Najpiękniejsza karuzela w mieście. Maestro Gasperini uczy jak lepić gwiazdy

Zobacz również:Osobowość, pewność siebie, technika. Sebastian Walukiewicz i rok na wielki skok
Serie A. Atalanta - Gian Piero Gasperini
Fot. David Ramos/Getty Images

Nie robi z życia otwartej księgi, nie stroi się w szaty króla. Dla niedzielnych kibiców wciąż pozostaje nieznany, a przecież to jego Atalanta zrobiła nam Euro. Gian Piero Gasperini jest jak lekko porysowany winyl, z którego zawsze słychać rockowego kopa. Gosens, Maehle, Freuler i inni turniejowi bohaterowie doskonale znają tę muzykę.

Strzelali więcej niż Liverpool i Real, dużo częściej od Barcelony lub Bayernu. Piłkarze Atalanty zajęli czwarte miejsce pod względem goli na Euro. Gian Piero Gasperini niby lato spędził przed telewizorem, a potem i tak wyskakiwał z lodówki. To był turniej z jego logiem i pod dyktando jego idei. Są trenerzy, którzy mając Ferrari i tak jeżdżą po zabudowanym i poniżej limitu prędkości. On odwrotnie, przyzwyczaił, że cokolwiek wpadnie mu w ręce, zawsze pędzi na maksa. Taki właśnie był ten miesiąc. Euro imienia maestro Gasperiniego.

Wygląda jak sympatyczny dziadzia. Jak włoska wersja siwego Lesliego Nielsena z „Nagiej Broni”. Szczupły i niski, dość niepozorny jak na te wszystkie historie o kopnięciu pracownika Sampdorii w tunelu i krzykach głośniejszych od Gennaro Gattuso. Gasperini nie jest bratem łatą, to pewne. Ale już piąty rok robi w Bergamo cuda, pokazując, że nawet w erze Nagelsmannów i Amorimów uznanie można zyskać nawet po sześdziesiątce.

Nigdy nie był wielkim piłkarzem. Nigdy nie pracował poza Włochami. Pewnie nigdy nie będzie miał marketingowego zasięgu na sześć kontynentów. Ale już teraz jest trenerskim unikatem, o którym Pep Guardiola mówi: „Granie przeciwko jego ekipie to jak wizyta u dentysty”.

WRZÓD NA TYŁKU

To nie przypadek, że w trakcie Euro u Niemców najlepszy był Robin Gosens. Że inny wahadłowy, Joakim Maehle był objawieniem Duńczyków. Że u Włochów dobre zmiany dawał Matteo Pessina, ważnego gola dla Chorwatów strzelił Mario Pasalić, a jedyne zwycięstwo dał Rosjanom Aleksiej Miranczuk. Ośmiu na dziewięciu graczy Atalanty grało w fazie pucharowej. I wszyscy wyglądali jakby byli sterowani padem w rękach „Gaspa”. Zawsze był wierny swojemu credo. Zawsze chciał gry z trójką obrońców i wahadłowymi - to dlatego minione Euro momentami wyglądało jakby trenerzy reprezentacji ukradli mu notatki.

Pięć lat temu dziennikarz Gianni Mura z dziennika „La Repubblica” spytał go: „Co pierwsze przychodzi ci do głowy, kiedy myślisz o Atalancie?”. Gasperini, zanim odpowiedział, najpierw pokazał mu zdjęcie dzieci na stadionie. – Widzisz jak się śmieją? Przypominają mi moje dzieciństwo, kiedy do wioski przyjeżdżało wesołe miasteczko i karuzela. My w Bergamo też jesteśmy taką karuzelą, najpiękniejszą w mieście i nikt nam nie mówi, kiedy mamy z niej wysiąść – uśmiechał się Gasperini.

To jest przykład fascynującej drogi. Tego, jak dużo potu trzeba przelać na dole piramidy, by kiedyś wdrapać się na górę. Jak ważne jest znajdowanie dobrych mentorów. I że od początku trzeba mieć grubą skórę, choćby wtedy, gdy nie masz życia w Neapolu, bo zapomniałeś zdjąć obrączkę i rozciąłeś wargę Diego Maradonie. Tamtego dnia, wiosną 1989 roku Gasperini, jeszcze jako piłkarz, pierwszy raz znalazł się w centrum uwagi. Wcześniej długo balansował na granicy Serie B i C. Wielką scenę zobaczył dopiero w Pescarze i do dziś najbardziej pamięta mu się to, że wysłał Diego do dentysty. Jego były trener Giovanni Galeone, mentor m.in. Maxa Allegrego mówi: „Nigdy nie widziałem piłkarza, który tyle mówił o taktyce. W pracy wybredny, wrzód na tyłku. No i nerwowy. A to przecież Wodnik!”.

TWIERDZENIE PITAGORASA

Jest człowiekiem północy, pochodzi z Grugliasco pod Turynem. Jedną trzecią życia spędził w bieli i czerni, już jako dziesięciolatek trafiając do akademii Juventusu. Był nawet mistrzem Włoch do lat 17, opuszczał getry do kostek jak Omar Sivori, grywał z młodym Paolo Rossim. A potem pech chciał, że w dorosłej kadrze Juve ani razu nie zagrał w Serie A. Trenerki też nie powąchał, choć dziewięć lat spędził trenując zespoły młodzieżowe.

Gdy zaczynał miał 35 lat, był świeżo po epizodzie pracy jako doradca emerytalny. – Nigdy nie myślałem, że będę trenował dorosłych – mówił w „Sportweek”. To on wynalazł talenty Claudio Marchisio i Sebastiana Giovinco. Już wtedy kształtował się w nim profil trenera, który lubi rozglądać się wśród młodych i wyciągać tych, którzy będą rośli. Dzisiaj wielu piłkarzy jak choćby Stephan El Shaarawy wprost mówi: „To Gian Piero dał mi szansę w Genui. Coś we mnie zobaczył”.

Najpierw to jednak Gasperini sam musiał zostać zauważony. Pracę w Genoa CFC dostał dopiero w 2006 roku, 12 lat po tym jak zaczynał rozstawiać pachołki na treningach z młodzieżą. Chwilę wcześniej było Crotone i awans do Serie B. To tam, w mieście Pitagorasa, mówiono, że objawił się trener, co objaśnia piłkę jak matematyk.

W Genui zrobił awans do Serie A, za moment poprawił grą w Lidze Europy. Zyskał przydomek „Gasperson” nawiązujący do Alexa Fergusona, a Jose Mourinho powiedział: „Spotkałem trenera, który ma otwarte oczy. Cztery razy zmieniałem ustawienie przeciwko niemu. I on za każdym razem reagował”. Genoa zremisowała 0:0, choć grała w dziesiątkę. To m.in. tego typu mecze budowały Diego Milito i Thiago Mottę, którzy za moment powędrowali do Interu.

Gasperini też w końcu wylądował w Mediolanie, w 2011 roku, zaraz po Benitezie i Leonardo, dobrze wiedząc, że zespół wciąż wzdycha do złotej ery Mourinho. To nie był dobry czas na zmiany, ale skoro przyjechał większy pociąg, to trzeba było wsiadać. Do dziś jest jedynym trenerem Interu, który nie wygrał żadnego meczu.

Co gorsze, na odbicie się podpisał cyrograf z Palermo. Maurizio Zamparini, pożeracz trenerów, w ciągu 32 lat zwolnił ich 51. Gasparini wytrwał siedem miesięcy, zresztą zwalniany był dwukrotnie, co tylko dopełniło sycylijską szopkę. Po latach nazywa to najgorszym okresem w karierze. Kolejna zawodowa klapa zbiegła się ze śmiercią rodziców: najpierw matka, potem ojciec, wszystko w ciągu 25 dni. – Byłem przygnębiony, nie wiedziałem, co się dzieje – mówił.

RYSUNEK PIĘCIOLATKA

Nigdy potem nie było już gorzej. Kolejne podejście w Genui i trzy lata stabilizacji ugruntowały jego nazwisko na rynku, a następny krok w Atalancie uruchomił windę w górę. Bergamo od powrotu do Serie A w 2011 roku nigdy nie widziało miejsca wyższego niż jedenaste. Gasperini odhaczył kolejno czwarte, siódme i dwa razy trzecie. Wygrywał 5:0 z Milanem albo 7:1 z Udinese. Dał Bergamo wieczory z Ligą Mistrzów, dzięki którym co trzeci ze 120 tysięcy mieszkańców wyruszał do Mediolanu, by przeżyć magię jak wtedy, gdy Atalanta ograła 4:1 Valencię, a w końcówce za obrońcę wszedł napastnik Duvan Zapata.

W rewanżu Włosi pokazali światu cztery gole Ilicicia. Słoweniec na treningach był kiedyś nazywany „babcią Josip”. Gasperini śmiał się, że wyglądał jak emeryt, ale ostatecznie tak mocno zwiększył mu intensywność treningów, że stworzył nowego gracza. Luis Muriel w Bergamo też musiał pstryknąć przełącznik w głowie, skończyły się wycieczki do Ameryki Południowej i powroty z oponą na brzuchu.

To się dzieje tutaj za każdym razem. Gasperini lubi powtarzać, że każdy trener zanim dobierze się do zawodnika, najpierw musi wybrać odpowiednie wiertło. On ulepił na swoją modłę Maehle i Spinazzolę, on godzinami przesiadywał z Gosensem, by wyjaśnić mu rolę wahadłowego. Niemiec mówił o tym w rozmowie z „The Athletic”: o tym, że taktyka u Gasperiniego jest najgorsza, sesje ciągną się przez trzy godziny, ale nikt już nie marudzi, bo wszyscy widzą, że to naprawdę ma sens. – Non stop siedzieliśmy przy laptopie i analizowaliśmy moje błędy, dlaczego byłem za daleko od piłki i dlaczego za późno się włączałem. To Gasperini i Mauro Fumagalli pokazali mi jak i kiedy poruszać się po skrzydle, by być najniebezpieczniejszym dla rywala – mówił Gosens.

Papu Gomez, jeszcze zanim pokłócił się z Gaspem, przyznał otwarcie, że treningi w Atalancie są tak ciężkie, że mecz wydaje się dniem wolnym. Ale z czasem zaczynasz to lubić. Widzisz, że karuzela kręci się w najlepsze i że nogi same cię niosą. To jest też siłą tej drużyny: nigdy nie wiesz, który zawodnik w jakiej strefie się pojawi. Futbol Gasperiniego jest jak rysunek dziecka pełnego ekspresji. Wolność. Nieustanny ruch. To piłka z piekła rodem, w kurzu albo błocie, po kocich łbach – zawsze do przodu.

Latami najwięcej inspiracji czerpał z Holandii. – Akademia Juventusu w latach 90. słabo płaciła, ale przynajmniej wysyłała mnie na staże – mówił w „La Repubblice”. Miał szczęście, bo trafił na najbardziej płodny okres Oranje i na trenerów jak Louis van Gaal, którego wizja piłki mocno pokrywała się z tym, co wiedział z bliska u Enrico Catuzziego, trenera Pescary, wizjonera jak Sacchi, tylko bez tych samych sukcesów i sławy.

Pescara to jest w ogóle fenomen. Miasto przy Adriatyku często nazywane jest włoskim tyglem ofensywnej piłki. Tutaj wychował się Eusebio Di Francesco, półfinalista Ligi Mistrzów z Romą. Tutaj swoje kontrkulturowe idee wykluwali Zdenek Zeman i Maurizio Sarri. Gasperini jest kolejnym w sztafecie. To tacy jak on wylewali fundamenty pod kadrę Roberto Manciniego.

TEORIA JORDANA

Włosi widzą dziś w trenerze Atalanty kogoś, kto inspiruje. Żartują że młody trener z Coverciano nie chce być już architektem smutnych szarych bloków pod miastem, on chce kreacji i estetyki. Czegoś po czym kibice i środowisko powiedzą: „Wow!”. Gasperini lubi zarzucać graczy nośnymi hasłami, rok temu w szatni wywiesił motto Michaela Jordana: „Spudłowałem prawie 9000 razy w mojej karierze. Przegrałem prawie 300 meczów. 26 razy nie trafiłem, kiedy miałem oddać decydujący rzut. Ciągle zaliczałem w życiu porażki. I to dlatego osiągnąłem sukces”.

Próby i nieustanne wstawanie z kolan to rzeczy wpisane w jego DNA.

Atalanta nie zawsze podejmuje dobre decyzje. Często gra na ryzyku, osłania bramkę ledwie dwoma zawodnikami. Ale nikt nie powie o niej, że jest „nijaka”. To klub z klarownym planem trenera, skuteczną polityką transferową i świetną współpracą z władzami miasta. Bergamo jest dziś jak Parma w latach 90. Nie czeka aż ktoś znajdzie ją na mapie, sama co tydzień każe ludziom kręcić globusem albo śledzić Google Maps. Rok temu w meczu z PSG kilka minut dzieliło ją od półfinału Ligi Mistrzów. A przecież ciągle mówimy o zespole, który Gosensa wyjął z Heraclesu Almelo za kwotę miliona euro.

Ta bajka prędko się nie skończy. Gasperini niedawno został honorowym obywatelem miasta. W każdym wywiadzie opowiada jak bardzo pokochał Bergamo i jak świetnie dogaduje się z prezydentem Antonio Percassim. Na temat związków z piłkarzami mówi: – Nie jestem ich spowiednikiem. Nie szukam na siłę dialogu. Jeśli coś do mnie mają, to wiedzą, gdzie mnie szukać.

Tyle mówi się dziś o empatii trenerów, a on dalej retro.

Dwa lata temu pięknego wywiadu „Corriere dello Sport” udzieliła jego żona. W tajemnicy, z okazji sześćdziesiątych urodzin, wypunktowała, jaki naprawdę jest Gasperini. Po pierwsze – zero dyplomacji, zawsze mówi prosto z mostu. Po drugie – król sofy, nieustannie z laptopem na kolanach i stosem notatek wokół. Czasem o czwartej potrafi wyjść z łóżka i odpalić komputer w salonie, bo właśnie coś sobie przypomniał. Po trzecie – nie ma czasu na przyjaciół spoza piłki. No i ciągle odrzuca oferty z Chin. – Azja? Mam nadzieję, że nigdy mi tego nie zrobi – mówi Cristina Gasperini.

Włoscy dziennikarze spekulują, że w przyszłości jest tylko jedna szansa, że samowolnie zrezygnuje z Atalanty. Musiałby zapukać Juventus, klub z dzieciństwa i niespełniony sen od dekad. Historia czeka, być może kiedyś do tego dojdzie. Ale najpierw trzeba ulepić jeszcze kilku piłkarzy. No i dalej kręcić najpiękniejszą karuzelą w mieście.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.