Nietypowi finaliści. Chelsea kontra Manchester City, czyli starcie drużyn bez wiodącego snajpera

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Chelsea v Manchester City - Premier League
Fot. Manchester City FC via Getty Images

Rzadko zdarza się, by w finale Ligi Mistrzów spotkały się kluby, w których zdobywanie bramek rozkładałoby się tak równomiernie. Chelsea i Manchester City wyłamują się ze schematów, w których czołowy klub musi mieć snajpera gwarantującego 30 goli w sezonie. Jedni i drudzy mieli w tym sezonie kłopoty ze skutecznością, na które odpowiedzią okazała się lepsza kontrola i organizacja.

W ostatnich miesiącach zewsząd zalewają nas doniesienia o nowych strzeleckich rekordach. Żyjemy w erze wielkich snajperów, przez których średnie wyśrubowane są do niewiarygodnych granic. Co tydzień słyszymy o wyczynach Roberta Lewandowskiego, Leo Messiego, Cristiano Ronaldo, Erlinga Haalanda, Kyliana Mbappe, Luisa Suareza czy Harry'ego Kane'a, przez co można pomyśleć, że aby walczyć o najwyższe cele, trzeba mieć człowieka, który zagwarantuje 30 goli w sezonie. Mimo tego dwie drużyny, które w sobotni wieczór walczyć będą o najcenniejsze trofeum w europejskiej piłce, kompletnie się z tego trendu wypisują.

Chelsea i Manchesterze City można opisać na różne sposoby, ale w przypadku ani jednych, ani drugich nie powiemy, że mają klasowego snajpera. Ich siłą jest raczej dobra organizacja gry, na którą zdecydowanie postawiły w tym sezonie w momencie, gdy musiły radzić sobie z kryzysem.

NIETYPOWI FINALIŚCI

Patrząc na drużyny, jakie w ostatnich latach docierały do finału Ligi Mistrzów, to niecodzienny obrazek. Rok temu mieliśmy starcie Bayernu Lewandowskiego z PSG, gdzie Mbappe i Neymar wykręcali bardzo dobre liczby. W sezonie 2018/19 oglądaliśmy Tottenham Kane'a i Liverpool z trzygłową bestią ofensywną: Salahem, Mane i Firmino. Wcześniej mieliśmy serię czterech triumfów Realu Madryt w pięć lat, kiedy zespołem dowodził Ronaldo, a raz w tym czasie z wygraną w LM wstrzeliła się Barcelona z pamiętnym trio MSN.

Właściwie ostatnim finalistą, który nie miał zdefiniowanego najlepszego strzelca, był Liverpool z lat 2005 i 2007. W zespole, który wygrywał w Stambule, najwięcej bramek zdobywali po równo Steven Gerrard, Milan Baroš i Luis Garcia (po 13 we wszystkich rozgrywkach), a dalej w kolejności byli John Arne Riise (8) i Djibril Cisse oraz... Neil Mellor (po 5). Dwa lata później dwucyfrówkę w The Reds osiągali tylko Gerrard (11), Dirk Kuyt (14) i Peter Crouch (18). Zdobywanie bramek rozkładało się dość równo i niekoniecznie to klasyczni napastnicy odpowiadali za to w największej mierze.

To samo możemy powiedzieć o Chelsea i City. Najlepszymi strzelcami obu drużyn w Premier League byli w tym sezonie ludzie, których wcześniej zupełnie byśmy o to nie posądzali. Dla The Blues najwięcej bramek zdobył w lidze Jorginho, który uzbierał siedem trafień i wszystkie były z rzutów karnych. W zespole mistrza Anglii najlepszy okazał się z kolei Ilkay Gündodan, który strzelił w Premier League 13 goli, z czego 11 w trakcie dwumiesięcznej serii od połowy grudnia do połowy lutego. Niemiec przebił swoich kolegów również, gdy zsumujemy wszystkie rozgrywki i łącznie zdobył w tym sezonie już 17 bramek.

W Chelsea na wszystkich frontach był remis między Timo Wernerem i Tammym Abrahamem, którzy skończyli z 12 trafieniami, a tuż za nimi znalazł się Olivier Giroud (11), jednak ich forma mocno falowała. Wszyscy trzej mieli okresy dobrej gry, w trakcie których nabili sobie licznik, by później się zablokować. W lidze Niemiec strzelił sześć goli, Anglik również, za to Francuz tylko cztery, przez co wyprzedzili go chociażby Mason Mount czy Kurt Zouma. Trójka Werner, Abraham i Giroud jako jedyna dobiła jednak w Chelsea do dwucyfrówki. W City z kolei poza Gündodanem udało się to jeszcze Philowi Fodenowi, Raheemowi Sterlingowi, Gabrielowi Jesusowi, Riyadowi Mahrezowi, Ferranowi Torresowi i rzutem na taśmę Kevinowi De Bruyne. Z tego grona tylko Jesus to dziewiątka.

CIERPNIA MŁODEGO WERNERA

Taka sytuacja wynika z różnych czynników, nad którymi warto się pochylić. W Chelsea przez cały sezon – a właściwie już od kilku lat – mówi się o problemach ze skutecznością, dlatego latem tak wiele uwagi poświęcono transferowi Wernera. Niemiec przychodził po kapitalnym sezonie w RB Leipzig i fakt, że udało się go sprzątnąć sprzed nosa Liverpoolowi był dla londyńczyków wielkim powodem do triumfu. Koniec końców 25-latek skończył jako ex-aequo najlepszy strzelec drużyny na wszystkich frontach, choć w samej Premier League miał tylko sześć goli, co chluby mu nie przynosi.

Jego problemy były już w tym sezonie przerabiane na setki sposobów. Początki w Chelsea miał bowiem niezłe. Pierwszą bramkę zdobył przeciwko Tottenhamowi w Pucharze Ligi we wrześniu i zaczął tym samym serię dziewięciu meczów z ośmioma trafieniami. Potem jednak to wszystko jakby wyparowało.

Brighton & Hove Albion v Chelsea: Pre-Season Friendly
Fot. Darren Walsh/Chelsea FC via Getty Images

– Przyszły dwa czy trzy mecze, w trakcie których zmarnowałem wiele sytuacji i to zostało mi w głowie. Moja pewność siebie zniknęła. Zadręczałem się w myślach, że spudłowałem – mówił Timo Werner w niedawnej rozmowie z „The Telegraph”. Przyznał również, że zbyt wiele myślał o oczekiwaniach, jakie towarzyszyły zmianie klubu i przejściu do silniejszej ligi po tym, jak w Bundeslidze strzelił sezon wcześniej aż 28 goli.

– Nie pamiętam już, który to był mecz, ale to był jakoś środek sezonu. W trzeciej czy czwartej minucie nie trafiłem w bardzo dobrej sytuacji i właściwie byłem już wyłączony do końca spotkania, nie mogłem przestać o tym myśleć. Od tego czasu jest jednak lepiej. Z Realem Madryt nie uznano mi gola, bo mój bark wystawał za linię spalonego i dawniej przez resztę meczu zadręczałbym się, dlaczego tak się stało i mentalnie byłbym poza grą. Ale wtedy udało mi się skoncentrować i 15 minut później już strzeliłem prawidłowo – tłumaczył Niemiec.

WIĘCEJ NŻ SAME BRAMKI

Ogólnie jego liczby strzeleckie nie wyglądają imponująco, ale jego sezon był lepszy niż wynika z wszelkiej maści memów czy kompilacji pudeł. Jest pierwszym debiutantem w Chelsea od czasu Edena Hazarda, który pierwszy sezon w klubie zakończy z dwucyfrowymi liczbami bramek i asyst. Podchodząc do finału Ligi Mistrzów, Werner ma we wszystkich rozgrywkach 12 goli i 15 asyst. Thomas Tuchel konsekwentnie na niego stawia, a odblokowanie swojego rodaka postawił sobie za jedno z pierwszych zadań w Chelsea. Sam przyznał, że wszystko siedzi w jego przypadku w głowie i między innymi... zabronił mu dodatkowych treningów strzeleckich.

– Miałem wielu trenerów, którzy w momencie, gdy szło mi gorzej, brali mnie na bok i mówili: „zrób dodatkowe ćwiczenia, lepiej się poczujesz”, za to Thomas powiedział mi: „całe życie zdobywałeś bramki, więc nagle nie nauczysz się niczego nowego, dlatego wyluzuj się, oczyść głowę, bo wiesz, że masz w sobie ten instynkt” – mówił Werner w „The Telegraph”.

Sukces był jednak tylko połowiczny. U Tuchela 25-latek strzelił jak do tej pory tylko trzy gole, choć widać, że zyskał pewność siebie. Dorobek byłby lepszy, gdyby nie wspomniane spalone (tylko w samej Premier League w trzech ostatnich meczach zdobył trzy nieuznane bramki), ale Werner mocno wspomaga grę kombinacyjną. Świadczy o tym dziewięć asyst w 23 występach pod wodzą Tuchela i kilka wywalczonych rzutów karnych, z których Chelsea strzelała gole. Sam twierdzi, że to jego najgorszy sezon w karierze, jednak w tym tunelu widać światełko i przepracowane na spokojnie lato może zaprocentować.

INNI TEŻ SIĘ MUSZĄ PRZEBUDZIĆ

Nie ulega wątpliwości, że w ataku Chelsea drzemie spory potencjał. Werner, a do tego Kai Havertz, Christian Pulisic i Hakim Ziyech, to zestaw, z którego można ulepić naprawdę mocną linię ofensywną. Za nimi grać może w dodatku Mount, wybrany w tym sezonie najlepszym piłkarzem w klubie. Problem jednak w tym, że ta wymieniona grupa (poza Wernerem, którego już omówiliśmy) zdobyła w sumie tylko 26 bramek. Żaden z nich nie przebił – sumując wszystkie rozgrywki – wspomnianego już Jorginho. – Bardzo go cenię – mówił o pomocniku reprezentacji Włoch Tuchel. – Ale nie chcemy sytuacji, w której to on jest naszym czołowym strzelcem. To musi się zmienić, jeśli mamy zrobić krok do przodu – dodawał.

Chelsea v Leicester City - Premier League
Fot. Chris Lee/Chelsea FC via Getty Images

Kłopoty ze skutecznością widać też w innych statystykach. Według modelu expected goals Chelsea „powinna” była strzelić w tym sezonie Premier League blisko 69 goli, ale skończyła z 58. Tylko drużyny z dolnej połowy tabeli – Sheffield United, Fulham i Brighton – miały pod tym względem większą dysproporcję. Już za samej kadencji Tuchela, czyli od 27 stycznia, The Blues byli jednak najgorsi w lidze.

Niemiec jak do tej pory prowadził Chelsea w 29 meczach i choć znakomicie poukładał obronę – zespół stracił tylko 16 goli i zachował aż 18 czystych kont – to tylko w jednym jego piłkarze zdobyli więcej niż dwie bramki. W kwietniu rozbili Crystal Palace 4:1 i wówczas świetnie sprawdziło się ustawienie z Havertzem w roli fałszywej dziewiątki i Pulisiciem oraz Mountem za jego plecami. W pozostałych meczach londyńczycy marnowali sporo okazji. W całym sezonie Premier League ich skuteczność wyniosła tylko 7.9%, co daje 13. wynik w stawce. Gorzej wypadli tylko trzej spadkowicze, Aston Villa, Burnley, Wolverhampton i Brighton – same drużyny z dolnej połowy tabeli.

Problem nie kończy się więc tylko na Wernerze, a jest bardziej złożony. W finale to będzie kluczowe i jednocześnie Tuchel musi skupić się na poprawie skuteczności podczas przygotowań do kolejnego sezonu. Już mówi się o tym, że Chelsea musi kupić sprawdzoną dziewiątkę, bo bez tego ani rusz, jednak widać, że w tych piłkarzach jest duży potencjał. Trzeba go jednak odblokować. Wyjściem okazały się świetne stałe fragmenty i umiejętność kontrolowania spotkań, bo za Tuchela Chelsea miała wiele meczów, kiedy była przy piłce przez 70% i wiadomo było, że stworzy sobie wiele sytuacji – chodziło tylko o to, by wykorzystać przynajmniej jedną. To jednak nadal wymaga poprawy.

NAUKA GRY BEZ DZIEWIĄTKI

W Manchesterze City sprawa wygląda inaczej. Już mało kto pamięta, że na początku sezonu drużyna Pepa Guardioli też miała problemy ze skutecznością i wtedy analizowano szeroko fakt, że marnuje mnóstwo okazji. Jesienią brakowało kontuzjowanych Jesusa i Aguero, przez co Hiszpan testował różne ustawienia z fałszywą dziewiątką i w tej roli oglądaliśmy Sterlinga, Torresa, Mahreza i Fodena, a skutek był ten sam. Zdarzały się takie mecze jak przeciwko Leeds United, gdy City oddało 25 strzałów i remisowało 1:1, albo gdy męczyło się z Sheffield United i wygraną dał Kyle Walker bramką z 30 metrów.

Guardiola długo szukał odpowiedniego rozwiązania. W końcu jednak doszedł do wniosku, że najważniejsze to wrócić do podstaw. Podobnie, jak w przypadku Chelsea Tuchela, kluczowa okazała się tutaj kontrola, a za punkt zwrotny Hiszpan uznawał mecz z West Bromwich Albion u siebie. City zremisowało go 1:1, choć przez cały czas przeważało, ale Guardiola od razu po ostatnim gwizdku wiedział, co było nie tak.

– Nie możemy tak dużo biegać – stwierdził. Zauważył, że początek sezonu w Premier League był dość szalony i zespoły śrubowały niecodziennie wysoką średnią goli, jednak czuł, że jego piłkarze nie mogą dać się wciągnąć w taką grę. – Mecze wyglądają jak w tenisie: tam i z powrotem, tam i z powrotem. Mój zespół nie jest zbudowany jak Tottenham czy Liverpool, którym pasuje taka gra. Musimy być bardziej cierpliwi, nie możemy wykonywać tylu sprintów. Najlepiej czujemy się wtedy, gdy możemy kontrolować mecz z piłką przy nodze. Kiedy cały czas biegamy, tracimy energię i panuje chaos – tłumaczył.

Guardiola nie dokonał więc rewolucji, tylko wrócił do fundamentów swojej filozofii. Jego Manchester City szlifował ataki pozycyjne i stopniowo uczył się gry bez klasycznej dziewiątki. Nagle zaczął rozgrywać mecze, w których cierpliwie budował akcje i – podobnie jak Chelsea Tuchela – wiedział, że jeśli będzie przy piłce przez większość czasu i nie dopuści rywali do zbyt wielu okazji, to sam stworzy ich tyle, że w końcu którąś wykorzysta. Od remisu z WBA zaczęła się seria 21 z rzędu zwycięstw we wszystkich rozgrywkach, z czego 15 kolejnych w Premier League. Nagle ustawienie z fałszywymi napastnikami nie było problemem i nawet kontuzja De Bruyne nie zatrzymała tego marszu, bo wtedy właśnie swój koncert zaczął Gündodan.

Manchester City v Sheffield United - Ilkay Gundogan
Fot. Matt McNulty /Manchester City FC via Getty Images

Ostatecznie Manchester City skończył z 83 golami w Premier League, co jest oczywiście najlepszym dorobkiem w stawce, i odjechał wszystkim jako lider. Gdyby nie fakt, że pod koniec sezonu ligowego Guardiola oszczędzał już piłkarzy na decydujące starcia w Champions League, to sprawa mistrzostwa byłaby rozstrzygnięta już wcześniej. Ciekawe jest jednak to, że w tym triumfie praktycznie żadnego udziału nie mieli napastnicy. Jesus wprawdzie strzelił 14 goli, z czego dziewięć w lidze, ale w trakcie wspomnianej zwycięskiej serii trafiał tylko czterokrotnie. Sergio Aguero z kolei żegna się z klubem po bardzo słabym sezonie, w trakcie którego był prawie cały czas kontuzjowany. W ostatniej kolejce zdobył dwie bramki z Evertonem, co stanowi 1/3 jego dorobku we wszystkich rozgrywkach.

SYMBOLE TEGO SEZONU

Obecność w finale Ligi Mistrzów dwóch drużyn bez wiodących snajperów jest z jednej strony dziwna, ale z drugiej to być może dobrze oddaje specyfikę tego sezonu. W skróconych rozgrywkach i tak upchnięto taką samą liczbę spotkań, jak wcześniej, przez co wielu menedżerów raczej stawiało na dobrą organizację. To samo można powiedzieć zarówno o Tuchelu, który po przyjściu do Chelsea zaczął od zmiany ustawienia na takie z trójką obrońców, jak i Guardioli, który uczulał piłkarzy na spokojniejszą grę, co dało poprawę w defensywie i lepszą kontrolę w ataku.

O ile początek sezonu w Premier League obfitował w gole, tak druga część przyniosła ich już znacznie mniej. Ostatecznie Chelsea i Manchester City były drużynami, które w lidze angielskiej straciły najmniej bramek (kolejno 36 i 32), a w czołowych pięciu europejskich ligach tylko Lille (23), Atletico (25), Real Madryt (28), PSG (28), RB Leipzig (32), Sevilla (33) i Inter (35) albo mieściły się w tym przedziale, albo wypadały pod tym względem lepiej. Do tego trzeba pamięać, że że piłka dąży do apozycyjności. Coraz bardziej w cenie są piłkarze uniwersalni i takich w szeregach obu sobotnich rywali znajdziemy wielu.

Nie jest oczywiście powiedziane, że Chelsea i Manchester City za rok nadal będą drużynami, w których ofensywne akcenty będą rozkładały się na tak dużą grupę piłkarzy i brakowało im będzie wiodącego strzelca. W przypadku jednych i drugich mówi się bowiem o kupnie nowej dziewiątki, choć są również głosy, że taki zakup może być drogi. Jak będzie w przyszłym sezonie, to jeszcze się okaże, ale najpierw zobaczymy starcie drużyn, które choć wyłamują się ze schematu, jaki znamy z finałów Ligi Mistrzów, to dobrze oddają swoja charakterystyką to, jaki to był sezon na europejskich boiskach.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje wydarzeniami w Premier League, której mecze komentuje w Canal+, oraz NFL. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.