Nie samą nadzieją żyje kibic. Czas, by Manchester United wstawił coś do gabloty (KOMENTARZ)

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Newcastle United v Manchester United - Premier League
Fot. Owen Humphreys - Pool/Getty Images

Manchester United za kadencji Ole Gunnara Solskjaera robi kroki do przodu, to nie ulega wątpliwości. W klubie o takich tradycjach i aspiracjach, który przy okazji w ostatnich latach zainwestował ogromne środki we wzmocnienia, to w końcu jednak nie wystarczy. Aby potwierdzić postęp, potrzebne jest trofeum. Ten sezon daje ku temu sporą szansę.

Cztery lata to w piłce szmat czasu – szczególnie w obecnych realiach. Nie dość, że mecze praktycznie się ze sobą zlewają i jest przesyt piłki, to w dodatku można odnieść wrażenie, że cierpliwość przestała istnieć. Wszystko musi być „na już”. Nowy trener obejmuje drużynę? Wszyscy liczą na efekt nowej miotły. Ktoś przegrał trzy kolejne mecze? To poważny kryzys i trzeba zastanowić się nad radykalnymi ruchami. Narracje potrafią zmieniać się z tygodnia na tydzień, więc kto by tam pamiętał, co działo się tak dawno, jak cztery lata temu.

NAJDŁUŻEJ OD LAT 80.

Kibice Manchester United jednak pamiętają. Wtedy bowiem, wiosną 2017 roku, po raz ostatni widzieli, jak ich klub zdobywa trofeum. W tamtych rozgrywkach po Puchar Ligi oraz Ligę Europy i aby uzmysłowić sobie, jak wiele się od tego czasu zmieniło, wystarczy spojrzeć na nazwiska. Menedżerem był Jose Mourinho, najlepszym strzelcem drużyny Zlatan, a w finale LE przeciwko Ajaksowi w obronie grali Daley Blind, Chris Smalling, Antonio Valencia i Matteo Darmian, jedną z bramek zdobył Henrich Mchitarjan, z ławki wchodził Wayne Rooney, za to cały mecz spędził na niej Michael Carrick. To jak dwie epoki temu.

Spragnieni trofeów kibice Manchesteru United też to czują. Ich klub przyzwyczaił do tego, że zawsze zdobywa puchary. Cztery lata bez niczego w gablocie to dla niego najdłuższa posucha od okresu 1985-1990. Wtedy taki był bowiem odstęp między dwoma triumfami w FA Cup. Obecne pokolenia znacznie lepiej pamiętają jednak czasy, kiedy nawet jeden rok bez trofeum był dla Czerwonych Diabłów anomalią. Od 1990 do 2013 roku zdarzyły się tylko trzy takie sezony i zaraz po nich następowało odbicie. To dlatego, choć w ostatnich kilkunastu miesiącach MU stawia kolejne kroki do przodu i daje coraz więcej radości, fani zaczynają przebierać nogami.

KOLEJNE KROKI DO PRZODU

Wymagania są uzasadnione. Postęp za kadencji Ole Gunnara Solskjaera jest niepodważalny. Manchester United pod wodzą Norwega miał swoje wahania – był przecież znakomity start jeszcze w roli menedżera tymczasowego, po którym nastąpiło gwałtowne wyhamowanie, prowadzące do finiszu na szóstym miejscu w sezonie 2018/19. Gorsza forma przeniosła się jeszcze na jesień i początek następnych rozgrywek, jednak od stycznia 2020 roku Czerwone Diabły ruszyły ostro do przodu i po serii 14 meczów bez porażki na koniec przesunęły się z siódmej pozycji na ligowe podium.

Poprzedni sezon oznaczał nie tylko drugi najwyższy finisz MU w Premier League od przejścia na emeryturę sir Alexa Fergusona. Zespół dotarł również do półfinałów wszystkich pucharowych rozgrywek, w jakich brał udział. Widać było, że zrobił duży krok do przodu, a Solskjaer przebudował drużynę według swojego pomysłu. Harry Maguire, Aaron Wan-Bissaka czy Bruno Fernandes okazali się bardzo dobrymi nabytkami, rozwinął się Marcus Rashford, a w tym sezonie to samo można powiedzieć o Fredzie czy Scottcie McTominayu. Owszem, są jeszcze pewne braki, które powodują m.in., że nie udało się nawiązać walki z Manchesterem City na pełnym dystansie ligowego sezonu, ale kibice mają nadzieję, że ich zespół jest na właściwej drodze.

Dziś sama nadzieja już jednak nie wystarczy. Wydaje się, że aby zaznaczyć postęp za kadencji Solskjaera, trzeba zdobyć trofeum. Nie znaczy to, że cała ocena sezonu wisi tylko na kwestii pucharu – to nie jest rzecz „make or break” – ale po prostu kolejny sezon bez niczego w gablocie zwyczajnie Manchesterowi United nie przystoi. Tym bardziej, że szanse na to, by po coś sięgnąć, są całkiem duże.

ZBYT WIELCY NA LIGĘ EUROPY

Okazje są dwie – to Liga Europy i FA Cup. Premier League to bowiem sprawa zamknięta i tam Czerwone Diabły mogą co najwyżej pokazać, że są zdecydowanie drugą największą siłą w kraju, co też nie byłoby bez znaczenia. Za trofeami trzeba się jednak rozglądać gdzie indziej i dwa pucharowe fronty dają ku temu okazję.

W Lidze Europy trzeba powiedzieć jasno, że Manchester United to dziś największy faworyt. Właśnie udało mu się wyeliminować AC Milan i droga do finału w Gdańsku nie wygląda najgorzej. W ćwierćfinale czeka Granada, a w półfinale w przypadku awansu ktoś z dwójki Ajax lub Roma. W drugiej części drabinki są za to Arsenal, Slavia Praga, Villarreal i Dinamo Zagrzeb. Tu naprawdę nie ma się kogo bać. Można więc pójść drogą sprzed czterech lat, kiedy Mourinho powtarzał na każdym kroku, że MU to zbyt duży klub, by grać w Lidze Europy i musi to udowodnić. Solskjaer powinien piłkarzom zaszczepić to samo poczucie – tym bardziej, że na własne życzenie się w niej znaleźli, zajmując trzecie miejsce w grupie Ligi Mistrzów za PSG i RB Leipzig.

WŁASNE PODWÓRKO TO WIĘKSZE WYZWANIE

W FA Cup paradoksalnie może być trudniej. Najpierw w ćwierćfinale czeka Leicester City, a w ósemce są jeszcze Manchester City, Everton i Chelsea. Szczególnie drużyna Pepa Guardioli może tu być najpoważniejszą przeszkodą, jednak MU udowadniał, że w pojedynczych meczach akurat potrafi sobie z nią radzić.

Poza tym Puchar Anglii zawsze był dla tego klubu ważnym celem. W ostatnich latach wprawdzie nie brakuje głosów, że stracił swój prestiż, jednak chociażby Gary Neville przypominał niedawno, że w przeszłości triumfy w krajowych pucharach były dla Manchesteru United kamieniem milowym i dawały sygnał piłkarzom w szatni, że w kolejnych latach mogą walczyć o coś więcej. Ekspert Sky Sports twierdził nawet, że tydzień, w którym jego dawny klub czekał najpierw rewanż z Milanem, a później starcie z Lisami w FA Cup, jest najważniejszym w całym tym sezonie.

CEL DLA MENEDŻERA

Trofeum byłoby też ważne dla samego Solskjaera. Norweg udowodnił bowiem, że jest bardzo dobrym menedżerem fazy przejściowej, ma oko do piłkarzy i potrafi nieźle zarządzać szatnią. Nie ma w tym chyba przypadku, że za każdym razem, gdy nad jego głową zbierały się ciemniejsze chmury i media spekulowały o jego zwolnieniu, drużyna reagowała bardzo dobrymi występami.

Teraz Solskjaer musi jednak pokazać, że jest w stanie zaprowadzić Manchester United jeszcze o krok dalej. Skoro tak dobrze idzie mu rozwijanie zespołu, to czas najwyższy sięgnąć po puchar. Szczególnie, że trofeum byłoby przy okazji niezłą kartą przetargową w negocjacjach z nowymi piłkarzami. Nie ma bowiem wątpliwości, że ci będą potrzebni, jeśli MU ma za rok zmniejszyć dystans do City i w końcu bić się o Premier League.

Ale i sam Norweg, zdobywając w tym sezonie jakieś trofeum, zamknąłby usta wielu krytykom. To dla niego spraw honoru. Na razie dał kibicom nadzieję, że prowadzi zespół we właściwą stronę i to ważne – nadzieja to w sporcie jedna z najcenniejszych walut i widać, że duża część fanów MU broni Solskjaera, gdy pojawia się krytyka, co pokazuje, że zyskał ich zaufanie. Kibic jednak żyje nadzieją tylko do czasu, aż w końcu zamienia się ona w wymagania. Brak trofeum wprawdzie nie będzie dla Czerwonych Diabłów tragedią, bo liczy się szerszy obraz, jednak byłoby ono ważnym przybiciem stempla na postępie, jaki dokonał się na Old Trafford w ostatnim czasie.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje Premier League i NFL, o kórych pisze w newonce.sport. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.