Z NOGĄ W GŁOWIE. Polski piłkarzu, wybierz najsłabszy klub, z którego masz ofertę

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
puchaczglowne27082020FIM061.jpg
MACIEJ FIGIELEK/ 400mm.pl

Wyjeżdżanie z Polski do klubu marzeń, takiego, którego oferty nie można odrzucić, w którym są znacznie lepsi zawodnicy i który na pewno nie dostałby w trąbę w Poznaniu, to przepis na nieudany transfer. Ku przestrodze Tymoteuszowi Puchaczowi i wszystkim odchodzącym z ekstraklasy.

W ostatnich dniach okna transferowego FSV Mainz mocno zabiegało o Tymoteusza Puchacza. Lech Poznań opędzał się, jak tylko mógł, rzucając Niemcom zaporowe ceny. Co uważam za ze wszech miar słuszne, bo nie po to dostał się po pięciu latach do Ligi Europy, by się teraz osłabiać. Zwłaszcza że już tego lata stracił dwóch zawodników, kasując za nich ponad sześć milionów euro, a jeszcze kolejnego sprzedał za jedenaście milionów, zostawiając go na razie w klubie. Z perspektywy Kolejorza, nie miałoby więc najmniejszego sensu pozbywać się teraz Puchacza. Przez to, że nie ma takiej naglącej potrzeby, jak było w przypadku Legii i Michała Karbownika, można spokojnie poczekać, z nadzieją, że występy w europejskich pucharach jeszcze podbiją jego cenę.

CHAOS W MOGUNCJI

Temat uznałbym za całkowicie zamknięty, gdyby na temat tamtej oferty nie wypowiedział się kilka dni temu w Kanale Sportowym sam zawodnik. Jego chęć pozostania w Poznaniu też doskonale rozumiem. Ma za sobą dopiero jeden dobry sezon w ekstraklasie. Możliwość ogrania się w pucharach będzie stanowiła świetną okazję do rozwoju bez zmieniania środowiska. Orientując się w Bundeslidze, sam odradzałbym mu aktualnie przenosiny do Moguncji. Klub zaczął sezon bardzo źle, od czterech porażek, kilka tygodni temu doszło do strajku zawodników w obronie zesłanego do rezerw kolegi, pracę stracił trener, a posada dyrektora sportowego wisi na włosku. Jest ryzyko, że to wszystko się skończy spadkiem. Lepiej się tam w tym momencie nie pakować. Gdyby Puchacz przedstawił mniej więcej takie argumenty, pod każdym względem bym mu przyklasnął. A jednak jego wyjaśnienie pozostania w Lechu odrobinę mnie zaniepokoiło. Od czasów wypożyczenia do Sosnowca uważam go za bardzo utalentowanego piłkarza, z potencjałem na międzynarodową karierę, bo oprócz umiejętności gry w piłkę, wydaje się mieć końskie zdrowie, siłę, szybkość i wytrzymałość. Bardzo korzystny pakiet startowy do kariery zagranicznej. Co nie znaczy, że taki, który karierę gwarantuje.

- Musiałby się zgłosić klub, którego oferty bym nie mógł odrzucić. A myślę, że takie Mainz mogłoby przyjechać do Poznania i dostać w trąbę. Nie byłem jakoś chętny wyjeżdżać do klubu, który mógłby zostać ograny przez Lecha. Skoro zbudowaliśmy tutaj zespół, który stać na dominowanie, to wolałbym zmieniać otoczenie na takie, w którym będą dużo lepsi zawodnicy. W tym wypadku uznałem, że to nie ma sensu – powiedział.

puchacz.jpg
MACIEJ FIGIELEK/ 400mm.pl

AMBITNY II-LIGOWIEC

Oczywiście, że lubię, gdy zawodnicy otwarcie mówią swoje zdanie i nie gryzą się w język. Ale jeszcze bardziej lubię, gdy mówią coś sensownego. Jasne, że Mainz mogłoby przyjechać do Poznania i „dostać w trąbę”. Po pierwsze dlatego, że to tylko futbol. Po drugie dlatego, że grając na wyjeździe w jednym meczu, zawsze można dostać w trąbę. Po trzecie dlatego, że Mainz zaczęło sezon źle, a Lech dobrze. Niemniej w tych kilku zdaniach dostrzegam sygnały lekkiego odlatywania. Nie trzeba do tego kupować drogich samochodów i ciuchów. Czasem objawia się to po prostu myśleniem, że jest się lepszym, niż się jest. Tak, Lech ograł w ładnym stylu drużyny z Łotwy, Szwecji, Cypru i Belgii. Tak, gra w europejskich pucharach, gdzie Moguncji nie ma. Jednak ludzkość wymyśliła całkiem sensowne sposoby porównywania siły drużyn, które nie grają w pucharach. Według służącego do tego rankingu Elo, gdyby Lecha wrzucić do niemieckiego futbolu, byłby gdzieś między FC Heidenheim, a Holstein Kiel, czyli ambitnym drugoligowcem, który w razie rozegrania naprawdę dobrego sezonu, mógłby się zakręcić w okolicach awansu, choć nie jest do tego głównym faworytem. Mainz w tym rankingu jest 113 punktów przed Lechem. To tak dla przywrócenia proporcji.

LOS GUMNEGO

Tak się złożyło, że tego samego lata, z tego samego Lecha, do Niemiec wyjechał Robert Gumny. W przeciwieństwie do Puchacza nie był aktualnie w najlepszym punkcie kariery. Ani nie jest okazem zdrowia. Z drugiej jednak strony, technicznie prezentuje się na pewno nie gorzej od niego, ma za sobą większe doświadczenie w polskiej lidze, co ułatwia płynne wejście do silniejszej ligi i ma już za sobą pierwszy dołek w seniorskiej piłce, podczas gdy Puchacz ma go jeszcze przed sobą (tak, tak, nie zawsze wszystko będzie szło tak dobrze). Ten Gumny wyjechał do Augsburga, który zaczął sezon lepiej od Mainz i w tym samym rankingu wygląda na trochę silniejszy, ale zasadniczo jest drużyną z podobnej półki i też mógłby w Poznaniu dostać w trąbę. Trafił do miejsca, w którym prawa obrona jest jedną z najsłabiej obsadzonych pozycji w drużynie. I nie rozegrał jeszcze w lidze ani minuty. A Artur Wichniarek, który pomagał Rafałowi Gikiewiczowi w transferze do Augsburga, więc ma dobry nasłuch na to, co się dzieje w klubie, opowiada w mediach, że Gumny zderza się właśnie z różnicą w intensywności treningów, gry i wszystkiego innego, co zaskakuje Polaków po wyjeździe do Niemiec.

LEKCEWAŻENIE ŚREDNIAKÓW

Wiadomo, że młodzi Polacy są zafascynowani ligą angielską, chętnie ją oglądają, grają w Fifę tamtejszymi drużynami i marzą, by kiedyś tam trafić. Wiadomo, że średniaków Bundesligi często się w Polsce lekceważy. Nikt nigdy nie wieszał sobie plakatów Moguncji na łóżku, nikt nie pisał w podstawówce wypracowań o tym, że, gdy dorośnie, będzie grał na Opel Arenie, nikt nie śnił o tym, by jego kolegą z drużyny był Danny Latza. Jeśli jednak Puchacz, po jednym sezonie w Polsce, mówi, że chciałby trafić do klubu, w którym będą zdecydowanie lepsi zawodnicy (w domyśle: w Moguncji takich nie ma), trochę buja w obłokach. Brosinski, który gra w Mainz na lewej obronie, dobija właśnie do dwustu meczów w Bundeslidze. Czyli wchodzi na pułap osiągnięty przez ledwie dziewięciu z ponad stu Polaków, którzy przewinęli się kiedykolwiek przez tę ligę. Jego zmiennikiem jest Aaron Martin, młodzieżowy mistrz Europy z Hiszpanią, kupiony za sześć milionów euro. Mam wątpliwości, czy Puchacz z miejsca wszedłby do podstawowego składu Moguncji. Raczej obawiam się, że po kilku miesiącach zacząłby wyjaśniać Polakom w wywiadach, że to silniejszy klub, niż się nam wydaje, a zawodnicy tam potrafią trochę więcej, niż wskazują na to same nazwiska. Co jest prawdą, tylko on tego jeszcze nie wie.

PRZYPADEK KAPUSTKI

Przez ostatnie cztery lata na tysiąc sposobów przeanalizowano w Polsce, co poszło nie tak w przypadku Bartosza Kapustki. Niektórzy krytykowali go, że poszedł na zbyt głęboką wodę, inni mówili, że nie miał wyjścia, skoro klubowi, menedżerowi i całemu jego otoczeniu zwyczajnie opłacało się, by poszedł akurat do Leicester City, a nie do jakiegoś słabszego klubu. W tej dyskusji zawsze raczej skłaniałem się do tego, że zawodnik ma w takiej sytuacji mocno związane ręce. On sam może nawet wiedzieć, że miałoby większy sens pójść do jakiegoś Derby County, niż do urzędującego mistrza Anglii. Ale Derby County nie stać na licytację z mistrzem Anglii, a Cracovia i menedżerowie raczej chcą przyjąć najwyższą możliwą ofertę, a nie jakąś średnią.

Kapustka-1003103298.jpg
Fot. Plumb Images/Leicester City FC via Getty Images

ZMNIEJSZANIE RYZYKA

Wypowiedź Puchacza pokazuje, że niekoniecznie tak jest. Że jednak zawodnicy sami też chcą od razu iść do klubu marzeń. Od razu chcą się znaleźć w świecie, który znają z Fify. Od razu widywać gwiazdy w tej samej szatni. Tymczasem, gdyby Mainz było w trochę lepszej sytuacji wewnętrznej, młody polski piłkarz z ekstraklasy powinien marzyć, by właśnie ktoś taki się nim zainteresował. Bayern czy Borussia Dortmund, jeśli po niego przyjdą, to nie po to, by wystawiać go w pierwszym składzie. Mainz czy Freiburg już znacznie prędzej. Choć brzmi to mało atrakcyjnie i może jest nawet niezgodne z intuicją, piłkarz wyjeżdżający z ekstraklasy bezpośrednio do ligi z czołowej piątki, powinien wybierać możliwie jak najsłabszy klub. Na tyle silny, by raczej nie spadł od razu, bo wtedy jest ryzyko zagrzebania się na dłużej w niższej lidze. Jednak na tyle słaby, by można było w miarę bezboleśnie przeskoczyć do lepszego świata. I dopiero stamtąd atakować kluby marzeń.

NIEBEZPIECZNA PIĄTKA

W XXI wieku odbyło się dotąd 55 transferów z ekstraklasy do lig z czołowej piątki. Podzieliłem je na trzy kategorie. Zawodnicy, którzy od razu w pierwszym sezonie rozegrali ponad połowę możliwych minut. Zawodnicy, którzy po czasie na aklimatyzację, zaczęli grać w klubach, który ich kupił (Sebastian Walukiewicz, Jan Bednarek, Bartłomiej Drągowski etc.). I zawodnicy, którzy nigdy nie stali się podstawowymi piłkarzami klubów, które ich kupiły. Prześledzenie losów wszystkich tych graczy powinno u polskiego ligowca, którym zaczyna się interesować klub z najsilniejszej ligi, od razu zapalać alarmową lampkę: muszę uważać, żeby nie utonąć.

WIĘKSZOŚĆ NIEUDANYCH

W 60 procentach przypadków taki transfer okazuje się nieudany. Jasne, można się później odbić na wypożyczeniu. Jasne, można za granicą poznać przyszłą żonę, nauczyć się języka, poznać nową kulturę, nauczyć się czegoś na treningach i uznać, że to nie był stracony czas. Biorąc jednak pod uwagę proste kryterium: czy po transferze jestem w stanie grać regularnie, w większości przypadków odpowiedź brzmi nie. Dorzucając do tego, tych, którzy zaczynają grać po rocznym lub dłuższym okresie aklimatyzacji, wychodzi, że aż 69% piłkarzy wyjeżdżających z Polski do najsilniejszych lig, w pierwszym sezonie siedzi na ławce.

SKOK JELENIA

A co z siłą klubów? Do porównania użyłem rankingu Elo, porównując siłę klubów sprzedających i oddających w danym momencie. Z 55 transakcji zdarzyły się nawet trzy przypadki, w których wyjeżdżając z Polski, piłkarz zmieniał klub z silniejszego na słabszy (Guilherme z Legii do Benevento, Kamil Kosowski z Wisły do Kaiserslautern i Radosław Kałużny z Wisły do Energie Chociebuż). Skok na najgłębszą wodę wykonał Kamil Glik, który zamienił spadającego z ligi Piasta Gliwice, na czołowe w Serie A Palermo (525 punktów Elo różnicy), gdzie nigdy nie dano mu zagrać nawet minuty. Najmniej prawdopodobny, lecz udany transfer przypadł w udziale Ireneusza Jelenia, który ze średniej Wisły Płock był w stanie od razu przebić się do składu Auxerre. Na każdą tezę da się znaleźć i w tym przypadku przykład. Ale nie chodzi o to, czy coś jest możliwe, tylko o to, czy coś jest prawdopodobne. Piłkarze powinni starać się możliwie minimalizować ryzyko.

jelenglowne.jpg
Neal Simpson - PA Images via Getty Images)

MOŻLIWIE MAŁE RÓŻNICE

Jeśli według rankingu Elo, różnica między polskim klubem a kupującym w czołowej lidze zagranicznej wynosiła mniej niż sto punktów (to trudne, by różnica była aż tak mała. By było to możliwe, trzeba wyjeżdżać z bardzo silnego polskiego klubu, np. Wisła Kasperczaka, czy Legia Magiery), sześć na osiem transferów było udanych. Przy większych różnicach, prawdopodobieństwo sukcesu spada. Ale przy różnicy nie większej niż 200 punktów, daje około 50 procent szans sukcesu. Przy różnicy powyżej 200 punktów, na jednego zawodnika odnoszącego sukces, przypada trzech, którzy ponoszą porażkę. Ci, którzy zaczęli grać regularnie w czołowych ligach, odchodzili do klubów lepszych o średnio 158 punktów w rankingu Elo. Ci, którzy przepadali, do klubów przeciętnie o 245 punktów lepszych.

JAK ZAIMPONOWAĆ TEŚCIOWI

Przełóżmy to na sytuację Puchacza. Mainz i Lecha dzieli obecnie 113 punktów w rankingu Elo. To oznacza, że ten kierunek oferowałby mu całkiem niezłe prawdopodobieństwo, że po jakimś czasie zostałby piłkarzem regularnie grającym w Bundeslidze. Jeśli nie odpowiada mu Mainz, bo akurat sytuacja wewnętrzna nie jest tam najlepsza, powinien się rozglądać po półce, na której są Augsburg, Werder, Freiburg, Stuttgart. Ale nie wyżej, bo tam prawdopodobieństwo, że przepadnie, rośnie już drastycznie. Jeśli chce wyjechać do Anglii, to gdzieś na poziom Brighton, West Bromu czy Fulham. Jeśli do Hiszpanii, to na półkę Alaves czy Hueski. A jeśli do Włoch, to maksymalnie w okolice Sampdorii czy Bolonii. Oczywiście, że trudno zrobić na przyszłym teściu wrażenie takimi nazwami, ale właśnie takie szukanie przyszłego klubu zwiększa szansę, że kiedyś zdoła się mu naprawdę zaimponować. Wybieranie tylko spośród tych, którzy na pewno, przenigdy i w żadnych okolicznościach nie dostaliby w Poznaniu w trąbę, zapowiada zazwyczaj tylko poważne zahamowanie kariery.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.