Niespełnione marzenie o wielkim pięknie. Wszystkie niepowodzenia AS Roma

Zobacz również:Osobowość, pewność siebie, technika. Sebastian Walukiewicz i rok na wielki skok
romaglowne1225697273.jpg
Paolo Bruno/Getty Images

Piłkarski Rzym miał być drugą Barceloną. Zachwycać estetyką i kojarzyć się z potęgą, która sprawiłaby, że stadion stałby się jedną z głównych atrakcji turystycznych miasta. Zamiast tego stał się punktem przerzutowym dla piłkarzy, którzy pojawiają się i znikają. A akurat rzymianie lubią się do najlepszych zawodników przywiązać.

W trzydziestej szóstej sekundzie najsłynniejszego włoskiego filmu ostatnich lat obiektyw najeżdża na siedzącą na parkowej ławce starszą kobietę. Włoszka pali papierosa. W ręku trzyma gazetę. Widać tytuł artykułu „Alarm dla Tottiego”, w którym opisana jest tajemnicza kontuzja kapitana Romy na obozie w Austrii. Kobieta czyta jednak artykuł z sąsiedniej strony „La Gazzetty dello sport”. Wywiad z Albertem Aquilanim. W ten sposób Paulo Sorrentino wprowadza widza w klimat włoskiej stolicy. „Wielkie piękno” to tyleż film o rzymskich elitach, ileż o samym Rzymie. Miasto nie jest tylko jego tłem. Jest bohaterem. A stołeczna śmietanka towarzyska, oprócz przyjęć na wolnym powietrzu, przeciągających się do późnych godzin nocnych, ma jeszcze jedną pasję. AS Roma, jak to piłkarskie wątki u Sorrentina, pojawia się nienachalnie. Epizodycznie. Ale nie może być filmu o Rzymie, w którym nie pojawi się choćby na kilka sekund. Klub ze stolicy ani nie jest we Włoszech największym, ani najbardziej utytułowanym. Sportowo zawsze znajdował się w cieniu wielkich ekip z północy. Jednak w swoim mieście jest uwielbiany. A przyznawanie się do jego wspierania jest w dobrym tonie. Im wyższe ma się społeczne aspiracje, tym lepiej deklarować się jako kibic Romy i wspólnie z nią przeżywać kolejne niepowodzenia.

WOJNY PAŁACOWE

Nawet w fazie, w której stosunkowo niewiele się działo, Roma musiała zadbać o dramaturgię. Jak serial, który ciągle musi trzymać w napięciu, by utrzymać uwagę widza, zachęcając go do zarwania nocy i obejrzenia kolejnego sezonu. Gdy cała liga po prostu przygotowywała się do wznowienia rozgrywek, w Rzymie nie ustawały wojny pałacowe. W ich wyniku już tydzień po restarcie Serie A w lakonicznym komunikacie poinformowano o zwolnieniu Gianluki Petrachiego, dyrektora sportowego, który przetrwał w klubie niespełna rok. Zwolnieniu, a nie rozstaniu za porozumieniem stron, bo strony są od porozumienia daleko. Rozwód nastąpił w burzliwych okolicznościach. Równolegle włoskie media zalewają informacje o wiszącej na włosku posadzie trenera Paula Fonseki, a kibice i tak wypatrują wieści najważniejszych. Dotyczących sprzedaży klubu przez Jamesa Pallottę, największe rzymskie rozczarowanie ostatnich lat.

LATA SPRZEDAŻY

Kibice Romy mają prawo czuć, że już kiedyś ten serial oglądali. Albo, że oglądają go ciągle. Przez całą pierwszą dekadę XXI wieku trwały podchody pod sprzedaż klubu przez familię Sensich, rządzącą Romą od początku lat 90. Potencjalni inwestorzy pochodzili z Rosji, Bliskiego Wschodu, Niemiec, Stanów Zjednoczonych, czy Szwajcarii. Każda kończona fiaskiem próba rozciągała się do tasiemcowej historii, wałkowanej w mediach dzień w dzień przez kilka miesięcy, jeśli nie lat. W końcu udało się w 2011 roku, który miał być początkiem nowej ery w rzymskiej, włoskiej i europejskiej piłce. Plan amerykańskich inwestorów włoskiego pochodzenia był bardzo przejrzysty. Zbudować w Romie drugą Barcelonę. Choć w tamtym okresie wielkiej drużyny Pepa Guardioli, wielu próbowało to zrobić, akurat Rzym wydawał się mieć solidne podstawy. W mieście podobnie jak Barcelona uwielbianym przez turystów, dało się wpisać pięknie grający klub w lokalny klimat i sprawić, że miejscowy stadion będzie miejscem pielgrzymek, tak jak Camp Nou jest w Katalonii. Szkolenie młodzieży i przywiązanie do lokalnych bohaterów, najmocniej uosabiane przez Tottiego i Daniele de Rossiego, też przychodziło rzymianom naturalnie.

EUROPEJSKA PRÓBA

W tamtym czasie Roma była jedynym klubem w Serie A mającym zagranicznego właściciela i chciała robić wszystko inaczej, niż się we Włoszech przyjęło. Pierwszą rewolucją była już obsada stanowiska trenera. Wbrew lokalnym praktykom, powierzono je obcokrajowcowi, który wcześniej nie tylko nie zdążył przesiąknąć włoską kulturą, lecz w ogóle nie miał nic wspólnego z calcio. I jeszcze do tego myślał na wskroś ofensywnie. - Wybór Luisa Enrique miał być symboliczny. Reprezentuje zerwanie z przeszłością i nowe otwarcie. Reprezentuje ideę futbolu, którą chcielibyśmy naśladować. Trochę barokową, ale bardzo efektywną. Od początku szukałem kogoś spoza naszego świata. Nieskażonego calcio – heretycko wyjaśniał Walter Sabatini, dyrektor sportowy.

KATALOŃSKI PRZESZCZEP

W zatrudnieniu byłego trenera rezerw Barcelony, dla którego była to pierwsza samodzielna praca, nie chodziło o zwyczajne skopiowanie ścieżki kariery Guardioli. Chodziło o zaimplementowanie w Rzymie całej barcelońskiej kultury. Wraz z Enriquem do Rzymu trafił Bojan Krkić, wtedy jeszcze uznawany za potencjalnie wielki talent z La Masii oraz zgraja zdolnych młodzianów z całej Europy. Miralem Pjanić, Erik Lamela czy trochę starszy Fernando Gago, środkowy pomocnik wyjęty z Realu Madryt. Roma miała rozkochać w sobie Europę i całkowicie odmienić calcio. Ale – jak to w Rzymie w kwestiach piłkarskich – niewiele z tego nie wyszło. Panowanie amerykańskie w stolicy Włoch trwa już dziewięć lat. Rządzący od ośmiu lat prezydent James Pallotta stał się synonimem wszystkiego, co dla Romy złe.

KWIETNIOWA NOC

Nie można powiedzieć, że amerykańska Roma nie miała chwili triumfu. Kwietniowy wieczór z 2018 roku musiał w mieście wyglądać tak, jak w filmach Sorrentina. Włoski klub rozbił w ćwierćfinale Ligi Mistrzów Barcelonę, swój niegdysiejszy niedościgniony wzór. Dwa lata temu nikt już nie pamiętał próby przeszczepienia Katalonii do Włoch, więc nie traktowano tego meczu jako starcia z alter ego. To było po prostu zmiażdżenie jednego z największych klubów świata, po tym, jak pierwszy mecz przegrało się 1:4. Po raz pierwszy od 1984 roku Roma dotarła tak daleko w Lidze Mistrzów. To, co potem stało się z drużyną, która w następnej rundzie nie dała rady Liverpoolowi, najlepiej tłumaczy, dlaczego rzymianie mają dość Pallotty.

TRANSFERY GWIAZD

De Rossiego i Alessandra Florenziego, wychowanków i symbole drużyny po odejściu Tottiego, wypchnięto wbrew ich woli w mało eleganckim stylu. Kostasa Manolasa, który strzelił tamtego wieczoru zwycięskiego gola, sprzedano do Napoli. Alissona Beckera wysłano za spore pieniądze do Liverpoolu. Radję Nainggolana przejął Inter, Kevina Strootmana Marsylia, a Stephana El Shaarawy'ego Chińczycy. Zawodzący Patrick Schick wyjechał na wypożyczenie do Lipska i dwa lata po tamtym meczu ponad połowa zespołu zniknęła. Lepsza połowa. Odkąd Amerykanie weszli do klubu, są tylko na minimalnym transferowym minusie. Zamiast budować potęgę, stworzyli klub będący trampoliną na wyższy poziom. Mający przynosić transferowe zyski, a niekoniecznie sukcesy. To boli kibiców Romy tym bardziej, im wyraźniej widzą zupełnie inny przykład Lazio, gdzie Claudio Lotito jest w stanie zatrzymywać największe gwiazdy, z Sergejem Milinkoviciem-Saviciem i Cirem Immobilem na czele, a przy tym w miarę możliwości dokładać coś do gabloty. W ostatnich ośmiu latach Juventus był oczywiście poza zasięgiem, ale mimo to Napoli i Lazio zdołały sięgnąć po cztery trofea, a Milan po jedno. Amerykańska Roma nie zdobyła żadnego.

EUROPEJSKA NIEOBECNOŚĆ

Właścicielom trzeba przyznać, że sprzedawanie gwiazd nie wynika jednak tylko z ich skąpstwa i chęci wyciągania pieniędzy z klubu, lecz także z powodu notorycznych niepowodzeń sportowych. Tamten epizod z Barceloną był kompletnie wyrwany z kontekstu. Stanowczo zbyt często bowiem zdarzały się im sezony bez europejskiej kwalifikacji. Przez pierwsze dwa lata rządów Pallotty nie awansowali nawet do Ligi Europy. Łącznie na dziewięć możliwych występów w Lidze Mistrzów, zaliczyli w tym okresie tylko cztery. A brak regularnego dopływu gotówki z występów w elitarnych rozgrywkach, zmuszał do sprzedawania gwiazd i utrudniał dosypywanie pieniędzy, by nie uchybić zasadom Finansowego Fair Play. Niezadowolony z warunków kontraktu sponsorskiego z Nike klub przedwcześnie rozwiązał umowę z firmą. Lada moment wygasa też sponsorski kontrakt z Qatar Airways, a czasy – ani dla Romy, ani dla gospodarki — aktualnie nie są najlepsze do negocjowania lukratywnych umów.

CIĄGŁE PERTURBACJE

Gdy Amerykanie pojawiali się w Rzymie, po Europie równolegle hasali szejkowie z Manchesteru City i Katarczycy z Paris Saint-Germain. Roma chciała wznosić potęgę bardziej długofalowo, a mniej awanturniczo. W rzeczywistości jednak włoski projekt ciągle przeżywał nowe otwarcia. Po Enriquem zatrudnili Zdenka Zemana, fascynującego dziwaka, który nie mógł jednak dać wyników. Łącznie w dziewięć sezonów mieli ośmiu trenerów i sześciu dyrektorów sportowych. Kolejną próbą zbudowania czegoś wielkiego było wynajęcie Monchiego genialnego architekta Sewilli, który jednak w Rzymie pozostawił po sobie tylko drogie niewypały i wytrwał niecałe dwa lata. Przy takich perturbacjach nie da się zbudować niczego sensownego.

KOLEJNE NOWE OTWARCIE

Najświeższą próbą był Petrachi, wzięty rok temu z Torino, który obiecywał namówić na pracę w stolicy Antonia Contego, który wybrał jednak Inter Mediolan. Pozyskanie Paula Fonseki, który wyrobił sobie markę dobrą pracą w Doniecku, akurat we Włoszech zostało tradycyjnie przyjęte z nieufnością, z jaką zwykle wita się tam ofensywnie nastawionych obcokrajowców, niebędących zakorzenionych w kulturze calcio. Początek, czyli dwanaście strzelonych goli w pierwszych czterech meczach, dawał nadzieję, że Roma znów będzie piękna, ale później dały o sobie znać tradycyjne słabości – kruchość psychiczna i wiążący się z nią problem wygrywania meczów, które nie układają się od początku po myśli rzymian. Do tego dochodziła jesienna plaga kontuzji, kładąca czasem nawet pół drużyny, której zwieńczeniem było zerwanie więzadeł krzyżowych przez Nicolo Zaniola, najefektowniejszego włoskiego piłkarza młodego pokolenia.

SŁABE MIESIĄCE

Dopóki do końca stycznia Roma jeszcze trzymała się w czołowej czwórce, Fonseca trzymał się w siodle dość pewnie i był chwalony za to, że wcale nie okazał się radykałem gry ofensywnej, jak go momentami na początku malowano i wykazywał się elastycznością taktyczną. Gdy jednak rozpędu nabrała Atalanta Bergamo i stało się jasne, że tylko biało-błękitna część Rzymu zobaczy w przyszłym roku Ligę Mistrzów, znów zaczęło się szukanie winnych. W 2020 roku Roma częściej przegrywa, niż wygrywa i w tabeli za ostatnie miesiące zajmuje dopiero jedenaste miejsce. Ma szczęście, że siódma pozycja da w tym roku grę w Lidze Europy, bo inaczej byłoby duże ryzyko, że nie uda się odeprzeć ataków znacznie lepiej dysponowanych Napoli i Milanu. Teoretycznie furtką do elity pozostaje jeszcze Liga Europy, gdzie Roma zmierzy się z Sevillą, jednak to w tej chwili bardzo odległa perspektywa.

PROBLEM STADIONU

Do niepowodzeń sportowych pod amerykańskimi rządami dochodzi jeszcze wciąż nierozwiązana kwestia stadionu. Nowy obiekt, którego Roma nie musiałaby dzielić z Lazio, był jedną z podstawowych obietnic na początku ery Pallotty. Nie można powiedzieć, by właściciele nie zrobili w tej kwestii nic. Wydali siedemdziesiąt milionów euro na projekt stadionu, który ma być budowany na przedmieściach stolicy. Amerykanie przegrywają jednak z lokalną polityką, która mnoży przeszkody i wciąż nie dała zielonego światła na budowę. Obecnie mówi się, że może to nastąpić jesienią. Jednak budowanie stadionu Romy coraz bardziej zaczyna przypominać powstawanie w Rzymie wielkiego klubu.

NOWY SERIAL WŁAŚCICIELSKI

Mimo tych wszystkich niepowodzeń, na początku roku w Rzymie zaczęły strzelać szampany, bo wydawało się, że uda się uwolnić od amerykańskich rządów, które klubowi nie dają żadnej przyszłości. Zanim wybuchła pandemia, Pallotta miał już być praktycznie dogadany z Danem Friedkinem, amerykańskim miliarderem, działającym głównie w branży motoryzacyjnej oraz luksusowej turystyki. Pojawienie się koronawirusa zagroziło jednak finalizacji transakcji, która wyglądała już na praktycznie pewną. Oferty przysyłane przez Friedkina w trakcie przerwy w rozgrywkach były odrzucane przez Pallottę. Włoskie media codziennie rozpisują się na temat nowych, lecz w Rzymie wielokrotnie już to przerabiali. Wielu, paląc papierosy na ławkach w rzymskich parkach, obawia się, że kolejny brak awansu do Ligi Mistrzów sfinansuje nie żaden Friedkin, lecz Zaniolo, Cengiz Under, czy kogo jeszcze uda się za dobre pieniądze sprzedać. Tak, jak zwykle w Romie, lepiej się do zawodników nie przywiązywać. A akurat w Rzymie bardzo lubią, gdy ktoś się w ich mieście zakocha i zostanie na zawsze.

Podziel się lub zapisz
Michał Trela
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.