Pięć procent od transferu wychowanka. Ciekawa klauzula Dyche'a może dać nawet 2 miliony funtów zysku

Burnley FC v AFC Bournemouth  - Premier League
Fot. Jan Kruger/Getty Images

Kluby topowych lig coraz mocniej eksponują własne akademie, ale procent wychowanków przebijających się do pierwszego składu nadal pozostaje znikomy. Ciekawe rozwiązanie wymyśliło Burnley. Sean Dyche w kontrakcie ma zapisaną „klauzulę rozwoju”, która daje mu pięć procent od każdego transferu gracza z akademii.

Dotąd rzadko słyszeliśmy o podobnych bonusach. Gdyby takowy istniał w Manchesterze City, Pep Guardiola mógłby zacierać ręce na myśl o przyszłym transferze Phila Fodena, Juergen Klopp miałby dobrą polisę w postaci Trenta Alexandra-Arnolda, a Ole Gunnar Solskjaer chuchałby i dmuchał na Masona Grenwooda. Norweg w poprzednim sezonie skorzystał z jedenastu wychowanków. Był drugim po Franku Lampardzie trenerem w Premier League, który podarował młodzieżowcom najwięcej minut.

Sprawa z klauzulą Dyche’a jest ciekawa, ponieważ coraz większe poruszenie wywołuje 20-letni Dwight McNeil. Chłopak właśnie rozegrał świetny mecz w reprezentacji U-21, a jego wartość wyceniana jest nawet na 40 mln funtów. Od ściany zdążyły odbić się już Tottenham i Manchester United. Według „Daily Mail” Dyche, który dwa lata temu dał zadebiutować Anglikowi, w przypadku transferu mógłby liczyć na dwa miliony funtów.

Federacja nie zabrania podobnych klauzul. Ian Holloway w Blackpool już dziesięć lat temu miał kontrakt, gdzie dostawał procent od każdego transferu w klubie. Nie musiał to być wychowanek jak w przypadku Dyche’a.

Oczywiście klub nie potwierdza tych rewelacji. Dyche'owi w Burnley niedawno stuknął ósmy rok. Wielokrotnie był łączony z innymi klubami, ale to co trzyma go przy Turf Moor to m.in. skomplikowana umowa z różnymi klauzulami i odszkodowaniem w wysokości 3.5 mln funtów, gdyby zdecydował się wybrać ofertę innego zespołu. „Klauzula rozwoju” do tej pory nie przyniosła mu kokosów. W poprzednim sezonie Dyche skorzystał tylko z dwóch wychowanków: McNeila i Jaya Rodrigueza. A przecież ten drugi ma ponad 30 lat i na osiem sezonów odszedł z Burnley, by wrócić na stare lata.

W ciągu ośmiu lat Dyche dał zadebiutować pięciu graczom akademii. Żaden nie stał się znaczącą postacią, tym bardziej też żaden nie przyniósł klubowi znaczącej gotówki.

To jest w ogóle temat na dłuższe zestawienie. Kluby topowych lig i ich trenerzy plus to jak mało produktów akademii docelowo przebija się do pierwszej kadry zespołów. Manchester City chwali się, że właśnie udało mu się pokonać Chelsea w młodzieżowym Pucharze Anglii, ale to tutaj kiedyś Kieran Trippier po dziesięciu latach w akademii nigdy nie doczekał się debiutu, szczęścia szukając w Burnley.

Przykład Jadona Sancho był już przywoływany tysiące razy, a ostatnio pojawił się też Rabbi Matondo w Schalke, który w „The Sun” mówił: „Fajnie trenowało się z pierwszym zespołem u Pepa Guardioli. Ale jeśli myślisz, że zaraz zagrasz w Premier League, to jest to prawie niemożliwe”. W poprzednim sezonie City skorzystało z trzech wychowanków. Łącznie rozegrali tysiąc minut. Gdyby odjąć Fodena, zostałoby tylko sto.

Juergen Klopp w ciągu czterech lat na Anfield dał zadebiutować w Premier League dwunastu wychowankom. Ale tylko Trent Alexander Arnold przebił się do szerszej świadomości kibiców. To jak jak ciężko stawiać na młodych pokazują też przykłady innych lig. W PSG przecież Thomas Tuchel podarował debiuty 17-letnim Aouchiche, Nianzou, Zagre i Sohowi. Rok później wszyscy grają poza Paryżem, kolejno w Saint-Etienne, Bayernie, Dijon i Nottingham Forest.

Znowu można przywołać książkę Michaela Calvina „No Hunger in Paradise” i badania, że tylko 0,5 procent dziewięciolatków zapisujących się do akademii dowolnego klubu gra potem w pierwszej drużynie. 75 procent dzieciaków odpuszcza między 13 a 16 rokiem życia.

Podziel się lub zapisz
Paweł Grabowski
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.