Dlaczego Pele stał się misiem z Krupówek? Nowy dokument Netflixa zagląda w krainę mitów

Pele
Fot. Stephane Cardinale/Corbis via Getty Images

Raz w życiu widziałem Pelego na żywo. Przyjechał do Warszawy reklamować Tesco i wstyd się przyznać, ale nie wzbudził we mnie żadnych emocji. Trzykrotny mistrz świata wyglądał jak miś z Krupówek, który majestat zamienił na reklamy Viagry i bułki z Subwaya. Nowy dokument Netflixa (premiera we wtorek) jeszcze raz próbuje wtłoczyć nam jego legendę do głów. Młodsze pokolenie raczej nie kupi tego mitu.

Przede wszystkim: to nie jest ten sam potencjał historii, co Diego Maradona. Argentyńczyk mógłby mieć dziesięć oddzielnych filmów i każdy by chwycił. Był pierwszym herosem kolorowej telewizji, miał zasięg i odwagę, by skoczyć z dziesiątego piętra, mówiąc, że spadochron ogarnie po drodze. Pele na jego tle to ciągle te same bajki mchu i paproci.

Jeżeli masz mniej niż 55 lat, na pewno nie widziałeś go na żywo. Fragmenty na YouTube pokazują, że był wyjątkowy, ale to ciągle za mało, by wzdychać do jego legendy. Pele wytworem masowej wyobraźni jest do tego stopnia, że nawet jego rodzinny dom w Tres Coracoes zamieniony na muzeum tak naprawdę nie jest jego domem. Został odtworzony na podstawie opowieści. Czyli znowu mity. I skubanie ludzi po portfelach.

Właśnie mija 50 lat, odkąd ostatni raz zagrał w reprezentacji Brazylii. Netflix znowu serwuje nam sentymentalny seans, ale o ile przykładowa opowieść o Jordanie potrafiła wywołać ciarki i cofnąć nas z powrotem do lat 90., to u Pelego jest z tym problem. Nawet jeśli ktoś wychował się na Mexico '70, to film z dzieciństwa raczej mu się w głowie nie wyświetli. Polska jako jeden z dwóch krajów w Europie nie wykupiła wtedy transmisji. Cztery lata wcześniej Brazylia nie wyszła z grupy, przegrywając z Węgrami i Portugalią.

Mamy więc do czynienia z jakimś wykreowanym obrazkiem. „Król Futbolu” zawsze będzie już „Królem Futbolu”, ale to produkt przetworzony. Jego wielkość istnieje w abstrakcji – nie da się jej połączyć z konkretnymi przeżyciami i emocjami. Oczywiście nagranie jak strzela tysięcznego gola w karierze, a dziki tłum ludzi nagle wbiega na murawę utrwalone jest na wieczność – pytanie tylko, czy któryś z nastolatków w ogóle widział je na oczy. Świat pędzi, potrzeba kreowania nowych bohaterów jest większa niż kiedykolwiek. Trudno się dziwić, że dla dzisiejszych pożeraczy paczek w FIFIE, Pele to jakiś śmieszek z reklamy polskiego banku, bełkoczący, że piłka jest jedna, a bramki są dwie.

Dokument oczywiście warto obejrzeć, bo pokazuje kawał historii piłki. Brazylia przed triumfem na mundialu w 1958 i debiutem 17-letniego Pelego, piłkarsko praktycznie nie istniała. Nie miała nawet ligi krajowej. Poeta Nelson Rodrigues pisał, że Brazylijczycy mają kompleks kundla. I nagle zdarzyły się dwa zwycięskie mundiale – początek wielkich Canarinhos i narodowej dumy.

Już wtedy Pele był zakładnikiem sukcesu. Z Santosem niczym z Harlem Globtrotters zabawiał tłumy na wszystkich kontynentach poza Antarktydą. Miał transferowy zakaz eksportu, pionierską umowę z Pumą i polityków na ramieniu, bo każdy chciał uścisnąć jego dłoń. Powstawały kolejne mity jak ten, że mecz towarzyski Santosu w Nigerii przerwał wojnę, bo każdy chciał zobaczyć Pelego. Po latach to zdementowano, ale bajka o rozejmie i tak dalej hula po świecie. W końcu tak fajnie brzmi.

Plusem dokumentu Netflixa jest to, że autorzy nie robią z tego hagiografii. 81-letni Pele siada i opowiada: o romansach i dzieciach, do których nie chciał się przyznać. O zdjęciach z władzami dyktatury i o tym, że siłą rzeczy stał się jej twarzą. Pele całe życie był łatwowierny: podsuwano mu papier, a on go podpisywał. Brazylia doskonale zna jego ciemne strony – dwukrotne bankructwo, przestrzelone inwestycje i przytulenie ładnej sumy za mecz UNICEF, który ostatecznie się nie odbył. Poza krótkim epizodem w New York Cosmos praktycznie całą karierę spędził w kraju, stając się poniekąd jego więźniem.

Czasem można odnieść wrażenie, że dalej jest kustoszem własnego „ja”. Ciągle niedopieszczony, choć ciągle twierdzi, że był najlepszy. Na piłce zarobił miliony, ale dalej mu mało. Tyle razy został oszukany, że chyba nigdy nie zarobił tyle, by powiedzieć basta. Reklamował już chyba wszystko, zawsze z tym samym naiwnym uśmiechem. Gdyby żył w Polsce, za parę złotych założyłby kapelusz ze sztucznym wąsem i robił za Janusza.

Kiedyś Luis Felipe Scolari powiedział: „Jeśli chcesz wygrywać mecze, rób wszystko odwrotnie do tego, co mówi Pele”. Rok później zdobył mistrzostwo świata. Romario też wbijał szpilę „Królowi Futbolu”, mówiąc: „To poeta, ale tylko wtedy, gdy milczy”. Krajowe piekiełko już go przemieliło, ale za chwilę znowu dostanie globalną scenę platform streamingowych i znowu będzie wielki. Twórcy dokumentu osiem miesięcy namawiali go na wspomnienia.

Jak to powiedział kiedyś prezydent USA Ronald Reagan: „Ja nazywam się Ronald, ale ty nie musisz się przedstawiać. Każdy wie kim jesteś”.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.