Pech, tego nie przeskoczysz. Kapustce należy jedynie współczuć (KOMENTARZ)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Pilka nozna. Liga Mistrzow. Legia Warszawa - Flora Tallinn. 21.07.2021
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Do listy kuriozalnych kontuzji futbolu dopisujemy Bartka Kapustkę wyskakującego do celebracji po zdobytej bramce z Florą Tallin (2:1). Będzie miał swoje miejsce obok wody kolońskiej Santiago Canizaresa oraz sięgania po pilota Robbiego Keane'a, chociaż nabawił się urazu w zupełnie naturalnym środowisku. I absolutnie nie ma co tu nikogo winić, a już najbardziej samego piłkarza. Szkoda tym większa, że trafiło na chłopaka tańczącego ze zdrowiem w ostatnich latach i wyraźnie nabierającego gazu, o czym świadczyła bramka z Estończykami. Selekcjoner Paulo Sousa po dłuższej przerwie zagościł na polskie stadiony i jeśli ktoś miał go przekonać do poziomu reprezentacji, to najbardziej właśnie mobilny 24-letni pomocnik. Ale zanim obejrzy go w akcji, niestety najpewniej ponownie trochę poczeka.

Dla mnie w tej sytuacji szukać winnych mogą jedynie mistrzowie świata w byciu mądrym po szkodzie. Kilku takich z pewnością mamy w kraju, ale to sytuacja zbliżona do tej z kontuzją Roberta Lewandowskiego w meczu eliminacyjnym z Andorą. Piłkarz robił wszystko to, czego się od niego wymaga: chciał grać, był zaangażowany, wyróżniał się, cieszył się. I jako skutek poboczny doznał kontuzji. Tam z udziałem przeciwnika, tu zupełnie bez, ale nie szkodzi. Jeden z absurdów wpisanych w zawód bazujący na zdrowiu. Trenerzy zakazują piłkarzom sportów ekstremalnych, nie pozwalają na nurkowanie, skoki z wysokości, a czasem nawet na jazdę na motorze, a tu wystarczyła cieszynka. Taka jakich Bartek Kapustka, jak i inni zawodnicy, wykonali w życiu milion: na podwórku, podczas treningów i meczów.

To był słodko-gorzki początek dla 24-latka. Już w 3. minucie zdobył bramkę, której nie brakowało absolutnie niczego. Przejął piłkę 65 metrów od bramki i pokazał, jaki potrafi być nieuchwytny dla rywali. Krótkie prowadzenie, gaz, prawa i lewa noga, zejście do środka i precyzyjny strzał. Chociaż takiej akcji Kapustka jeszcze nie miał w tym sezonie, już wcześniej rósł w oczach. Minutę później po teoretycznym ułożeniu gry pod Legię już leżał na murawie, dwie minuty później schodził w asyście lekarzy. Wyskoczył w górę w wybuchu euforii i źle wylądował na kawałku sztucznej murawy. Bez niczyjej asysty, noga się rozjechała i nieszczęście gotowe.

Jest to sytuacja o tyle przykra, że mówimy nie tylko o chłopaku o dobrym sercu, miesiącami dochodzącym do formy, ale także jednym z najlepszych polskich graczy na boiskach ekstraklasy. Tak jak Luquinhas, ubarwiającym przeciętne spektakle w rodzimej lidze. Paulo Sousa po miesiącach zdalnej pracy pofatygował się do Polski, by wreszcie zasiąść na trybunach i jeśli miał wyjechać po tym meczu kimś zaciekawiany, to właśnie Kapustką. Nie zachowawczym Bartkiem Sliszem, akurat wyjątkowo niepewnym Mateuszem Hołownią czy Mateuszem Wieteską, tylko właśnie rozgrywającym z przeszłością w Leicester.

Musicie wiedzieć, że to taki typ piłkarza potrzebujący stabilizacji. Jeśli nie przetrenuje całego tygodnia na wysokich obrotach, nie ma go w meczu. Nie mógłby jak Danijel Ljuboja z rowerka wejść na murawę i rozstawiać po kątach, bo przy aktualnym stylu gry bazuje na przygotowaniu fizycznym. Żyje z czucia piłki i kontaktu z nią, dlatego czym więcej gry, tym dla Bartka Kapustki lepiej. Musi rozegrać kilka meczów, poczuć kilka udanych zagrań, wtedy zaczyna pokazywać najlepszą wersję. I nawet jeśli na początku sezonu futbolówka nie lepiła mu się w każdej akcji, zapowiadał bardzo owocne rozgrywki. Zmienił sylwetkę względem tego, co było pół roku wcześniej, wyglądał poważniej, silniej, zmężniał. Sezon po mistrzostwie miał być kolejnym rokiem weryfikacji, stemplem jakości, że rzeczywiście przerasta ekstraklasę poziomem i jest gotów wyruszać dalej. A przynajmniej dostać szansę w kadrze. Chciał składać poważną kandydaturę, znacznie mocniejszą niż ostatnio (3 gole, 4 asysty).

Ile znaczy Kapustka dla tej Legii pokazała dalsza część spotkania. Josip Juranović został z autostradą na prawej stronie boiska. Jak po lewej stronie Mladenović zawiązywał ataki z mobilnym Luquinhasem, tak po drugiej stronie Sahara. Mahir Emreli w roli wycofanego napastnika nie był pod grą, nie schodził właściwie w wolne sektory i nie czuł połączenia z Juranoviciem – naturalne, dopiero będzie się uczył takiej gry. Bartek Slisz też nie pokrył przestrzeni po prawej stronie boiska, zbyt bardzo ciągnęło go do naturalnych zadań w środku, więc nie zaoferował się zbyt konkretnie prawemu wahadłowemu. Od tego był Kapustka.

„My musimy mieć 4 piłkarzy robiących różnicę, ale przede wszystkim wbiegających w wolne sektory. Taki jest Luqui, taki jest Kapi i tego brakowało. Najlepsze mecze rozgrywaliśmy jeszcze z Karbownikiem, bo wszyscy to proponowali. Mamy graczy o różnych profilach, ale potrzebujemy Legii biegającej i wykorzystującej przestrzenie między formacjami. Takiej biegającej w wolne przestrzenie z piłką i bez niej” – tłumaczył później Czesław Michniewicz, czego zabrakło wraz z zejściem 24-latka.

Na konkretne badania Kapustki i potwierdzenie złych wieści należy poczekać, ale już pierwsze diagnozy nie były optymistyczne. Sam piłkarz jest doświadczony, zna swój organizm, czuł, że nie chodzi o drobną kontuzję. Lekarze podzielali obawy, dlatego istnieje zagrożenie, że przez dłuższy czas nie zobaczymy Kapustki w akcji, a to akurat filar mistrza Polski. Element napędzający ofensywną, kreatywną, żywiołową grę. To tym smutniejsze, kiedy spojrzymy na okoliczności. Wracają koszmary z 2019 roku, gdy leczył więzadła krzyżowe w Leicester. Wtedy niespodziewany moment wykluczył go od marca do grudnia. Tym razem mówimy o drugiej nodze, lecz znów zdrowie nie rozpieszcza Kapustki.

Kiedy rozmawialiśmy w zeszłym sezonie, był bardzo przyziemny i powtarzał, jak bardzo piłka nauczyła go pokory. Podkreślał na każdym kroku walor zdrowia i jego nieobliczalności. „To będzie błahe, ale nie wybiegam mocno w przyszłość, więc zależy mi jedynie na zdrowiu. Nawet wejście w nogi w ostatnim meczu pokazuje, jak wszystko może się zmienić w ułamku sezonu. Nie ma co planować, więc najbardziej chciałbym, aby dopisywało mi zdrowie” – podkreślał, gdy rozmawialiśmy niedługo przed Bożym Narodzeniem.

Przez sezony nieregularnych występów i poważną kontuzję w Warszawie musiał poznawać siebie na nowo. Skupił się na tym, by celebrować każde spotkanie, skupiać się jedynie na najbliższym meczu i cieszyć nadchodzącym weekendem w ekstraklasie. Dobre tygodnie go napędzały, aż znów wyhamowała rzeczywistość. Okoliczności doznania kontuzji istotnie są kuriozalne, wpisują się w kategorie absurdu, ale rozkładanie tej akcji na czynniki pierwsze czy ocenianie lądowania zalatuje jeszcze większą groteską. W tej sytuacji naprawdę nie pozostaje nic innego jak współczuć nabierającemu formy czołowemu piłkarzowi ekstraklasy, do tego aspirującemu do kadry. Słysząc o zakazywaniu cieszynek czy nieodpowiedzialnej celebracji, z automatu łapię dystans do takich wypluwaczy opinii. To że Kapustka nie doznał kontuzji schodząc po schodach czy skacząc do główki, pozostaje pozostawić jedynie pechowi. Niczemu więcej.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.