Nauka zachodniej piłki. Dlaczego Krzysztofa Piątka może uratować tylko spokój

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
191116PYK244-e1604265332649.jpg
PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Polski napastnik znów pojawił się na boisku tylko na ostatnich kilka minut. Znów przeciwstawia się go lepiej grającym konkurentom. I znów szuka mu się w mediach nowego klubu. A przecież ta sytuacja daje mu szansę, jakiej dotąd na Zachodzie nie miał: wreszcie ktoś pracuje nad jego rozwojem.

Jhon Cordoba miał za sobą dwa sezony względnie regularnej gry w lidze hiszpańskiej, kiedy pierwszy raz postawił stopę na niemieckiej ziemi. FSV Mainz ani wtedy, ani dzisiaj niesłynące z wydawania dużych pieniędzy, pobiło na kolumbijskiego 22-latka rekord transferowy. W ciągu dwóch sezonów, które spędził w Moguncji, uzbierał łącznie dziesięć goli. Uchodził za napastnika dochodzącego do sytuacji, żwawego, silnego i niezłego technicznie, ale często musiał ustępować miejsca Yoshinoriemu Muto, a najlepszym strzelcem zespołu w obu sezonach zostawał ofensywny pomocnik Yunus Malli. Mimo przeciętnych osiągów Kolonia zdecydowała się zapłacić za niego 17 milionów euro, bijąc na niego rekord transferowy. Pierwszy sezon, mimo licznych sytuacji i niezłego wrażenia, jakie sprawiał, zakończył bez choćby jednego gola, a zespół spadł z ligi. Spłacać zaczął się dopiero w drugim, na szczeblu 2. Bundesligi. A dopiero w trzecim, strzelając trzynaście goli na poziomie Bundesligi, udowodnił, że nie tylko jest fajnym napastnikiem, ale jeszcze potrafi zdobywać bramki w czołowej lidze świata. Pięć lat po przyjeździe do Niemiec.

ADAPTACJA BRAZYLIJCZYKA

Matheus Cunha miał już za sobą jeden sezon gry w Szwajcarii, gdy pierwszy raz postawił stopę na niemieckiej ziemi. Rasenballsport Lipsk, słynący z wydawania wielkich pieniędzy na młodych piłkarzy, zapłacił za niego piętnaście milionów euro. W tamtym momencie tylko na czterech zawodników w historii klubu wydał więcej. Brazylijczyk pokazywał talent, ale w półtora sezonu nie zdołał w hierarchii napastników podskoczyć powyżej czwartego miejsca. Uzbierał tylko dwa gole i został sprzedany do Berlina. Hertha tylko trzech zawodników pozyskała kiedykolwiek drożej. W stolicy Cunha odżył, pokazał wielkie możliwości i trafił do seniorskiej reprezentacji Brazylii. Dwa lata po przyjeździe do Niemiec.

TRUDNA LIGA

Dziś Cordoba i Cunha to ci, których w medialnych dyskusjach przeciwstawia się Krzysztofowi Piątkowi. Oni potrafią, on nie potrafi. Oni się spłacają, on jest niewypałem. Oni strzelają, on siedzi na ławce. Tymczasem właśnie przypadki Kolumbijczyka i Brazylijczyka pokazują, ile czasem musi upłynąć, by ktoś zaczął być uznawany za chociaż przyzwoitego zawodnika w skali ligi niemieckiej. To nie są łatwe rozgrywki. Nawet jeśli się ich nie docenia. Nie każdy potrafi w nie wejść i od razu regularnie strzelać. A wręcz niewielu to potrafi. Victor Osimhen, za którego Napoli zapłaciło tego lata 70 milionów euro, w Bundeslidze jest znany jako „ten niewypał z Wolfsburga”. Arkadiusza Milika, którego w Neapolu zastąpił, w Niemczech kojarzy się jako „ten niewypał z Leverkusen”. Ciro Immobile, strzelający we Włoszech na potęgę, to u sąsiadów z północy „ten niewypał z Dortmundu”. Luuk De Jong, trafiający dla Sevilli w finale Ligi Europy, to „ten niewypał z Moenchengladbach”. Takie przykłady można by mnożyć. Z Piątkiem nie dzieje się nic dziwnego. Uczy się. Tamtejszej gry, treningów, języka. Tak, jak uczyli się Cordoba i Cunha. Jasne, że w momencie przyjazdu do Niemiec byli od Piątka młodsi. Ale obaj, tak jak on, mieli już za sobą udane przetarcia w innych europejskich krajach. A mimo to w Niemczech napotykali trudności. Dopiero po kilku rundach przebijania się w różnych klubach doszli do stanu, w którym Herthę Berlin biorą szturmem. To naprawdę nie jest tak, że każdy głupi potrafi, tylko Piątkowi nie wychodzi.

ZŁY POCZĄTEK

Dla 25-latka trwający sezon układa się źle. Niemieckie media nazywają go największym przegranym fatalnego początku sezonu. Rozgrywki zaczął od opuszczenia pucharowego meczu w Brunszwiku, bo akurat odbywał kwarantannę po wyjeździe do Bośni i Hercegowiny z reprezentacją Polski. Na inaugurację Bundesligi jeszcze wyszedł w podstawowym składzie. Hertha rozbiła Werder. Polak zagrał źle, choć był bliski strzelenia gola, trafiając w poprzeczkę. Cordoba, który go zmienił, przywitał się z nowym klubem bramką. Tydzień później Piątek jeszcze obronił miejsce w składzie, ale zszedł z boiska już w przerwie. To był jego ostatni występ w podstawowej jedenastce. 25 września, ponad miesiąc temu. Cordoba, grając pierwszy raz od początku, strzelił gola Bayernowi. Potem dołożył jeszcze trafienie w Lipsku. Ogółem w sześciu meczach w berlińskich barwach strzelił trzy gole. Tyle, ile Piątek w ostatnich pięciu miesiącach.

Pitek-Twitter.jpg
fot. Florian Pohl/City-Press via Getty Images

PROSTA HISTORIA

Często w takich przypadkach szuka się różnych dziwnych usprawiedliwień, pozaboiskowych historii i sensacyjnych wytłumaczeń. Wydaje się jednak, że ta historia jest najprostsza z możliwych. Było dwóch napastników. Jeden zaczął sezon źle, a drugi dobrze. Ten, który zaczął dobrze, z czasem grał coraz dłużej, a ten, który źle, coraz krócej. Piątek nie został odstawiony od zespołu, zesłany na trybuny. W każdym meczu wchodzi na boisko. W zależności od sytuacji na dłużej lub krócej. Ostatnio krócej. Ale wchodzi. Hertha gra jednym klasycznym napastnikiem i krążącymi za jego plecami i schodzącymi na boki błyskotliwymi ofensywnymi piłkarzami Cunhą i Dodim Lukebakio. Obaj są w stanie wykreować sobie sytuacje sami. Grywali samodzielnie w ataku, ale ich repertuar jest znacznie szerszy, niż tylko strzelanie goli. Oni są potencjalnymi konkurentami dla Piątka, ale on nie jest konkurentem dla nich. Bo nie potrafi tego, co oni.

TRUDNA RYWALIZACJA

Rywalizuje więc Polak tylko z Cordobą. Kolumbijczykiem silnym jak tur, wyższym i silniejszym od niego, umiejącym się zastawić, a do tego szybszym i lepszym technicznie. Gdyby urządzić między nimi konkurs wykorzystywania sytuacji sam na sam, czy wykańczania dośrodkowań, Piątek miałby szansę wygrać. Cordoba, co pokazywał przez lata zwłaszcza w Moguncji i w Kolonii, nie jest rewelacyjnym egzekutorem. Natomiast wszystko, co poza polem karnym, robi od Piątka lepiej. Bruno Labbadia, trener Herthy, uchodził kiedyś za trenera bazującego na dobrej defensywie i umiejętnym przesuwaniu, ale też się zmienił. Jego Wolfsburg grał ciekawy, ofensywny i oparty na posiadaniu piłki futbol. Hertha, zamierzająca dołączyć do czołówki, też ma przestać być szarakiem, dlatego Labbadia szuka ludzi nadających się do prowadzenia gry. Do akcji kombinacyjnych z Lukebakio i Cunhą znacznie lepiej od Piątka pasuje Cordoba. Ktoś taki jak Polak mógłby się przydać, gdyby Hertha była na tyle silna, by stwarzać napastnikowi sytuację za sytuacją. Tego jednak jeszcze nie potrafi. Stoi w specyficznym rozkroku. Jest już zbyt ambitna, by grać sprzyjający Piątkowi prosty futbol, ale jeszcze zbyt słaba, by mógł po prostu dostawiać nogi. Dlatego na razie przegrywa rywalizację. Do tego zespołu Kolumbijczyk pasuje lepiej. On jest jego zmiennikiem.

INDYWIDUALNA PRACA

Jednocześnie jednak Labbadia cały czas go chwali. Podkreśla, że Piątek chce się uczyć. Że na treningach wykazuje wolę walki. Trener zabiera go na indywidualne sesje wideo, w których trakcie tłumaczy mu, jak lepiej poruszać się po boisku. To także pokazuje, że wbrew ciągłym medialnym doniesieniom, w Berlinie nie postawili jeszcze na nim krzyżyka. Starają się wydobyć z niego umiejętności. Widzą je. Gdyby Labbadia miał uznać Piątka za absolutnie beznadziejnego, nienadającego się do niczego, pół roku wystarczyłoby mu, by się zorientować. W debiucie w podstawowym składzie Piątek grał w parze z Pascalem Koepkem, a ich współpraca wyglądała całkiem obiecująco. Od sierpnia Niemiec jest już piłkarzem II-ligowej Norymbergi. Labbadia uznał, że do niczego mu się nie przyda. Z Piątkiem chciał pracować dalej.

BEZ ROZWOJU

Polak poznaje zwyczajnie, czym jest życie w silnej zachodniej lidze. Do ligi włoskiej wszedł tak dobrze, że nie musiał się specjalnie rozwijać. W Genoi grał mniej więcej tak samo, jak w Cracovii, a że cały zespół posyłał wszystkie piłki do niego i każdy kolejny gol napędzał jego pewność siebie, wyszło znakomicie. W Milanie jeszcze chwilę to pociągnął, ale kiedy wraz z trenerem, zmienił się styl gry na bardziej kombinacyjny i skomplikowany taktycznie, zaczęły się problemy. W Mediolanie nie popracowali jednak nad Piątkiem, tylko od razu go sprzedali. Piątek, jeśli chodzi o status, pewność siebie, oczekiwania, był już piłkarzem Milanu, ale jeśli chodzi o umiejętności, wciąż był bardzo podobnym człowiekiem do tego z Cracovii. Wystarczy porównać jakiś mecz Roberta Lewandowskiego z czasów Lecha Poznań i dzisiejszy, by zobaczyć, ile trzeba się nauczyć, by regularnie strzelać w Bundeslidze. A Lewandowski już w momencie wyjazdu z Polski był lepszy od Piątka.

TRUDNA SYTUACJA TRANSFEROWA

Byłego gracza Pasów spotyka więc właśnie coś wyczekiwanego. Wreszcie jeden i ten sam dobry zachodni trener pracuje nad nim przez wiele miesięcy. Rozwija go. Uczy odpowiednich zachowań. Nastawia do rywalizacji o miejsce w składzie. Na każdym treningu. Na każdej gierce. W trakcie kilku minut, które dostaje. Po kolejnych spotkaniach, w których gra mało, krąży gdzieś nad Piątkiem zainteresowanie Fiorentiny. Oczywiście, że to dla wszystkich najprostsza droga. Zespół z Florencji, mający pieniądze za sprzedaż Federico Chiesy i amerykańskiego właściciela, który chce tam budować silny klub, jest jednym z nielicznych, który byłby w stanie spełnić wymagania finansowe Herthy i pomóc jej odzyskać chociaż część zainwestowanych w Piątka pieniędzy. Polak jest w transferowo o tyle niezręcznej sytuacji, że dla klubów, które byłyby nim zainteresowane, jest za drogi, a dla klubów, dla których nie byłby za drogi, jest za słaby. Fiorentina wyglądałaby więc na dość rozsądny kompromis. Ona miałaby napastnika, Piątek miałby szansę na grę, a Hercie zwróciłaby się część inwestycji.

hertha-1.jpg
 City-Press via Getty Images

FLORENCKA PUŁAPKA

A jednak jest duże ryzyko, że byłaby to kolejna czyhająca pułapka. Gdyby Hertha zgodziła się go oddać już teraz, oznaczałoby to, że Labbadia uznał, iż nic już z Piątka nie zrobi, co byłoby złą informacją. Do dość prostego futbolu Beppe Iachiniego z Fiorentiny Polak mógłby się nawet nadawać, ale tak, jak nad nim krąży widmo Florencji, tak nad Florencją krąży duch Maruzio Sarriego. Trener, prowadzący mecze zawsze w charakterystycznej czapeczce z daszkiem, jest praktycznie na wylocie z klubu i bardzo możliwe, że jego następcą będzie były trener Juventusu. Który – jak wiadomo – gra futbol doceniany przez Pepa Guardiolę, efektowny, oparty na milionie podań, wymianie pozycji i koronkowych kombinacjach. Trener, który w miejsce Milika – lepszego technicznie od Piątka – wystawiał często Driesa Mertensa, czyli fałszywego napastnika, a nie klasyczną dziewiątkę. Bardzo możliwe, że krótko po transferze do Fiorentiny Piątek znalazłby się w sytuacji jeszcze gorszej niż w Hercie. Do futbolu Labbadii musi się trochę rozwinąć i dopasować. By pasować do futbolu Sarriego, musiałby się urodzić drugi raz.

SPOKÓJ W REPREZENTACJI

Lepiej więc, żeby po prostu walczył. Sytuacja przed mistrzostwami Europy też raczej nie jest dla niego niebezpieczna. Lewandowskiego z podstawowego składu nie wygryzie, choćby nie wiem co. W jak złej sytuacji nie byłby w klubie, Milik jest w znacznie gorszej. A pozostali napastnicy i tak wydają się daleko za tą trójką. Jest więc bardzo możliwe, że Piątek, nawet grając po dziewięć minut na mecz w Hercie, będzie i tak najbardziej naturalnym kandydatem na zmiennika w ataku. To tym bardziej powinno odwodzić go od panicznych ruchów. Zwłaszcza że Hertha jest w podobnej sytuacji jak on. Też nie jest tam, gdzie chciałaby być. Też musi się jeszcze rozwijać. Jeśli Polak zabierze się do tego pociągu, ma szansę rosnąć razem z nią. Najpóźniej teraz wiadomo, że to konieczne, jeśli ma zrobić przyzwoitą karierę na Zachodzie, a nie tylko przez kolejne lata jechać na opinii wyrobionej w trakcie pierwszego roku we Włoszech.

Podziel się lub zapisz
Michał Trela
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.