Niko Kovac i jego raj odnaleziony. Jak Monaco stało się maszyną do duszenia rywali

Zobacz również:Bolesne nauki polskich bramkarzy w Ligue 1. Pomyłki Bułki i Majeckiego
Monaco - Niko Kovac
Fot. John Berry/Getty Images

Niko Kovac lubi mówić, że doświadczenia nie kupisz w sklepie. Sparzył się w Bayernie, ale odradza w Monaco. Księstwo znowu ma drużynę wzbudzającą zachwyt. Jest młoda, imponuje taktyką i świeci talentem, który zaraz zrobi boom. Jeśli jeszcze ich nie oglądaliście, to czas najwyższy.

Przed meczem z Niceą w Pucharze Francji wszedł do szatni i zrobił szybki test. Pytanie brzmiało: „Widzieliście jak rywal grał ostatnio z Nimes?”. Gdy zapadła cisza, zrozumiał, że takie jest dzisiejsze pokolenie. Piłkarze nie oglądają meczów. Ale to ty musisz się dostosować do nich, a nie oni do ciebie. Kovac i jego sztab jeszcze mocniej postawili na analizę. Jeszcze bardziej zaczęli pracować z piłkarzami indywidualnie. I źle na tym nie wychodzą. Na dziś mają punkt straty do PSG i cztery do Lille. Znowu nawiązują do 2017 roku, gdy Monaco zdobyło mistrzostwo Francji.

To jest w tej chwili jedna z najmłodszych drużyn w Europie. Średnia wieku wynosi 24,5. W sobotę w meczu z Metz (4:0) pierwszy raz od początku wyszedł 19-letni Eliot Matazo i od razu zaliczył asystę. Świetny na lewym wahadle jest 23-letni Caio Henrique. 20-latek Sofiane Diop zagra kiedyś w topowej lidze, a rok starszy Aurelien Tchouameni już teraz słyszy o sobie, że zbiera piłki jak N’Gole Kante. Monaco naprawdę obsypało talentem, a Kovac umie tę młodą grupę podsycać.

Osiem miesięcy temu jasno mówił, że nie przyleciał tu tylko dla słońca. Spodobała mu się wizja nowego dyrektora sportowego Paula Mitchella. W Monaco proces decyzyjny odbywa się w kręgu trzech osób. To nie jest Bayern z jego wojenkami w gabinetach. Nie ma tu tej presji i nie ma tego ego w szatni, które po starciach z Muellerem albo Jamesem od razu podcięło mu skrzydła.

Ostatnio „L’Equipe” spytał Kovaca, czy ta szansa nie przyszła do niego zbyt szybko. Odpowiedział, że nie, bo w życiu trzeba łapać okazję. Druga przecież może nie przyjść. Bayern podciągnął go na topowy poziom za uszy, on się na nim nie obronił, ale trzeba próbować dalej. Epoka superklubów nie jest łaskawa dla trenerów. Czasem lepiej zrobić krok w tył, by kiedyś zrobić dwa do przodu.

Kovac z Bayernem żegnał się ze średnią 2,26 punktów na mecz. Wyższą w historii, nie uwzględniając trenerów tymczasowych, mieli tylko Guardiola i Ancelotti. Warsztatowo to ciągle jest jeden z najciekawszych szkoleniowców w Europie. Wychowany w berlińskim Wedding wie, co to niemiecka dyscyplina. Ale ma też w sobie chorwacką fantazję. Dużo widział jako piłkarz (ponad 400 meczów w Bundeslidze) i jako trener (selekcjoner Chorwacji już w wieku 42 lat). Nie lubi, gdy nazywa się go szkoleniowcem „defensywnym”, bo styl dostosowuje do tego kim dysponuje. Pięć lat temu w Eintrachcie zaczynał od walki o utrzymanie. Napisał na tablicy: „Cel: Przeżyć”. Dwa sezony później wygrał Puchar Niemiec, pierwszy we Frankfurcie od trzech dekad.

Teraz pisze historię z Monaco, choć awans do Ligi Mistrzów jeszcze daleko, a ścisk w topie większy niż zwykle. Na początku sezonu zarzucano Kovacovi, że skupił się na ataku, ale zapomniał o obronie. Przegrał 0:4 z Bordeaux i 2:5 z Lorient. W grudniu stracił aż 10 punktów i 9 bramek. Miesiąc później spróbował systemu z trzema obrońcami i odtąd kasuje wszystkich jak leci. Wygrał z PSG (2:0) i zremisował z Lille (0:0), czyli z konkurentami do tytułu. Wreszcie stworzył drużynę z obroną jak mur i współczynnikiem PPDA 8,71.

Oznacza to agresywny pressing i pozwolenie rywalom średnio na wymienienie mniej niż 9 podań na ich połowie przed podjęciem próby odbioru. Pod tym względem wyprzedza ich tylko PSG odkąd pojawił się Pochettino. No i jeszcze jedna rzecz: nikt w Europie nie ma takiej skuteczności przy stałych fragmentach gry. W tej chwili licznik wskazuje 18 goli, najwięcej spośród wszystkich drużyn pięciu topowych lig.

Ten zespół cały czas ewoluuje. Kovac nazywa go nowoczesnym i dynamicznym. Jeśli ktoś w styczniu włączył Ligue 1 dla Arka Milika, to w spotkaniu Monaco - Marsylia mógł zobaczyć przepaść między dwoma zespołami. Pierwszy doskonale wiedział, co chce grać, drugi stał w miejscu. Francuscy dziennikarze żartują, że pomaga im pandemia. Skoro w Księstwie zawsze był problem z kibicami, to dzisiaj nie robi im różnicy, czy grają na pustym Stade Louis II czy na Geoffroy Guichard w Saint-Etienne. „Zielonym” na wyjeździe zapakowali ostatnio cztery gole. Kovac ma taki wybór w ofensywie, że mógł sobie pozwolić na posadzenie na ławce Fabregasa i Ben Yeddera, dwóch najlepiej zarabiających graczy (ok. 600 tysięcy euro miesięcznie).

Zarobki to też ciekawy aspekt nowego Monaco. Nowe zasady rekrutacji mówią wprost: nie płacimy więcej niż 200 tysięcy euro. Młodzież zachęcana jest raczej bonusami, nie ma już dawnych kominów, nikt nie trzyma na siłę 38-letniego Naldo, co zagrał sześć meczów w sezonie z pensją 170 tysięcy euro. Kovac nie chciał takich graczy. Chce ludzi z głodem i chęcią poprawiania siebie. Jak Kevin Volland, który już teraz strzelił więcej goli niż rok temu w Leverkusen i za moment odhaczy najlepszy sezon w karierze.

Piłkarze Monaco ostatnio rzadko widzą dawnego Kovaca, tego od gniew i wrzasku, który potrafił w szatni pobudzić ściany. Po sobotnim meczu z Metz kamery pokazywały jak przybija piątki z piłkarzami. Jovetić dostał nawet lekkiego policzka, który w słowniku Chorwata znaczy tyle, co lubię cię, jest dobrze. Drużyna ma już 64 strzelone gole, trzy mniej od PSG. O mistrzostwie nikt głośno nie mówi, ale sam fakt, że ludzie dla Monaco zaczynają włączać telewizory, jest już sygnałem. A może nas jeszcze zaskoczą?

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.