Największy freelancer światowej piłki. Jak Ralf Rangnick doradza w Lokomotiwie Moskwa

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Ralf Rangnick
Fot. Reinaldo Coddou H./Bongarts via Getty Images)

Ralf Rangnick ma: 63 lata, renomę wizjonera piłki i oferty z największych klubów świata. Ralf Rangnick nie ma: globalnych sukcesów i konkretnej szufladki, do której można byłoby go wrzucić. On sam już nie wie, czy bardziej czuje się trenerem, czy dyrektorem sportowym. Ostatnio stwierdził, że nie chce pracować w klubach, tylko dla klubów. Stąd powstanie firmy doradczej, która ma pomagać drużynom, ligom i federacjom. Szlak przeciera Lokomotiw Moskwa.

Znowu robi to na swoich zasadach. Znowu zaczyna od miejsc, które doskonale zna. Miasteczko Stegersbach na południu Austrii w przeszłości było bazą dla drużyn Rangnicka, ostatnio z kolei trenował tu Lokomotiw, dla którego od lipca świadczy usługi konsultingowe. Obok pola golfowe, hotel, a w nim pokój 433, centrum dowodzenia świata z wielkim telewizorem i stosem papierów wokół. Rangnick, król komnaty, wyśmienicie czuje się jako freelancer. Media już chciały zrobić z niego dyrektora sportowego w Rosji, a to przecież bzdury – on tylko doradza, wystawia faktury i cześć.

Pięknie sobie tę niezależność wykroił. Nie będzie musiał na stałe mieszkać w Moskwie, na razie przyjrzał się jedynie drużynie podczas obozu plus odhaczył w sobotę przegrany Superpuchar z Zenitem. Ostatnio dziennikarz „Süddeutsche Zeitung” spytał go wprost: „Nie boli cię to, że od 2019 roku nie masz pracy?”. Odpowiedź brzmiała: „Mam swoje powody. Kolejny krok musiałby być większy niż to, co zrobiliśmy w Red Bullu. Niewiele klubów ma ten potencjał”. No więc na razie nie będzie dyrektorem, będzie szefem firmy. Wspólnikiem jest Lars Kornetka, człowiek, który stworzył analizę wideo w Hoffenheim, przez lata stał się głównym powiernikiem RR w Lipsku, a ostatnio pracował jako drugi trener w PSV Eindhoven.

WIEDZA NA SPRZEDAŻ

Rangnick pierwszy raz z szefami Lokomotiwu spotkał się w marcu. Propozycja zawierała zrobienie analizy funkcjonowania klubu i zespołu. Dostał dostęp do wszystkich możliwych danych, miał wskazać największe bolączki, właśnie wtedy pomyślał, że mógłby z tego zrobić coś cyklicznego. Dzielić się wiedzą za pieniądze bez przywiązania do jednego miejsca. W samym 2021 roku odebrał telefony z kilku krajów z pytaniami na temat funkcjonowania Red Bulla. Świat widzi w nim mentora, a to już fundament do skutecznej monetyzacji.

– W branży jestem od 36 lat. Nie wiem, czy jest ktoś z podobnym doświadczeniem, który stworzył w piłce firmę konsultingową – mówi Rangnick w długiej rozmowie z „Süddeutsche Zeitung”.

To jest zresztą wspaniały wywiad. Są w nim słowa skierowane do ligi i federacji („Nie odzyskamy futbolu ulicznego, ale musimy włączyć jego elementy do szkolenia”). Są propozycje współpracy z piłkarzami albo trenerami. Jest też mnóstwo refleksji na temat wielkich klubów jak Schalke, Hamburg i FC Koeln, które od lat błądzą, bo struktura i ego ludzi tam zarządzających nie dopuszcza głosów z boku. Niemcy mogą pochwalić się ostatnio małymi klubami, które potrafią być skuteczne i robią swoje jak choćby Augsburg. Krótkie ścieżki decyzyjne nie tworzą dookoła zamętu. Przejrzysty plan plus brak kopania dołów pod ludzmi pcha te kluby do przodu, nawet jeśli pieniądze i jakość graczy nigdy nie pozwolą przebić im pewnych sufitów.

Rangnick jako budowniczy dwóch świetnych projektów Hoffenheim (2006-11) i Lipsk-Salzburg (2012-19) był w ostatnim czasie łączony z Chelsea, Schalke, Eintrachtem i reprezentacją Niemiec. Najbliżej było mu do Milanu, o którym mówi, że naprawdę widział w nim potencjał. Nauczył się nawet języka, po czym całe tamtejsze środowisko stanęło na głowie, by murem odgrodzić się od obcych wpływów. Jego porażką było to, że chciał być jednocześnie trenerem i dyrektorem sportowym. Komunikował to w taki sposób, że Paolo Maldini radził mu, by zanim sięgnie po słownik najpierw nauczył się kultury, a Andrea Bergomi stwierdził wprost, że facet przyzwyczajony do Niemiec, chce w Mediolanie sięgnąć po władzę, która we włoskim futbolu nie istnieje.

NIEPOPULARNA SCIEŻKA

Dzisiaj Rangnick otwarcie przyznaje, że Milan był klasycznym klubem ze złą strukturą, z mnożeniem bytów w piramidzie i ludźmi, którzy negocjują, choć na końcu i tak nic od nich nie zależy. – Jeśli siedzę z przewodniczącym rady nadzorczej i dwie godziny po spotkaniu wszystko jest w Internecie, to znaczy, że coś jest nie tak – mówi RR.

Nie ukrywa, że w pewnym momencie trochę znalazł się na rozdrożu. Porównuje ten moment do tego, gdy gdy miał 25 lat, awansował do drugiej ligi z Ulmem, ale w tym samym czasie kończył też studia i dostał się na kurs trenera. Miał na stole pierwszy profesjonalny kontrakt. Ceną były studia i kurs – to wtedy uznał, że nie chce być profesjonalnym graczem, wybrał mniej popularną ścieżkę, ale to była ścieżka, którą czuł i która ostatecznie zaniosła go do miejsca z dzisiaj. Teraz też wybiera niekonwencjonalnie. Umowę z Lokomotiwem podpisał na trzy lata, a to dopiero początek konsultingu.

Rangnick jest specyficzną postacią w piłce. Gdyby zajrzeć mu w trenerskie CV, to wielkiej gabloty byśmy z tego nie uzbierali. Puchar Intertoto ze Stuttgartem i Puchar Niemiec z Schalke – to w zasadzie tyle. On nie budował marki na tym jakim był trenerem, to etykietka budowniczego całych klubów wyniosła go na szczyty. To dlatego w Milanie negocjował z pozycji siły. I dlatego żartuje się, że jedynym dyrektorem sportowym, z którym może się dogadać trener Rangnick, jest dyrektor Rangnick.

Niewielu jest w piłce ludzi, którzy potrafią szukać pomocy psychologów, by ci najlepiej połączyli w pary piłkarzy, ewentualnie zasugerowali, jakich konfiguracji unikać. A on to robi. Zmienia układy stołów w jadalni. Bada wpływ telefonów na interakcje między graczami. Przypatruje się piłce i ludziom tak głęboko, że Dietrich Mateschitz, szef imperium Red Bulla, ponad dekadę temu powiedział: to musi być on, to on nam zbuduje najbardziej fascynujący projekt piłkarski na świecie.

To jest już zresztą znana w Niemczech anegdota. To, jak Rangnick dostał telefon od Mateschitza i w pośpiechu prosił przyjaciela, by ten udostępnił mu dach hotelu we wsi Kleinaspach. Helikopter miał wylądować za dwie godziny, chwilę potem zaczęły się najważniejsze rozmowy w życiu Rangnicka. Dzisiaj korzysta z tych zdobyczy. Nikt mu nie odmówi doświadczenia i sukcesów. Pracę w Austrii rozpoczął w 2012 roku, a już dwa lata później powstał bajeczny ośrodek treningowy, kolejne mistrzostwa i miliony z transferów. Budował na gołej ziemi, z pełnią władzy, tak jak lubi, co jest też jego przekleństwem, bo przecież dzisiaj niewielu jest klubów, które mu na to pozwolą. Lata lecą, a drugi Mateschitz może nie zapukać.

FUTBOL PRZESTRZENNY

Peter Kummel z „Die Zeit”, który obejrzał niedawno z Rangnickiem finał Włochy – Anglia mówi, że to nie jest tylko wizerunek, na którym Rangnick jedzie od lat. On faktycznie na piłkę patrzy jakby dorwał się do teleskopu i czytał konstelacje gwiazd. U niego mecz wygląda jakby ktoś dodał do niego głębię przestrzenną. Rangnick natychmiast zauważa nierównowagę w strukturze gry, wychwytuje graczy „poza grą” i nieustannie upiera się, że w piłce najważniejsze jest osiem sekund po przechwycie piłki. Jeśli szybko potrafisz wykorzystać moment zagubienia rywala, masz do tego wykonawców i schematy powtarzane w głowie i na treningu, to jesteś w domu. Jak Anglia przy akcji Trippiera i golu Luke’a Shawa.

Rangnicka uwielbia patrzeć na piłkę jak trener, wciąż się nim czuje, choć wie, że bez dodatku w postaci funkcji dyrektora sportowego na ławkę nie wróci. Mówi, że to na czym aktualnie się koncentruje to „clubbuilding”. Nie chce tworzyć agencji menedżerskiej jak niektórzy sugerowali. Takich jest już mnóstwo, tymczasem konsulting w piłce wciąż ma pola do zdobycia. Nazywa to małym, nowoczesnym butikie. Do tego bez wyłączności na Lokomotiw. Rangnick mówi, że docelowo chciałby mieć kilku klientów, a jedynym limitem jest to, by nie były to drużyny z tej samej ligi. W tej chwili negocjuje z dwoma klubami. Jest to innowacja w piłce: być trochę jak dyrektor sportowy, a z drugiej strony móc mówić, że ja tu tylko doradzam.

– Co byś doradził reprezentacji Niemiec przed mundialem w Katarze? – padło pytanie w „Süddeutsche Zeitung”. Rangnick na początku skrytykował Loewa, że zrobił sobie losowy miks piłkarzy, nie patrząc na to, czy grają na swoich optymalnych pozycjach. Wypunktował brak agresywnego odbioru w środku, bo przecież Guendogan i Kroos przyzwyczajeni są do tego, że w klubach mają klasyczną szóstkę, która robi to za nich. Na końcu zerknął w przyszłość, mówiąc, że selekcjoner jak Hansi Flick nie powinien być tylko „wybieraczem” piłkarzy.

– To powinna być praca na pełen etat, poświęcenie dziesięciu godzin dziennie Co tydzień odwiedzanie innego klubu, by poznać pomysły i problemy trenerów, znać każdy detal szkolenia i każdy talent czyhający w zakamarkach. Trener reprezentacji musi być kanclerzem piłki, musi pokazywać swoją obecność. To nie jest krytyka Jogiego Loewa, po prostu u nas tak było zawsze od 60 lat. Ale właśnie ta mentalność „zawsze tak było” jest najgorsza, jest błędem. Jeśli mówimy o rozwoju, to zacznijmy od tego – mówi Rangnick i chyba nie da się z nim nie zgodzić. Nie tylko w kontekście Niemiec.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.