Newcastle na równi pochyłej. Kolejny sezon cierpienia, braku ambicji i marnowanego potencjału

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Newcastle United
Fot. Clive Rose/Getty Images

Nikt nigdy nie chce być drużyną, z którą najgorszy zespół ligi, niepotrafiący wygrać przez blisko pół sezonu, ostatecznie się przełamuje i zdobywa trzy punkty. Tej sztuki dokonało jednak Newcastle. Dla nich porażka z Sheffield United to kolejny przygnębiający moment w ciągu ostatnich kilku lat.

Najgorsze dla kibiców Srok jest to, że nawet nie mogą powiedzieć, że się tego nie spodziewali. Owszem, Sheffield United, zajmujące ostatnie miejsce z dwoma punktami, co jest najgorszym wynikiem w historii – nie od 1992 roku pod szyldem Premier League, a od 1888, od kiedy w Anglii powstały piłkarskie struktury ligowe – to rywal, którego trzeba pokonać. Rzecz jednak w tym, że wiele wskazywało na potknięcie. Ten mecz wyglądał jak potencjalna pułapka z uwagi na to, jak ostatnio gra Newcastle i faktycznie się nią okazał.

BŁĘDNE KOŁO

Porażka na Bramall Lane to ósme z rzędu spotkanie na wszystich frontach, którego piłkarze Steve'a Bruce'a nie potrafili wygrać. W tym czasie uzbierali w Premier League tylko dwa punkty i zaczynają się niebezpiecznie zbliżać do strefy spadkowej. Odpadli ponadto z FA Cup z Arsenalem, co oznacza, że tylko raz w ciągu ostatnich 15 lat potrafili się w tych rozgrywkach przebić dalej niż do czwartej rundy. Bardziej bolesna była jednak inna pucharowa porażka, w ćwierćfinale Pucharu Ligi. Newcastle nie dało tam rady grającemu w mocno rezerwowym składzie drugoligowego Brentford.

Dla wielu klubów porażki w krajowych pucharach, szczególnie w Pucharze Ligi, to nie powód do wielkiego smutku, ale w przypadku Newcastle jest trochę inaczej. Kibice z trudem akceptują to, że ich drużyna w ostatnich latach albo biła się o utrzymanie w Premier League, albo musiała walczyć o powrót do niej, dlatego nadzieją na osłodę są dla nich Carabao Cup i FA Cup. Niestety Sroki wpadają w błędne koło – oszczędzają podstawowych piłkarzy na mecze o życie w lidze, poświęcają przez to krajowe puchary, odpadają z nich, co złości kibiców, a w Premier League ich los wcale się dzięki temu nie poprawia.

ZŁE WYNIKI, A GRA JESZCZE GORSZA

Ostatnie tygodnie to dla fanów Newcastle kolejna kumulacja frustracji. Wyniki są bardzo kiepskie, ale jeszcze gorsza jest gra ich drużyny. We wtorek Sheffield United nie tyle to spotkanie wygrało, co Sroki przegrały je na własne życzenie. Od pierwszej minuty drużyna Bruce'a grała wycofana, z piątką obrońców i czwórką pomocników ustawionych pod własnym polem karnym – niemal tak, jakby broniła się przed natarciem w meczu z Liverpoolem czy Manchesterem City, a nie z ostatnią drużyną ligi.

Na domiar złego przed przerwą dwie głupie żółte kartki zdążył zobaczyć Ryan Fraser. W dziesiątkę było już tylko gorzej. Głęboka defensywa nawet nie przekładała się na próby kontrataków, Callum Wilson biegał gdzieś z przodu w formacji 1-8-0-1 i szybko celem Srok stało się utrzymanie wyniku 0:0. Dopiero po stracie bramki zespół zaatakował, ale to było już desperackie i spóźnione.

Na mało którą drużynę w tym sezonie Premier League patrzy się tak źle, co na Newcastle. Mają najniższe średnie posiadanie piłki (38%) i najmniej celnych zagrań w szesnastkę rywala. Nikt tak rzadko nie stosuje również pressingu. Obok West Bromu są drużyną, które kreuje sobie najmniejszą liczbę okazji i to w dodatku kiepskiej jakości. Również West Brom jest jedynym zespołem, który tak rzadko w ogóle dotyka piłki w polu karnym rywala. Z Sheffield United Sroki zrobiły to tylko... 9 razy. Prawie co piąte podanie Newcastle to długa piłka, częściej takie zagrania stosuje jedynie Burnley. Poza Wilsonem (strach pomyśleć, co by było bez niego) tylko Jeff Hendrick strzelił więcej niż jednego gola w tym sezonie Premier Laegue. To futbol negatywny, defensywny, toporny i nastawiony na to, by każdy mecz przetrwać, a nie wygrać.

BRUCE OUT?

To sprawia, że stołek Bruce'a jest coraz bardziej gorący. Anglik nie był popularnym wyborem wśród kibiców już półtora roku temu, kiedy zastępował Rafaela Beniteza i w media poszedł słynny już przekaz, że był poza pierwszą dziesiątką pierwotnie rozpatrywanych kandydatów. W tym czasie jego notowania jednak jeszcze bardziej osłabły i parasol ochronny w postaci argumentu, że to człowiek, który wychował się jako kibic Newcastle, został złożony.

Bruce dodatkowo podpadł kibicom ciągłymi zmianami przekazu, jaki wypuszcza w świat. Najpierw mówił o regularnym finiszowaniu w pierwszej dziesiątce, później zmienił narrację, twierdząc, że o niczym więcej poza walką o utrzymanie nie ma mowy. Krytyków nazywa „wojownikami klawiatury”, nie przyjmuje argumentów o fatalnym stylu gry, a na wiele kwestii odpowiada, rozkładając ręce: na co wy w ogóle liczycie?

Nic dziwnego, że wielu kibiców ma go już dość. Porażka z Sheffield United to wynik, po którym posada Bruce'a wisi na włosku, ale już wcześniejszą serią Anglik mocno na taki stan rzeczy pracował. Jego drużyna strzeliła tylko jednego gola przez ostatnie 9.5 godziny gry, licząc wszystkie rozgrywki. Z akcji – tylko jednego w ciągu ostatnich 11.5 godzin. Każde kolejne spotkanie pokazuje, że jego podejście tylko pogarsza sytuację klubu, a Bruce nie zmienia go nawet na starcie z najgorszą statystycznie drużyną w historii Premier League.

PROBLEM LEŻY WYŻEJ

Oczywiście rozmawiając o Newcastle nie da się odejść od tematu zarządzania klubem. Czego byśmy nie powiedzieli o Bruce'ie, stylu gry czy aktualnych wynikach, kwestia zawsze wraca do Mike'a Ashleya i jego prawej ręki Lee Charnleya. Zeszłoroczne zawirowania właścicielskie i nieudane przejęcie przez Saudyjczków sprawiły, że obaj nadal rządzą klubem. W międzyczasie dodatkowo podpadli kibicom w kwestii zwrotu za bilety i karnety, z których z racji pandemii fani nie mogą korzystać. Zwolnili wielu pracowników klubu, korzystając z rządowej zapomogi i choć zapowiadali chęć lepszej i skuteczniejszej komunikacji, to tak się nie stało. W tej sytuacji rzecznikiem Newcastle staje się niejako Bruce, który ciągle zmienia wersję. Kibice, słysząc, że trener twierdzi, że jego drużyny nie stać na walkę o nic więcej, przyjmują takie słowa jako stanowisko całego klubu.

Można odenisć wrażenie, że dla Ashleya fani to tylko klienci, którzy nie mają prawa mu niczego zarzucić. Ale wbrew temu, co próbują powiedzieć rządzący klubem, kibice Newcastle nie mają wygórowanych oczekiwań. Wystarczy, że obejrzą się na około. Zobaczą chociażby, że kluby podobnego pokroju, zajmujące w ciągu ostatnich 25-30 lat podobne miejsce w futbolowym łańcuchu pokarmowym, są zwyczajnie lepiej prowadzone i wykazują większe ambicje. Ot o im chodzi, nie o gonitwę za czołówką.

Weźmy na przykład taką Aston Villę. Można debatować, który klub jest „większy” i fani The Villans zawsze mogą przebić Sroki Pucharem Mistrzów z 1982 roku, ale w erze Premier League Villa i Newcastle odgrywały podobne role. Obie finiszowały kilka razy wysoko i odnosiły sukcesy (AV 2. miejsce w sezonie 92/93, 8x miejsce w TOP6, Puchary Ligi '94 i '96, Newcastle 4x podium, awans do Ligi Mistrzów). Ich ostatnie losy też się poniekąd pokrywają. Obie spadały z ligi – Sroki nawet dwa razy, za to Villa w 2016 roku żegnała się po 28 latach nieprzerwanej gry na najwyższym poziomie. Newcastle wróciło do Premier League w 2017 roku, a Aston Villa w 2019.

COŚ WIĘCEJ NIŻ DÓŁ TABELI

Wszystko inne się jednak różni. Na Villa Park uznali, że spadek do Championship to dla klubu tych rozmiarów bolesna nauczka i od półtora roku robią tam wszystko, by scenariusz się nie powtórzył. Rok temu wydawali niemal tyle, co Manchester United, bo Dean Smith podkreślał, że musi mieć szeroką kadrę w walce o utrzymanie. Cel osiągnęli i tym razem ilość przekuli na jakość – sprowadzili kilku konkretnych zawodników i mierzą co najmniej w środek tabeli.

Owszem, fakt posiadania piłkarza klasy Jacka Grealisha w tym pomaga, ale czy naprawdę Newcastle nie mogłoby dziś być klubem, który działa podobnie? Kibice wzdychają tam do czasów świetności w latach 90. i za kadencji sir Bobby'ego Robsona, co nie znaczy, że oczekują od razu gry w pucharach. Czołówka Premier League odjeżdżała sukcesywnie klasie średniej, więc nikt nie łudzi się, że Sroki mają grać o europejskie puchary. Dlaczego jednak miałyby nie celować wyżej niż tuż nad strefę spadkową? Dlaczego nie mogą grać ładniejszej piłki, skoro to żadna różnica, czy zajmą 15., czy 11. miejsce? Piłka ma dostarczać rozrywki, a fanom Srok dostarcza głównie frustracji.

Ostatnie tygodnie najmocniej zachwiały pozycją Bruce'a i wydaje się, że zwolnienie jest kwestią czasu. Pytanie jednak, co dalej. W obecnym kształcie i z tym menedżerem Newcastle zawodzi, ale czy w klubie jest jakiś inny plan? Zaufanie do Ashleya i zarządu jest niemal zerowe, dlatego można obawiać się, czy zwolnienie Bruce'a cokolwiek zmieni i czy zarząd wybierze dobrego menedżera.

Od lat mówi się, że nikt w Anglii tak bardzo nie marnuje swojego potencjału, co Sroki. Ten sezon znów dobitnie to pokazuje. Na St. James' Park trwają w Premier League dla samego trwania, nie stawiając sobie żadnych wyższych celów. Ale jeśli dalej tak pójdzie, to nawet takie trwanie będzie poza zasięgiem. Trzeci spadek w 12 lat to czarny scenariusz, ale naprawdę nie można go wykluczyć.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje Premier League i NFL, o kórych pisze w newonce.sport. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.