NBA coraz bliżej ekspansji. Przeglądamy miasta, którym marzy się własny klub

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Seattle SuperSonics
Fot. Ronald Martinez/Getty Images

Od 2004 roku w NBA gra 30 zespołów i na razie taki stan rzeczy się utrzyma. Coraz więcej wskazuje jednak na to, że w niedalekiej przyszłości liga powita w swoich strukturach nowe kluby. Mówił o tym jeszcze przed startem ubiegłego sezonu komisarz Adam Silver. Wtedy po raz pierwszy w trakcie swojej kadencji przyznał, że poszerzenie ligi jest swego rodzaju naturalną koleją rzeczy. Przyspieszyć może to koronawirus.

NBA ma się całkiem dobrze mimo pandemii, choć pod względem finansowym wypada gorzej niż ligi NFL czy MLB. Wraca więc temat poszerzenia ligi o co najmniej dwa kolejne zespoły. W obecnym kształcie (z 30 klubami) NBA gra od 2004 roku. Wtedy do ligi dołączyli Charlotte Bobcats (od 2014 roku znani jako Hornets), a właścicieli klubu kosztowało to około 300 milionów dolarów. Dziś wartość zespołów poszybowała jednak mocno w górę i za samo wejście do NBA trzeba będzie zapłacić od miliarda do nawet półtora miliarda dolarów. Za tyle właśnie zostali ostatnio sprzedani Minnesota Timberwolves.

To jednak zainteresowanych nie odstrasza, a w kolejce ustawiło się już sporo miast. Na szczycie listy znajduje się oczywiście Seattle, co przyznał nawet sam komisarz Silver. Z ewentualnego poszerzenia ligi ucieszyć powinni się również właściciele wszystkich 30 klubów, bo „wpisowe” zostanie rozdzielone pomiędzy nich. Samo rozszerzenie ligi niesie jednak za sobą także kilka innych problemów. Trzeba będzie zapewne dokonać kilku zmian w obrębie dywizji i konferencji, a do tego przeprowadzić draft dla nowopowstałych drużyn. W ramach takiego draftu 30 klubów będzie mogło zastrzec tylko część swoich graczy.

Pozostała pula zawodników trafi właśnie do naboru, w którym udział wezmą nowe kluby. Oznacza to spore zamieszanie kadrowe. Nie wywróci to pewnie NBA do góry nogami, lecz dodanie do ligi dwóch nowych zespołów z pewnością wpłynie na ligowy krajobraz. Na ten moment nie wiadomo jednak, kiedy liga miałaby rzeczywiście się powiększyć, lecz cały proces zdaje się przyspieszać. Idealnym momentem w teorii mogłoby być wejście w życie nowej umowy zbiorowej (CBA). Ta obecna ma wygasnąć po sezonie 2023/24, choć strony mogą porozumieć się w sprawie szybszego wygaśnięcia już po rozgrywkach 2022/23.

Warto więc sprawdzić, jakie miasta mają w tej chwili największe szanse i stanowią najciekawsze dla NBA propozycje.

1
SEATTLE

Niemal pewne jest, że jeśli NBA się powiększy, to o klub w Seattle. Kibice z zachodniego wybrzeża czekają na to już kilkanaście lat. To przecież właśnie fanom SuperSonics w 2008 roku zabrano zespół i razem z jego historią przeniesiono go do Oklahomy. Od tego czasu w mieście zrobiono dużo, by NBA do Seattle wróciła. Udało się m.in. odnowić halę KeyArena (dziś nazwaną Climate Pledge Arena po wykupieniu praw przez firmę Amazon), a to był jeden z głównych powodów wycofania się NBA z Seattle. Już od sezonu 2021/22 w hali tej grać będą hokeiści Seattle Kraken, a więc nowego zespołu w NHL.

2
LAS VEGAS

NHL ma od niedawna także swój klub w Las Vegas. Utworzeni w 2017 roku Golden Knights już w swoim pierwszym sezonie awansowali do wielkiego finału i rywalizowali o Puchar Stanleya. Do miasta hazardu przenieśli się też ostatnio Raiders z ligi NFL. Nic więc dziwnego, że Las Vegas mocno stara się także o drużynę w NBA. Nie jest to co prawda największy rynek medialny, lecz spora ilość turystów powinna zapewnić na meczach dużą frekwencję. Na razie jedyna styczność miejscowych z koszykówką to coroczna liga letnia organizowana przez NBA właśnie w Las Vegas.

3
VANCOUVER

Kanada miała swego czasu dwa kluby w NBA. Raptors zostali w Toronto do dzisiaj, ale Grizzlies w 2001 roku zamienili Vancouver na Memphis. Temat powrotu NBA do jednego z największych kanadyjskich miast wraca jak bumerang, ale liga wycofała się stamtąd nie bez powodu. Małe zainteresowanie, brak gwiazd, słabe wyniki (bilans 101-359 przez sześć lat), a nawet niechęć do gry w Vancouver, czego najlepszym przykładem był bunt Steve’a Francisa wybranego przez Grizzlies z drugim numerem w drafcie 1999. Dziś jednak koszykówka w Kanadzie jest dużo bardziej popularna, więc może warto dać Vancouver drugą szansę.

4
LOUISVILLE

W stanie Kentucky nie ma żadnej profesjonalnej drużyny sportowej, ale są za to odnoszące sukcesy uniwersytety. Jest też hala KFC Yum! Center, która może pomieścić nawet 22 tys. widzów. Louisville to więc dobra baza pod klub NBA, dlatego też nic dziwnego, że miasto już kilka razy było blisko wejścia do ligi. Najpoważniej było w 2001 roku, gdy Louisville ostatecznie przegrało walkę o Grizzlies z Memphis, będąc ostatnim pokonanym kandydatem. Wcześniej miasto było gospodarzem dla koszykarzy Kentucky Colonels, którzy w latach 1967-1976 dominowali w lidze ABA, wygrywając nawet rozgrywki w 1975 roku.

5
SAN DIEGO

Jedno z największych amerykańskich miast gościło już u siebie dwa kluby w NBA. Najpierw w San Diego w latach 1967-1971 rezydowali Rockets, a potem w latach 1978-84 także Clippers. Od tego czasu miasto opuścili jeszcze Chargers z ligi NFL, którzy w 2017 roku – po 56 latach – poszli w ślady Clippers i przenieśli się do Los Angeles. Największym problemem San Diego od lat jest brak nowoczesnego obiektu sportowego, bo za taki trudno uznać halę Pechanga Arena wybudowaną w latach 60. ubiegłego wieku. Dopiero w 2020 roku zapowiedziano budowę nowej areny, która ma ułatwić San Diego wejście do NBA czy NHL.

6
HARLEM / NOWY JORK

Nowy Jork ma już dwa kluby w NBA, ale Harlem Globetrotters uważają, że im miejsce w lidze też się należy. Popularny zespół objazdowy (od 1926 roku zagrał w ponad 120 krajach na całym świecie) wystosował nawet specjalny list do władz ligi w tej sprawie. I choć trudno sobie wyobrazić, by Globetrotters do NBA dołączyli, to jednak nie można odmówić im istotnego miejsca w historii koszykówki. To także dzięki nim udało się przełamać barierę rasową w NBA (w 1948 i 1949 roku dwa razy pokonali ówczesnych mistrzów Minneapolis Lakers), a w ich barwach grali przecież m.in. Wilt Chamberlain czy Connie Hawkins.

7
MEKSYK

Skoro liga ma swój zespół w Kanadzie, to dlaczego nie podziałać także w Meksyku? Na razie NBA dodała do G-League drużynę Mexico City Captains, w ramach pięcioletniej umowy począwszy od sezonu 2021/22. W przyszłości jednak wejście na duży meksykański rynek może być naturalnym krokiem dla ligi. Nie będzie to oczywiście łatwe zadanie, głównie ze względu na sporą odległość Meksyku od obu wybrzeży. Na dodatek trzeba będzie jakoś przekonać zawodników, a przykład Vancouver Grizzlies pokazuje, że może być to najtrudniejsza część całego przedsięwzięcia.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.