Peter Hyballa: Jestem dominujący, mam osobowość i nie gryzę się w język. Gdyby Wisła potrzebowała marionetki, nie zadzwoniłaby do mnie (WYWIAD)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Trener Wisły Kraków
Jakub Gruca/400mm

- W ofensywie Wisły było za dużo nudnego podawania, bez zdobywania przestrzeni. To objaw braku odwagi. Jeśli piłkarz boi się wykonać ryzykowną akcję, gra w poprzek. Potem drużyna ma 60% posiadania, ale nie ma w tym żadnej głębi. Zawodnicy mają u mnie wolność podejmowania trudnych decyzji. Ale jest też druga strona medalu. Jeśli stracą piłkę, nikt nie stoi, nie obraża się, nie czeka, aż inni wykonają robotę. Wszyscy muszą pracować w odbiorze - mówi nowy trener Wisły Kraków.

Tuż przed objęciem Wisły Kraków powiedział pan w programie „Bohndesliga”, że Schalke i HSV to za duże kluby, by móc się spokojnie rozwijać, bo całe otoczenie oczekuje wyników na już. Zdaje pan sobie sprawę, że trafił pan właśnie do takiego miejsca?

Peter HYBALLA: - Tak naprawdę w Heidenheim czy w Fuerth też musisz mieć jako trener rezultaty. Wszędzie ładnie mówi się o tym, że trzeba przejść przez pewien proces, ale wszędzie jest też tak, że jeśli trener kilka razy przegra, ma problem. W dużych klubach „kilka” znaczy jednak trochę mniej niż w mniejszych. W Wiśle też musimy przejść pewien proces, bo jest bardzo oddalona od stylu, którego oczekują kibice. Dobre u zawodowego trenera jest jednak to, że zawsze ma jasność sytuacji. Gdy przegra, ma problem. Gdy przegra kilka razy, zostanie zwolniony. Ja mam tego świadomość.

Pracował pan w kilku silniejszych piłkarsko krajach, ale wydaje mi się, że w klubie formatu Wisły jeszcze nie miał pan okazji. To będzie zderzenie z nową skalą presji?

- Być może to prawda, choć Alemannia Akwizgran to też był wtedy duży klub. Na mecze przychodziło po 34 tysiące ludzi. Sturm Graz też nie był w skali Austrii małym klubem. Jedno jest pewne, zawsze przejmowałem kluby, wokół których dużo się działo. Jeśli chodzi o liczbę fanów, Wisła może być największa, ale w Nijmegen, Dunajskiej Stredzie czy Grazu też miałem dużo emocji. Presja jest wszędzie. Nawet gdy na mecz przyjdzie tysiąc osób, wszyscy chcą zwycięstwa. I jeśli im go nie dasz, zostaniesz zwolniony. Nie boję się presji zewnętrznej, bo największą wytwarzam sobie sam. To ja chcę wygrywać. To ja nie chcę przegrywać. Nie potrzebuję mieć wokół żadnych ludzi, by tego od siebie oczekiwać. Nie ma we mnie strachu.

Zgodził się pan przejąć Wisłę 24 godziny przed derbami Krakowa właśnie po to, by na wstępie pokazać, że się pan nie boi?

- Tak. Myślę, że 90 procent trenerów na moim miejscu w tym pierwszym meczu jeszcze nie poprowadziłoby drużyny. Ja w ogóle się jednak nad takim rozwiązaniem nie zastanawiałem. Gdybyśmy przegrali 0:5, miałbym w debiucie przegraną 0:5 w najważniejszym meczu. Ale mnie to obojętne. Chciałem od razu wskoczyć do pracy. Nie boję się meczów. Nie boję się mówić swojego zdania. Może z wiekiem stałem się odrobinę spokojniejszy, ale to nie znaczy, że straciłem osobowość. Nie boję się, że zostanę zwolniony. Robię to, co myślę, że powinienem robić. Rozczarowanie to część futbolu. Traktuję to jako przygodę, w której chcę z siebie dać to, co mam.

Wisła wyszła na derby bardzo odważnie, wysoko, starając się narzucić warunki gry. Piłkarsko wiele rzeczy nie wychodziło, ale myślał pan sobie, że właśnie takiego nastawienia oczekuje od drużyny?

- Bardzo zmotywowałem chłopaków. Razem z asystentem Maikiem, który jest dobry we wszelkich sprawach związanych z laptopem, pokazaliśmy im bardzo jasno, co mamy na myśli, mówiąc, że chcemy grać wysoko i pressingiem. Spytałem zawodników, czy też tego chcą. Bo jeśli nie, nie ma sensu tego robić. Drużyna powiedziała, że tego właśnie chce. Dlatego tak zrobiliśmy. Zapowiedziałem jednak, że skoro uznali, że chcą to robić, a ktoś nie będzie zasuwał, skopię mu tyłek. Nie jestem trenerem, który ma zamiar cackać się z zawodnikami. Kontrpressing działa tylko, gdy wykonują go wszyscy w tym samym momencie. Widać było, że drużyna weszła w ten mecz z ochotą. Jest w niej potencjał, ale trzeba mieć pozytywne nastawienie i sporo pracować. Bo mam poczucie, że wielu się wydaje, że aby dobrze grać, trzeba zbudować jedność w drużynie i pokazać ciekawe rzeczy na laptopie. Żeby dobrze grać, trzeba pracować na treningach. Ćwiczyć podania, dryblingi, strzały. Ciągle. W derbach przez 50-60 minut graliśmy całkiem nieźle. Parę rzeczy nie funkcjonowało, ale w 24 godziny wszystkiego nie zmienię. Później dostaliśmy czerwoną kartkę, doszły braki fizyczne i straciliśmy gola na 1:1.

derby Krakowa
Jakub Gruca/400mm

Zaskakująco otwarcie mówi pan o brakach fizycznych. Trenerzy rzadko to robią.

- Wiem. Ale ja jestem Hyballa.

Z aspektami fizycznymi w Wiśle jest tak źle?

- Nie mówię tego po to, by obrażać poprzedników. Mówię o tym, co widzę w danych, do których mam dostęp i co potwierdzają mi sami zawodnicy. Liczba sprintów, które wykonujemy, to dla mnie zdecydowanie za mało. Zostałem o to zapytany na konferencji pomeczowej, więc odpowiedziałem.

Da się to poprawić z tygodnia na tydzień, czy trzeba czekać do wiosny?

- Prawdziwą Wisłę Hyballi zobaczycie po styczniu. Wtedy będziemy biegać jak szaleni. W tych dwóch meczach muszę jeszcze trochę uważać. W poniedziałek i wtorek trenowaliśmy po dwa razy dziennie. Jest w kadrze jeden-dwóch graczy, którzy mają pewne problemy zdrowotne. Jeśli ktoś chce biec maraton, nie może zaczynać przygotowań od przebiegnięcia 25 kilometrów. Muszę trochę balansować na granicy. Możliwe, że ktoś dozna przez to kontuzji, ale trzeba podjąć to ryzyko, by zespół jak najszybciej zaczął wyglądać lepiej.

Bieganie to fundament pana futbolu?

- Taką piłkę lubię. Wisła ściągnęła mnie po to, by grać taką piłkę. Nie mogę teraz powiedzieć, że zaczynamy grać cattenaccio. To nie jest mój futbol. Jasne, przeciwko Cracovii przez dwadzieścia minut graliśmy cofnięci, ale byliśmy na boisku w dziesięciu, a i tak staraliśmy się podchodzić, jak najwyżej.

W 90. minucie wołał pan do zawodników „press, press!” i wpuszczał napastnika za skrzydłowego. Odważnie.

- Nie, po prostu nie chciałem pozwalać na to, by Cracovia swobodnie zagrywała długie piłki, bo wiedziałem, że Van Amersfoort dobrze gra głową. Zawodnicy dobrze to wykonywali. Nawet w dziesiątkę mieliśmy ze dwie-trzy okazje do wyjścia z kontrą. Po prawdzie, grając w dziesiątkę, mieliśmy większy problem z piłką przy nodze niż bez piłki.

Zastanawia mnie, co kierowało panem, gdy wpuszczał pan Konrada Gruszkowskiego. Zawodnik, który dotąd praktycznie nie grał, wchodzi w newralgicznym momencie trudnego meczu. Nie miał pan prawa go znać. Wybrał pan go sobie, żeby dać sygnał wszystkim, że rywalizacja zaczyna się od nowa, ktoś go panu szepnął, czy zdążył pan w trakcie jednego treningu zauważyć w nim coś, czego wcześniej nie widziano?

- Przed meczem rozpisaliśmy sobie scenariusze, co zrobimy w trakcie meczu w razie wystąpienia określonych sytuacji. Dawid Szot był blisko otrzymania drugiej żółtej kartki, więc krótko zastanowiliśmy się na ławce, kogo jeszcze mamy na bok obrony. Łukasz Burliga był kontuzjowany. Potrzebowałem na boisku Fatosa Beciraja, więc musiał wejść inny młodzieżowiec. Zupełnie nie znałem Gruszkowskiego. Skoro jednak jest silny, wysoki, co w meczu z Cracovią jest potrzebne, wpuściłem go do gry. Nie zastanawiałem się nad tym, ile minut wcześniej rozegrał.

Chyba jednak młodzi gracze Wisły powinni się szczególnie cieszyć, że został pan ich trenerem?

- Myślę, że praca z jeszcze nieukształtowanymi zawodnikami to moja specjalność. Bo moje największe atuty tkwią na boisku treningowym. Przeprowadzam warsztaty trenerskie na całym świecie. Trenerem jestem od blisko trzydziestu lat. Jeśli masz lekarza, który pracuje w zawodzie trzydzieści lat i przeprowadził piętnaście tysięcy operacji, czujesz się trochę pewniej. Ja przeprowadziłem pewnie z pięć tysięcy treningów. Więc na boisku czuję się dobrze i jestem pewny siebie. Do tego potrafię zmotywować drużynę i nie mam strachu. Dlatego, jeśli ktoś ma osiemnaście lat i nadaje się do gry, będzie u mnie grał. To jednak nie znaczy, że starsi mają problem. Z Sadlokiem, czy Błaszczykowskim też się dogadam, jeśli będą zasuwać. Wiek jest mi obojętny.

A jeśli osiemnastolatek będzie lepszy od Kuby Błaszczykowskiego, posadzi go pan na ławce? Współwłaściciela klubu?

- Ja chcę wygrywać, więc zawsze będzie u mnie grać najlepsza jedenastka. Bardzo otwarcie rozmawiałem na ten temat z Kubą. Powiedziałem mu, że jeśli jesteś piłkarzem, jesteś piłkarzem, a ja twoim trenerem. Jeśli chcesz mi coś powiedzieć jako współwłaściciel klubu, musisz mnie wcześniej uprzedzić, zmienimy rolę.

Tak się da?

- Dlaczego Wisła zadzwoniła akurat do mnie? Przecież wiedziała, że mam tendencję do dominacji. Że mam osobowość. I że nie gryzę się w język. Skoro do mnie zadzwonili, to znaczy, że kogoś takiego chcieli. Gdyby chcieli mieć marionetkę na pozycji trenera, nie zadzwoniliby do mnie. Na boisku i w szatni zawsze to ja będę decydować.

To jest jednak trudne, w każdej pracy, gdy czuje się na sobie wzrok szefa przez każdą minutę obecności w pracy.

- Nie, to nie jest trudne. Bo ja jestem pewny siebie. Nie na pokaz, tylko naprawdę. Trudno się pracuje na oczach szefa, gdy wiesz, że masz się czego bać. Ja nie mam. Dlatego dla mnie to nie jest problem. Problem będę miał, jeśli będę przegrywał. Jeśli będę wygrywał, nie będę miał problemu. Dlatego zamierzam wygrywać. Profesjonalny futbol nie jest zdrowy. Ani sprawiedliwy. Dlatego trenerzy dostają za swoją pracę tyle pieniędzy.

Uregulowanie relacji z Błaszczykowskim było dla pana jedną z najważniejszych kwestii w trakcie negocjacji?

- Zupełnie nie. Zapytałem go krótko, jak to widzi. Odpowiedział, że to ja jestem trenerem, więc ja decyduję. On jest na tyle profesjonalny, że nie bardzo był to temat do dyskusji. Więcej rozmawialiśmy o tym, jacy piłkarze przyjdą, na co będę miał wpływ i czy będziemy mieć dyrektora sportowego.

Pilka nozna. PKO Ekstraklasa. Wisla Krakow. Peter Hyballa. 02.12.2020
KRAKOW 02.12.2020

I będzie pan decydował o transferach? W poprzednim klubie właśnie ta kwestia doprowadziła do rozstania.

- Nie będę sam decydował, ale muszę mieć coś do powiedzenia. Będę pytany o niektórych zawodników i jeśli powiem, że nie, bo kogoś uważam za słabego, powinno to być szanowane i poddane dyskusji. Jako trener musisz być zaangażowany w kwestie transferowe, bo potencjalni nowi zawodnicy zawsze chcą rozmawiać właśnie z trenerem. To jego będą mieli później na co dzień w szatni. W Bredzie kontraktowano zawodników, o których ja nic nie wiedziałem. Zaufanie było zachwiane. Ani nie miało to sensu, ani nie sprawiało przyjemności. Nie będę z wolnymi piłkarzami próbował grać kontrpressingu.

To jednak trudne być jednocześnie trenerem, który prowadzi zajęcia na boisku, a później jeszcze przeprowadzać transfery.

- Nie będę przeprowadzał transferów. Rozmawiałem już z szefem skautingu. Omówiliśmy pozycje potrzebne do wzmocnienia. On powie mi, jakich zawodników na nie ma i przyjdzie do mnie z nagraniami ich gry. Na to ja powiem mu, że mam takich i z kolei on sobie ich obejrzy. A potem wrócimy i wspólnie zdecydujemy, który jest dla nas najbardziej interesujący. Wisła potrzebuje tego, by oprócz wygrywania, od czasu do czasu sprzedać też jakiegoś zawodnika, którego wypromuje. A łatwiej będzie to zrobić z piłkarzami, którzy pasują mi do koncepcji.

W pana koncepcji zawodnicy muszą sporo ryzykować, dryblować i grać jeden na jeden. Yaw Yeboah w derbach już to robił. Pozostałym też będzie pan to chciał wpoić?

- Zawsze dobrze mi się pracowało z afrykańskimi piłkarzami. Przepracowałem zresztą rok w Afryce jako trener i poznałem trochę tamtejszą mentalność. Sam lubię podejmować ryzyko. Byłem już w wielu miejscach. Czasem szło mi dobrze, czasem się sparzyłem, ale nie chcę, by ktokolwiek bał się jakichś decyzji. Nie tylko Yeboah ma w tej drużynie wchodzić w pojedynki. Żukow też musi. I Plewka, którego chciałem kiedyś ściągnąć do Dunajskiej Stredy. Jean Carlos, Savić, którego prowadziłem w Salzburgu, czy Dawid Szot też. Gra jeden na jeden w defensywie to był problem tej drużyny. W ofensywie było z kolei za dużo nudnego podawania. Nie zdobywaliśmy w ten sposób przestrzeni. To objaw braku odwagi. Jeśli piłkarz nie ma odwagi wykonać ryzykownego zagrania, gra w poprzek. Potem drużyna ma 60% posiadania, ale nie ma w takiej grze żadnej głębi. Zawodnicy mają u mnie wolność podejmowania trudnych decyzji. Ale jest też druga strona medalu. Jeśli stracą piłkę, nikt nie stoi, nie obraża się, nie czeka, aż inni wykonają robotę. Wszyscy muszą pracować w odbiorze. W derbach robili to tylko po samych moich słowach, bez treningu. Można sobie wyobrazić, co będą robić, gdy jeszcze to potrenują. W Dunajskiej Stredzie do dzisiaj mają we krwi, że po stracie, trzeba natychmiast iść do odbioru.

Powiedział pan ponoć zawodnikom, że mają pracować, by potem fizycznie zniszczyć tę ligę. To będzie takie proste?

- Nie powiem, że proste, ale podoba mi się mentalność, którą zastałem w tym zespole. Widzę, że chcą się poświęcać i pracować. A poza tym, wierzę w swój trening. Ciężki trening. Nie wiem, czy będziemy biegać najlepiej w lidze, ale wiem, że będziemy biegać znacznie lepiej. Jeśli chodzi o liczbę kilometrów w meczu, na pewno się poprawimy.

Zastał pan w Polsce coś, z czym nigdzie indziej się pan nie spotkał, czyli przepis o młodzieżowcu. Jak się panu podoba, z perspektywy człowieka, który zna się na szkoleniu młodzieży?

- Rozumiem, co kierowało związkiem, że go wprowadził, ale nie uważam, żeby to było zbyt dobre dla samej młodzieży. Jako młody piłkarz też musisz umieć się przebić. Wygrać rywalizację. Pokazać, że jesteś lepszy. Zbyt wielu młodych dostaje wszystko na tacy. Młodzi powinni grać dlatego, że są dobrzy. Młodzi piłkarze, ale też ich trenerzy, muszą zrozumieć, że w piłce chodzi o jakość. Ona musi być. Ją trzeba pokazywać na boisku, a nie datę urodzenia. Trenerowi zabiera się takim przepisem jakąś część wolności.

Słuchając i czytając pana wypowiedzi, wiele osób ma nadzieję, że będzie pan w polskiej lidze powiewem świeżości. Z drugiej strony, już kilka takich powiewów miało być. Po czym okazywało się, że po kilku miesiącach także trenerzy, którzy kiedyś potrafili być odważni, grać pressingiem i stawiać na ładną grę, przechodzili do defensywy, czekania na błąd rywala i wykorzystywaniu stałych fragmentów gry. Dlaczego z panem tak nie będzie?

- Bo jestem Peter Hyballa. Zdarzy się nam na pewno słabszy mecz. Zdarzy się taki, w którym będziemy się przez pół godziny murować. Nie wiem, czy zawsze będziemy wygrywać. Ale na pewno po drużynie będzie widać mój styl. Peter Hyballa nigdy nie będzie stał z tyłu i się chował. Na sto procent.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.