Ekspansja, turniej a'la Liga Mistrzów i mecze na powietrzu. NBA myśli, jak uatrakcyjnić rozgrywki

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Komisarz NBA Adam Silver
Fot. Stacy Revere/Getty Images

Wielkimi krokami zbliża się kolejny sezon NBA. Liga jak co roku szuka pomysłów na uatrakcyjnienie rozgrywek. I choć prawdą jest, że zamiast tego mogłaby najpierw poprawić pewne aspekty (na przykład zaczynać mecze o wyznaczonej godzinie, a nie 10-20 minut po czasie), to jednak warto przyjrzeć się tym nowym inicjatywom. Tym bardziej że kilka z nich ma potencjał na naprawdę dobre pomysły.

Idzie nowe w NBA. Niektóre pomysły już zostały zaakceptowane, inne nadal są dopiero we wczesnych fazach rozwoju. Jak co roku liga zamierza pewne rzeczy zmienić lub sprawdzić, a z niektórymi sprawami nieco poeksperymentować. Zaczynamy od kwestii technicznych, choć zdecydowanie bardziej ekscytują propozycje uatrakcyjnienia gry, o których przeczytacie w dalszej części tekstu.

ZASADA TRAE YOUNGA

NBA podejmie się w przyszłym sezonie próby wyeliminowania z gry zachowań, które nie mają zbyt wiele wspólnego z koszykówką, a których rezultatem były z reguły faule drużyny przeciwnej. Chodzi tutaj przede wszystkim o celowe wymuszanie kontaktu z rywalem, z czego w poprzednim sezonie najmocniej zasłynął chyba Trae Young. Problem jest jednak dużo szerszy i dotyczy także innych zawodników jak James Harden, Stephen Curry czy Luka Doncić. Od przyszłego sezonu obrona przeciwko nim może stać się więc nieco łatwiejsza.

Najpierw jednak nowych reguł będą musieli nauczyć się sędziowie, a potem odpowiednio te reguły stosować wobec zawodników. Najważniejsze będzie określenie, czy kontakt gracza atakującego był „marginalny”, czy nie. Jeśli tak, to gra toczyć będzie się po prostu dalej. Jeśli nie, gracz atakujący musi liczyć się z odgwizdaniem mu przewinienia w ataku. Jest to więc spora zmiana, tym bardziej że jak do tej pory w zdecydowanej większości przypadków faul niemal z automatu odgwizdywano jednak zawodnikowi broniącemu.

Samą modyfikację należy jednak uznać za zwrot w dobrą stronę. Dzisiaj w NBA obrońcy i tak mają już niezwykle utrudnione zadanie, a to wreszcie ma nieco ułatwić im grę w defensywie. Stracą przede wszystkim ci najbardziej cwani zawodnicy, choć takie tuzy jak Harden czy Doncić bez wątpienia znajdą inne sposoby na oszukiwanie rywali. Od przyszłego sezonu będzie im jednak nieco trudniej. W szczególności w czwartych kwartach, gdzie tego typu sztuczki i poleganie na gwizdkach sędziego mają spore znaczenie.

BEZ PRZECIĄGANIA MECZÓW

Wprowadzenie do NBA możliwości sprawdzenia spornych sytuacji na wniosek trenera, to z pewnością jedno z lepszych rozwiązań ostatnich lat. Tzw. challenge od lat z dobrymi efektami wykorzystywany jest wszak w wielu różnych dyscyplinach sportowych i dobrze przyjął się także w koszykówce. Teraz jego znaczenie może jeszcze wzrosnąć, gdyż challenge ma być od przyszłego sezonu jedyną metodą na sprawdzenie, czy piłka wyszła poza boisko w końcówkach spotkań albo kto jako ostatni piłkę wychodzącą na aut dotknął.

Do tej pory każda tego typu sporna sytuacja (jeśli miała miejsce co najmniej dwie minuty przed końcem meczu) była automatycznie sprawdzana przy stoliku sędziowskim. NBA chce jednak skrócić czas zaciętych końcówek, które często – właśnie przez takie ciągłe sprawdzanie różnego rodzaju rzeczy i akcji – niezmiernie się dłużą. W związku z tym w sytuacjach, gdy będą wątpliwości co do tego, czy piłka rzeczywiście wyszła za linię końcową, interweniować mają tylko trenerzy. W tym celu będą musieli wykorzystać challenge.

NBA nadal szuka odpowiedniego balansu, bo z jednej strony chce, żeby każdy gwizdek był dobry, ale z drugiej strony nie chce sprawdzać każdej sytuacji. Tym bardziej że to nie tylko wydłuża czas trwania meczu, ale też niekiedy wybija drużyny z rytmu. Nowy przepis zdaje się krokiem w dobrą stronę, ale… wciąż czekamy na zmianę w obrębie samego challenge’u. Według obecnych zasad trener może bowiem zgłosić chęć jego użycia tylko raz na mecz, a nawet jeśli ma rację i decyzja sędziów zostanie zmieniona, to i tak challenge traci.

EKSPANSJA NA MEKSYK

Na razie to tylko klub w G-League, który na dodatek ze względu na pandemię na razie stacjonować będzie w Meksyku, ale to i tak duży krok. NBA nie ukrywa tego, że zależy jej na ekspansji na kolejne rynki zbytu. Jednym z takich rynków ma być Meksyk, gdzie docelowo mogłaby nawet powstać nowa drużyna NBA. Trzy dekady temu liga poszła mocno na północ i zaprosiła do gry (z różnymi efektami) dwa kluby z Kanady. I tak jak w Toronto koszykówka ma się dobrze do dziś, tak z Vancouver liga zwinęła się po sześciu latach.

Być może za jakiś czas NBA spróbuje też więc w Meksyku, gdzie od lat rozgrywa przecież mecze sezonu regularnego. Na razie liga czyni w tym kierunku kolejne małe kroki, bo od nowego sezonu w G-League (liga rozwojowa, gdzie grają kluby afiliacyjne drużyn NBA) występować będą Mexico City Capitanes, wcześniej drużyna z meksykańskiej pierwszej ligi. Cała operacja planowana była od lat i teraz wreszcie się uda. Ze względu na pandemię koronawirusa domem Capitanes będzie jednak na razie Fort Worth w Teksasie.

Od sezonu 2021/22 w G-League zadebiutują także dwa inne zespoły: Motor City Cruise (powiązani z Detroit Pistons) oraz Birmingham Squadron (powiązani z New Orleans Pelicans). Zmieni się też nieco format rozgrywek. Najpierw wszystkie drużyny wezmą udział w turnieju The Showcase Cup, gdzie każdy z zespołów rozegra co najmniej 14 spotkań. Po zakończeniu tych zmagań kluby (już bez Capitanes) rozpoczną od zera 36-meczowy sezon regularny. Finały zaplanowano natomiast na kwiecień przyszłego roku.

LIGA MISTRZÓW W NBA

NBA od lat pracuje również nad organizacją turnieju w stylu piłkarskiej Ligi Mistrzów. Nie jest to jednak łatwe, bo taki turniej musiałby odbyć się w trakcie sezonu zasadniczego, a przecież jakoś trzeba zachęcić drużyny do tego, by walczyły o zwycięstwo w takim turnieju. Nadrzędnym celem pozostaje wszak zdobycie mistrzostwa, dlatego rozgrywki musiałyby w jakiś sposób osiągniecie tego celu ułatwić, jednak nie na tyle, by podważyć znaczenie samego sezonu zasadniczego. To kwestia dla klubów. A co z zawodnikami i kibicami?

Ci pierwsi też muszą mieć powód do uczestnictwa. NBA dyskutuje więc nad tym, by nagrodą dla graczy zwycięskiej drużyn był milion dolarów na głowę. To oczywiście całkiem sporo, choć przede wszystkim dla mniej zarabiających zawodników. Największe gwiazdy i tak zarabiają dziesiątki milionów rocznie (tak za grę, jak i za umowy sponsorskie), więc taka nagroda niekoniecznie ich przekona. A skoro to ma być „koszykarska liga mistrzów”, to bez najlepszych zawodników NBA taki turniej nie będzie miał większego sensu.

Na dodatek trzeba jeszcze zachęcić kibiców, by zainteresowali się nowym turniejem. Nie zrobią tego przecież tylko dlatego, że NBA im tak powie. W tym celu turniej musiałby mieć jakiś ciekawy format albo stosować nowe zasady – tak by, odróżnić te rozgrywki od sezonu zasadniczego czy fazy play-off. To jednak kolejna skomplikowana kwestia, podobnie jak ustalenie zadowalających nagród (tak zespołowych, jak i indywidualnych). Na razie taki turniej pozostanie więc raczej tylko marzeniem komisarza Adama Silvera.

MECZ NA ŚWIEŻYM POWIETRZU

Dużo większe szanse powodzenia ma pomysł, by NBA wyszła na zewnątrz. Rozmowy w tej sprawie także są już prowadzone, a liga ma przecież w tej kwestii trochę doświadczenia. W historii rozegrano bowiem pięć spotkań na świeżym powietrzu. Po raz pierwszy w 1972 roku, choć dwa mecze przedsezonowe między Phoenix Suns a Milwaukee Bucks chyba nie przypadły większości do gustu. Ponową próbę podjęto bowiem 36 lat później z inicjatywy Suns. Oni w 2008 i 2009 roku rozegrali łącznie trzy takie przedsezonowe starcia.

Wszystkie odbyły się na kortach tenisowych Indian Wells i cieszyły się sporym zainteresowaniem. NBA specjalnie wybrała zresztą Kalifornię, by zapewnić sobie dobrą pogodę, ale ta nie dopisała, szczególnie podczas pojedynku w 2008 roku. – Było zimno jak skurwysyn – stwierdził nawet złotousty Shaquille O'Neal, ówczesny środkowy Phoenix. Na dodatek wiał silny wiatr, co przełożyło się na fatalną skuteczność Nuggets i Suns. Dość powiedzieć, że oba zespoły trafiły łącznie ledwie trzy z 27 prób z dystansu.

Liga po latach chce jednak chyba spróbować raz jeszcze. Fanom już marzy się np. pojedynek między Nets a Knicks w legendarnym Rucker Parku w Nowym Jorku. Wyjście z hal na uliczne boiska na pewno byłoby niezwykle ekscytujące, lecz dla NBA byłoby to też ogromne wyzwanie organizacyjne.

– Jest mnóstwo kwestii, w tym ryzyko kontuzji czy warunki pogodowe, które trzeba brać pod uwagę, ale rozważamy to i nadal będziemy o tym rozmawiać – oznajmił ostatnio Evan Wasch, jeden z działaczy NBA. Czyli jest szansa!

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.