Pani niewidzialna, pierwsza dama Chelsea, która obudziła imperium Abramowicza. Kim jest Marina Granowskaja?

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Granowskaja-e1599554076378.jpg
Darren Walsh/Chelsea FC via Getty Images

W Chelsea jest jak dawniej. Pieniądz wiruje, a skład pięknieje. Wszystkim steruje Marina Granowskaja, pani incognito z Moskwy, tajemnicza jak agentka z filmów Bonda. Roman Abramowicz nie mógł wybrać lepiej. Nawet otoczenie Roberta Lewandowskiego wie, że z Mariną się nie dyskutuje.

Wywiadu z nią nie znajdziesz. Konta na Instagramie też nie ma. Podobno był kiedyś Facebook i LinkedIn, ale to jeszcze w czasach, gdy w korytarzach Stamford Bridge nazywano ją „sekretareczką”. Aleksiej Smiertin, były gracz Chelsea wspomina w autobiografii, że w tym klubie od zawsze wszystko zaczynało się od Mariny. To ona dzwoniła, gdy Roman Abramowicz zapraszał na jacht. Ona też robiła za tarczę, gdy ktoś chciał się do bossa dobić. Ten układ trwa już siedemnaście lat. Ostatnio Abramowicz w cieniu, a Granowskaja szaleje. Lato z Havertzem, Ziyechem, Wernerem, Chilwellem, Sarrem i Thiago Silvą to jej zasługa. Uff, dużo tego.

Czasem aż trudno w to uwierzyć. Miało być lato posuchy, a w Londynie karnawał. I jeszcze kobieta rozstawia wszystkich po kątach. Agenci jej nie lubią, bo negocjuje twardo, a gdy raz odejdzie od stołu, to już nie wraca. Wiedzą o tym Mino Raiola i Pini Zahavi (oferta dla Lewandowskiego). Wie też John Terry, bo sam kiedyś usłyszał: „Bierz to albo wyp…”, gdy podpisywał z Chelsea nowy kontrakt. W Napoli Aurelio De Laurentis zaśpiewał kiedyś piosenkę „Marina… Marina…”, a Klaus Allofs w Werderze Brema powiedział wprost: „Ta kobieta sprawia, że wszystko robi się skomplikowane”.

Kiedyś Chelsea pytała „ile” i często za zawodnika przepłacała. W erze Mariny to niemożliwe. Piłkarzy ściąga po promocji, a gdy sprzedaje to tak, by Oscar poszedł do Chin za 60 mln euro, a za Hazarda rok przed końcem kontraktu wyciągnąć z bonusami 150 mln. Klub w ciągu dekady zarobił na transferach miliard euro z groszkiem. Nie ma drugiego zespołu na świecie, który w tym czasie aż tak by się obłowił. Ostatnie pięć sezonów to 523 mln funtów zysku z transferów, gdzie drugi Liverpool ma 378 mln, a Manchester City – 312 mln.

To Granowskaja wymyśliła system wypożyczeń, który sprawia, że młodzi piłkarze ogrywają w zaprzyjaźnionym Vitesse. To ona pilotowała przenosiny ze zmurszałego Harrington do nowoczesnej bazy w Cobham. W końcu to ona podpisała rekordową umowę na miliard euro z Nike. Klub skończył konszachty z Adidasem i odtąd co sezon dostaje 60 mln euro od Amerykanów. Innymi słowy: to nie jest już całodobowy bankomat o nazwie Roman Abramowicz. Chelsea ma know-how. A najlepsze dopiero przyjdzie.

KORPORACYJNA WSPINACZKA

Poznali się w 1997 roku. Granowska miała 22 lata, jeszcze w trakcie studiów na Uniwersytecie Moskiewskim zaczęła pracę w Sibniefcie, firmie naftowej należącej do rosyjskiego oligarchy. Gdy w 2003 roku Abramowicz przejął Chelsea, wziął do Londynu asystentkę i powierzył jej organizację biura. Rosyjscy dziennikarze mówią: „Była piękna, czarująca, świetnie gadała po angielsku, no i szybko pięła się w górę”. Parę razy próbowano zajrzeć jej w życiorys, ale za każdem razem pojawiały się mury. Byli znajomi nie chcą zabierać głosu. Klub też milczy. W jednym z artykułów wypowiedział się były nauczyciel Rosjanki, nazywając ją „szarą myszką”, dziwiąc się, że los rzucił ją aż do Londynu i to na same szczyty.

To jest historia typowej korporacyjnej wspinaczki: od sekretarki, przez szefową lóż VIP, aż po obecność w zarządzie, na końcu ze stołkiem dyrektorskim. Granowskaja przeżyła jedenastu trenerów, sama zatrudniała choćby Rafę Beniteza i Roberto Di Mateo. Drugie podejście Mourinho w Chelsea to też jej sprawka. Ludzie mówili: „Nie ma szans, pokłócił się z Abramowiczem na dobre”. A ona poleciała do Madrytu i przekonała Portugalczyka. Po latach Matt Law w felietonie „The Telegraph” nazwał ją prawdziwą „The Special One”. Nie dość, że zyskała ogromne zaufanie Abramowicza, to jeszcze świetnie sobie w tym świecie poradziła. Poza tym, podobnie jak on, tabloidy trzyma na dystans. Pierwszą fotkę cyknęli jej w 2010 roku na imprezie po Pucharze Anglii, gdzie stanęła razem z Didierem Drogbą i Salomonem Kalou. Potem były już tylko trybuny, nigdy miasto i przestrzeń prywatna.

Odnośnie Drogby: gdyby nie ona, Chelsea straciłaby Iworyjczyka. W 2009 roku napastnik nie należał do ulubieńców Luiza Felipe Scolariego. Po obrażeniu sędziego Toma Henninga Ovrebo w Lidze Mistrzów mówiono, że może się pakować. Granowskaja na przekór wszystkim dała mu trzyletni kontrakt, a reszta jest historią. To Drogba strzelił wyrównującego gola w 88. minucie finału Ligi Mistrzów w 2012 roku, tak upragnionej od kiedy Abramowicz wymarzył sobie w Londynie superklub. Przez siedemnaście lat tylko raz triumfował w Europie. Żaden trener nie wytrzymał tu więcej niż trzy sezony. Same odprawy dla zwolnionych kosztowały niecałe sto milionów euro. Chelsea nigdy nie była oazą spokoju, nawet pod rządami kobiety.

TUTAJ NIE PALIMY

Carlo Ancelotti powiedział kiedyś: „Mówili, że Abramowicz to będzie potwór, a okazał się wyjątkowo skromnym i wycofanym facetem”. Roman nie ścinał głów. Miał od tego Marinę. To ona szła na wojnę z Antonio Conte do tego stopnia, że pod koniec za pośrednika między nimi robił asystent Carlo Cudicini. Chodziło oczywiście o transfery. Miał być Bonucci i Llorente, a było krótkie „nie”. Maurizio Sarri też kręcił głową, że dostał Christiana Pulisicia, chociaż w ogóle o niego nie prosił. Dla Włocha było niepojęte, że w topowym klubie wszystkim steruje kobieta. I że on, który od lat opowiada światu jak to kopci 60 papierosów dziennie, nagle w bazie treningowej nie może zapalić ani jednego. W złości powiedział w neapolitańskim radiu Kiss Kiss: „Bóg stworzył kobietę do przenoszenia spermy z sypialni do toalety, a nie do zarządzania klubem”.

Po roku wrócił do Włoch, a Marina od Juventusu wyciągnęła jeszcze pieniądze za rozwiązanie umowy. Dyrektor Fabio Paratici mówił: „Jest jedną z najlepszych, z którymi negocjowałem”. Rosyjski agent Oleg Artiemow dodaje, że najdłuższe negocjacje świata to te z nią.

Nie wszystko oczywiście jej się udaje. Fernando Torres, jeden z jej pierwszych samodzielnych transferów, okazał się niewypałem, a kosztował rekordowe 50 mln funtów. Na gola czekał 903 minuty. Alisson w 2018 roku był jedną nogą w Chelsea, a Granowskaja powiedziała: „Poczekajmy, bo zostanie z nami Thibault Courtois”. Oczywiście nie został, a w Chelsea pojawił się Kepa. Parę razy dobijała się do Pepa Guardioli. I też nic. Albo bierzesz jej warunki, albo wstajemy od stołu i idziemy w swoje strony.

Jeszcze zimą na Twitterze popularny był hashtag #MarinaOut. A nagle euforia, transfery jak z pierwszych lat rosyjskiej ery i wielkie nadzieje. Tego ostatnio w Londynie nie było, głównie przez transferowy zakaz, ale też przez piłkarską obsesję Abramowicza, która nieco wyhamowała. Rosjanin stracił wizę, przeprowadził się do Izraela, mówiono nawet, że klub docelowo sprzeda. Dziś nikt już nie mówi o czarnych scenariuszach, bo Chelsea kupuje i zapowiada, że to jeszcze nie koniec. Marina Granowskaja jest wszędzie. Na fotkach z nowymi piłkarzami i twitterowych postach kibiców piszących: jeszcze moment i wybudujemy jej pomnik!

Podziel się lub zapisz
Paweł Grabowski
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.