polskiego kompleksu, niemieckiego wywyższania się i złego Polaka w bramce. Przerwanie tych spekulacji w ostatniej akcji sezonu to wspaniały efekt uboczny niezwykłego osiągnięcia Roberta Lewandowskiego.

Najgorszym, co mogło się wydarzyć historii bicia rekordu Gerda Muellera przez Roberta Lewandowskiego, było podlanie jej narodowościowymi resentymentami. Coś, co początkowo było rywalizacją dwóch wybitnych strzelców, na finiszu przerodziło się w przestrzeni publicznej w to, czy Polacy zabiorą rekord Niemcom, odbierając im cząstkę tożsamości. Wyścig Lewandowskiego z historią przemieniał się z każdym dniem w dyskursie publicznym w coraz bardziej ohydną wojnę Polski z Niemcami.

WZAJEMNE NIEZROZUMIENIE

Kiedy Kamil Kosowski wiele miesięcy temu powątpiewał na Twitterze, czy “Niemcy pozwolą Robertowi Lewandowskiemu pobić rekord Gerda Muellera”, wydawało mi się to zupełnie niepotrzebnym wmieszaniem kwestii narodowościowych do tej pasjonującej sportowej rywalizacji. Jednak im bliżej było pobicia rekordu, tym więcej tego typu głosów się odzywało. Z tym że od początku miałem wrażenie, że wynikało to w dużej mierze z niezrozumienia po naszej stronie, o co chodziło tym Niemcom, którzy chcieli, by Lewandowski zatrzymał się na czterdziestu bramkach i ani kroku dalej. Nie o to, by rekordu Muellera nie pobił akurat Polak. O to, by nikt go nie pobił.

TĘSKNOTA ZA MINIONYM

Wszelkie tego typu głosy były oczywiście bezsensowne, bo na tym polega sportowa rywalizacja, że ciągle pojawia się ktoś, kto bije dawne rekordy. Jednak opierały się przede wszystkim na sentymencie Niemców do Muellera. Całe pokolenia tego narodu wychowały się w poczuciu, że to rekord ustanowiony na wieczność. Że nikt nigdy nie będzie większy niż “Bomber der Nation”. Przywiązanie do tego rekordu potęgowała też postać Muellera. O ile inni bohaterowie z tamtych czasów, Uli Hoeness czy Franz Beckenbauer, budzą w kraju liczne kontrowersje i nie cieszą się powszechną sympatią, z Muellerem jest inaczej. Otacza go współczucie związane z tym, jak trudne były jego losy po karierze. Jak bardzo przygniotło go życie. Z ubóstwem, chorobą alkoholową, wreszcie z Alzheimerem. Był schorowanym dziadkiem, któremu wszyscy życzyli dobrze i o którego wielkości wszyscy słyszeli w domach rodzinnych, tak, jak my słuchaliśmy o Włodzimierzu Lubańskim czy Kazimierzu Deynie. Niektórym, zwłaszcza tym pamiętającym Deynę czy Lubańskiego i czującym z nimi emocjonalny związek, też było trochę przykro, gdy Lewandowski bił ich rekordy w reprezentacji. To była tęsknota za tym, co dawniej. Jak za gumą Turbo, oranżadą w proszku i grą w klasy. A nie wyraz niechęci do Polski. Gdyby Lewandowski był Milanem Barosem, Pierrem-Emerickiem Aubameyangiem czy nawet Sandro Wagnerem, też odezwałby się ktoś, kto chciałby, by pozostawić rekord Gerdowi.

TRUDNY LOS GIKIEWICZA

W Polsce jesteśmy jednak na takie głosy z Niemiec wyczuleni. I od razu traktujemy je jako niechęć do Polaków. Kiedy Markus Weinzierl, trener Augsburga, chcąc jakoś zmotywować zawodników, którzy w poprzednich sezonach dawali się rywalom roznosić w ostatnich kolejkach, powiedział o bronieniu rekordu Muellera za wszelką cenę, w Polsce znów niektórzy przyjęli to jako chęć obrony niemieckiej tożsamości przed polskim najeźdźcą. Atmosfera przed ostatnim meczem była do tego stopnia niezdrowa, że w arcytrudnym położeniu znalazł się też Rafał Gikiewicz. Gdyby przytrafił mu się jakiś błąd akurat przy strzale Lewandowskiego, w Niemczech odezwałyby się głosy, że dwóch rodaków poszło na współpracę. Gdyby z kolei zablokował Lewandowskiemu możliwość zdobycia rekordu, szambo wybiłoby w Polsce.

PRACA ZESPOŁU

Na szczęście ludzie rzeczywiście zaangażowani w tę zabawę są często mądrzejsi niż ci, którzy patrzą na nią z boku. Uli Hoeness czy Karl-Heinz Rummenigge, szefowie Lewandowskiego, grali przecież z Muellerem w drużynie, jednak nigdy nie sprawiali wrażenia, jakby chcieli zatrzymać snajpera pędzącego po rekord. Drużyna Lewandowskiego składa się w dużej mierze z Niemców. Thomas Mueller, Manuel Neuer, Jerome Boateng, Joshua Kimmich, Leroy Sane czy Serge Gnabry też wychowali się na nietykalnym rekordzie Gerda Muellera. Też słuchali o jego wielkości. A jednak w ostatnich tygodniach, gdy mistrzostwo Niemiec zostało już przyklepane, cały zespół przestawił się na inne zadanie: pomocy koledze w osiągnięciu czegoś wielkiego. W meczu z Augsburgiem było wręcz widać, jak trudno się gra, gdy ze sportu zespołowego uczyni się w części indywidualny: rywale doskonale wiedzieli, że muszą kryć przede wszystkim Lewandowskiego, bo gracze Bayernu w każdej akcji szukali przede wszystkim jego. To znamienne, że rekord został pobity akurat w sytuacji, w której Sane nie zdecydował się na szukanie Polaka za wszelką cenę, lecz strzelanie samemu. Najbardziej pomógł Lewandowskiemu, grając normalnie. Jednocześnie wszystko ułożyło się też idealnie dla Gikiewicza, który obronił kilka strzałów Lewandowskiego, a w sytuacji, w której nie obronił, po prostu nie dał rady. Mimo że bardzo się starał.

RADOŚĆ DRUŻYNY

Reakcja zawodników Bayernu na 41. Gola Lewandowskiego pokazała, jak bzdurne były te wszystkie dywagacje ostatnich dni zarówno po polskiej, jak i niemieckiej stronie. Do Polaka przybiegła cała drużyna, sprawiając wrażenie, że autentycznie cieszy się jego szczęściem. Przy stanie 4:2, na kilka minut przed końcem sezonu, gracze Bayernu naprawdę nie musieliby już brnąć po kolejnego gola. Wiedzieli jednak, że jeśli jeden z nich miałby tego popołudnia być rozczarowany, to znaczy, że muszą się jeszcze zdobyć na ostatni wysiłek. Dopiero gdy każdy odchodzący dostał godne pożegnanie, a Lewandowski osiągnął to, co chciał, sezon można było uznać za zakończony.

ROBIĆ SWOJE

Ten mecz pokazał, dlaczego wszyscy jego uczestnicy są na tym poziomie, na jakim są: dlatego, że nie kalkulują, nie kombinują, nie słuchają szumów z zewnątrz, tylko robią swoje. Lewandowski robił swoje, czyli walczył o strzelenie gola. Gikiewicz robił swoje, czyli walczył o to, by przepuścić jak najmniej strzałów. Gracze Bayernu walczyli, by jeden z nich przeszedł do historii, nie patrząc na jego narodowość oraz na to, jak to wpłynie na legendę Gerda Muellera. Każdy wspiął się tak wysoko właśnie dlatego, że nie miał mentalności kombinatora, tylko w każdej minucie każdego meczu chciał jak najlepiej wykonać swoją robotę. Tu nie było żadnej walki Polski z Niemcami, wojny o tożsamość, polskiego kompleksu, niemieckiego wywyższania się i złego Polaka Gikiewicza. Ucięcie tych spekulacji w ostatniej akcji sezonu to wspaniały efekt uboczny niezwykłego osiągnięcia Roberta Lewandowskiego.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.