Wielcy mistrzowie i spełnione nadzieje na lepsze jutro. Najlepsze „jedynki” draftu w historii

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Tim Duncan
Fot. Ronald Cortes/Getty Images

Posiadanie numeru 1 w drafcie w amerykańskich ligach uważane jest za bilet do lepszej przyszłości. O niektórych dostępnych zawodnikach już wcześniej mówi się, że odmienią losy tej drużyny, która dostanie prawo ich wyboru. Nie zawsze okazuje się to prawdą, ale wymienione w tym tekście przypadki to akurat dobitnie potwierdziły.

Idea draftu jest nierozerwalnie związana z amerykańskim rozumieniem zawodowego sportu. Dla nas, z europejskiego punktu widzenia, to koncepcja dość obca, szczególnie, że zaplecze akademickie w sporcie nie ma u nas tak dużych tradycji w USA.

Zawodowe ligi tzw. wielkiej czwórki (NFL, NBA, MLB, NHL) są zamknięte i tylko w części z nich kluby mają swoje filie w ligach rezerwowych albo niższych. Zanim jednak ktokolwiek trafi do tych zespołów, przechodzi przez sito sportowe w tracie nauki w szole. Przykładowi Los Angeles Lakers nie wysyłają skautów na uliczne boiska w Kalifornii, by znaleźć uzdolnionego 12-latka i zaoferować mu treningi w swojej akademii. Cały system opiera się na sporcie szkolnym, a później uczelnianym. To sprawia, że talenty mają w teorii nie przepadać.

Draft to ostatnia prosta. Co roku aktywnie uczestniczy w rozgrywkach akademickich około 400 tysięcy studentów, ale tylko mała cząstka z nich przechodzi na zawodowstwo. Ci, którzy to robią, trafiają do wybranych lig poprzez nabór, którego zasady są proste – najgorsza drużyna poprzedniego sezonu zdobywa wybór numer 1. W ligach zawodowych w USA chodzi bowiem o to, by jak najbardziej wyrównywać szanse. Po to w większości z nich istnieje salary cap, czyli limit płacowy, a możliwość wybrania najlepszego w teorii dostępnego zawodnika z uczelni co roku ma pozwalać najsłabszym zmniejszać dystans.

Drużyny wierzą, że „jedynka” draftu to bilet do lepszej przyszłości. Nie zawsze tak bywa – zawodowe ligi znają wiele niewypałów z wysokimi numerami. Ale dziś skupimy się na tych, którzy faktycznie odmienili kluby, do których trafili i faktycznie okazywali się filarami przyszłych sukcesów. Pod uwagę bierzemy ligi NBA, NFL i NHL, a większe szanse na wyróżnienie mają ci, którzy do triumfów prowadzili te zespoły, przez które zostali wybrani.

1
TIM DUNCAN

The Big Fundamental. Mało który z wybitnych zawodników w historii NBA prezentował tak nudny, schematyczny styl gry, a jednocześnie był w nim tak skuteczny. Kareem Abdul-Jabbar miał swój rzut hakiem, a Tim Duncan słynny rzut od tablicy. I nikt nie miał na niego żadnej odpowiedzi. Dla niego liczył się efet, a nie styl. Treść, nie forma.

Duncan trafił do San Antonio Spurs z nr 1 draftu NBA 1997 dość niespodziewanie. Przez siedem wcześniejszych lat ekipa z Teksasu wchodziła do play-offów i choć jej największym sukcesem był jeden finał konferencji, to można było ją zaliczać do szerokiej ligowej czołówki. Na pewno nie typowano ich do wysokich wyborów w drafcie. Wtedy jednak w sezonie 96/97 kontuzji doznał lider drużyny David Robinson, z tej racji rozegrał tylko sześć spotkań i Spurs mieli gigantyczne problemy. Skończyło się 20 zwycięstwami. Zabrakło ich w play-offach, ale los dał im Duncana, a ten wraz z trenerem Greggiem Popovichem, Robinsonem i całą plejadą bardzo dobrych koszykarzy na czelem z Tonym Parkerem i Manu Ginobilim zadbał o to, by od tego momentu historia się nie powtórzyła. Wystarczy powiedzieć, że seria Spurs pod względem awansów do play-offów zakończyła się dopiero w 2020 roku.

Duncan grał w San Antonio przez 19 sezonów. Doprowadził drużynę do pięciu mistrzostw NBA, 15 razy wybierano go do Meczu Gwiazd, dwa razy uznawano MVP sezonu, trzy razy MVP finałów i tuż po zakończeniu kariery włączono do Hall of Fame. Dla wielu to najlepszy silny skrzydłowy w historii. Spurs nie mogli przypuszczać, że jeden fatalny sezon pośród innych udanych sprawi, że dostaną wybór w drafcie, który zapoczątkuje najlepszy okres w historii klubu.

2
MAGIC JOHNSON

Los Angeles Lakers to na warunki NBA instytucja. 17 razy zdobywali mistrzostwo i praktycznie zawsze mieli w składzie przyszłe legendy NBA. Gdyby trzeba było – wzorem słynnej amerykańskiej Góry Rushmore – wyryć wizerunki czterech najwybitniejszych koszykarzy w ich historii, lista kandydatów byłaby długa. Ale jedno jest pewne – bez Magica Johnsona nawet nie byłoby sensu brać do ręki dłuta.

Lakers wybrali go z nr 1 draftu 1979. Fakt, że w ogóle mieli tam swój los – choć grali w play-offach – wynikał z tego, że trzy lata wcześniej podczas wymiany za Gaila Goodricha do LA trafiły wybory Utah Jazz z pierwszych rund draftów 1977, 78 i 79. To ekipa z Salt Lake City miałaby „jedynkę”, gdyby nie pozbyła się tego wyboru trzy lata wcześniej, a tak trafił on do silnych i większych medialnie Lakers. Wybór Magica nie był jednak taki pewny. Ówczesny generalny menedżer Lakersów, Jerry West, uważał, że korzystniejsza będzie wymiana z kimś nnym, zejście o parę miejsc w dół i wzmocnienie większej liczby pozycji. Rzecz jednak w tym, że nowym właścicielem klubu został wtedy Jerry Buss i jego plan był inny: zrobić trochę szumu. Wymiana, owszem, nie jest zła. Ale w Hollywood liczy się splash, a Johnson go zapewniał.

Wysoki rozgrywający przeszedł do historii NBA. Przez pierwszych 12 sezonów z rzędu był wybierany do Meczu Gwiazd, pięć razy zdobywał mistrzostwo NBA, był MVP trzech finałów i dwóch sezonów zasadniczych, a także 10-krotnie znajdował się w drużynie roku. Razem z Abdulem-Jabbarem i Jamesem Worthym stworzył słynnych „Showtime Lakers”, którzy stali się symbolem NBA w latach 80. Później jego karierę przerwała diagnoza i wykrycie wirusa HIV w wieku zaledwie 31 lat Magic zniknął z NBA na cztery pełne sezony. Wrócił jeszcze w rozgrwykach 1995/96 i zakończył karierę. To bez wątpienia „jedynka” draftu, która wybiła Lakers na wyższy poziom – zarówno sportowo, jak i w świadomości wszystkich kibiców sportu na świecie.

3
LeBRON JAMES

Pozostajemy w NBA, choć jesteśmy w nowszych czasach. LeBron James to wyjątkowy przykład sportowca, któremu wielkość pisana była od najmłodszych lat, a on tę odpowiedzialność udźwignął. W 2003 roku z nr 1 w drafcie wybrali go Cleveland Cavaliers, choć LeBron był wtedy nastolatkiem, który do ligi wchodził prosto z liceum. Wielu w takich chwilach zjada presja, ale nie jego i dziś dyskusja o tym, kto jest lepszy – LeBron James czy Michael Jordan – jest zasadna.

LeBron, w przeciwieństwie do Duncana i Magica, nie grał przez całą karierę w jednym klubie. Cavs opuścił siedmiu latach, w trakcie których sam został supergwiazdą NBA, ale drużyna doszła do finałów zaledwie raz. Później była słynna „Decyzja”, pamiętny tercet z Dwyanem Wadem i Chrisem Boshem w Miami, zdobyte tam dwa tytułu i... powrót do Cleveland. Fani, którzy palili jego koszulki w 2010 roku tym razem witali go jak syna marnotrawnego i świętowali z nim mistrzostwo NBA w 2016 roku – pierwsze dla zawodowego sportu w mieście od 52 lat.

Dziś LeBron dokłada kolejne sukcesy do bogatej kariery w Lakers. I choć w Cleveland zdobył tylko jedno ze swoich czterech mistrzostw NBA, to spędził tam najwięcej sezonów i sprawił, że Cavaliers stali się liczącą siłą w XXI wieku. Za to, ale przede wszystkim za wielką sportową karierę niezależnie od klubowych barw, miejsce w tym zestawieniu należy mu się bez wątpienia.

4
PEYTON MANNING

Przechodzimy do ligi NFL, gdzie bezsprzecznie najlepszym wyborem nr 1 w drafcie w historii jest Peyton Manning. Indianapolis Colts sięgnęli po niego w 1998 roku, a jego wybór pokazuje, jak jeden gracz potrafi czasami wszystko zmienić. Colts od połowy lat 80. byli jedną z najgorszych drużyn w lidze – zanim wybrali Manninga z „jedynką”, mieli osiem wyborów w TOP5 draftu od 1985 roku. Niemal żaden wybrany przez nich z nimi futbolista nie zrobił kariery, a niektórzy to wręcz historyczne niewypały.

O Manningu wiadomo było jednak, że będzie klasowym rozgrywającym. Inteligencja boiskowa, nienaganne przygotowanie do meczów, rozumienie zagrywek, ciężka praca, znakomita technika rzutu – on po prostu miał wszystko. Już w sezonie debiutanckim pobił rekord w liczbie przyłożeń dla gracza w pierwszym roku w NFL, ale Colts osiągnęli słaby bilans 3-13. Manning postanowił skupić się na wyeliminowaniu błędów i od sezonu 1999 mogliśmy mówić o elitarnym QB. W ciągu roku Colts poprawili bilans na 13-3 i do 2011 roku, kiedy rozgrywający opuścił drużynę, osiągali dwucyfrową liczbę zwycięstw w sezonie zasadniczym aż 11 razy. On sam był w tym czasie czterokrotnie wybierany jako MVP. Zdobył też z Colts Super Bowl.

Manning odszedł z Indianapolis po 13 latach, kiedy jego kariera stanęła pod znakiem zapytania przez uraz kręgów szyjnych i nerwu kręgosłupa na tym odcinku. Wrócił do zdrowia, jednak Colts bez niego byli tak słabi, że... dostali nr 1 draftu i wybrali Andrew Lucka, nazywanego największym talentem od czasu Peytona Manninga, a swojej legendzie pozwolili odejść. Manning wylądował w Denver Broncos i tam dołożył dwie wizyty w finale, w tym jedną zwycięską, a po niej w lutym 2016 roku zakończył karierę. To jeden z największych rozgrywających w historii NFL.

5
JOHN ELWAY

Nietypowa historia i lekkie naciągnięcie zasad tego zestawienia, ale kto nam zabroni? John Elway bowiem w drafcie NFL 1983 został wybrany przez (jeszcze wtedy) Baltimore Colts, jednak zapowiedział, że nie wystąpi dla tej drużyny. Oficjalnie straszył ich możliwością zawodowej gry w baseball, ale w rzeczywistości miał złe zdanie o zarządzaniu klubem i w sumie jego przeczucie okazało się dobre – rok później Colts w kontrowersyjnych okolicznościach przenieśli drużynę do Indianapolis, a tam przez blisko 15 lat do wybrania Manninga szło im fatalnie.

Elwaya oddano więc do Denver Broncos, tam spędizł całą karierę i z nim w składzie drużyna wybiła się na wyższym poziom. Doszła do trzech finałów w cztery sezony (1986-89) i głównie napędzał ją rozgrywający. Elway słynął z odważnej gry, często potrafił odrabiać starty w końcówce i choć nie był najbardziej eleganckim i okrzesanym QB w historii NFL, to grał widowiskowo. Broncos jednak długo nie umieli dać mu odpowiedniego wsparcia i Elway bał się, że nigdy nie wygra Super Bowl.

Los uśmiechnął się na ostatniej prostej jego kariery. Młody trener Mike Shanahan, wsparcie świetnej gry biegowej i poprawiona defensywa sprawiła, że w latach 1996-98 Broncos wygrywali co najmniej 12 meczów w sezonie zasadniczym i dwukrotnie sięgnęli po tytuł. Elway zakończył karierę z dubletem, choć groziła mu łatka wiecznego przegranego. Nic więc dziwnego, że gdy właściciel drużyny Pat Bowlen odbierał trofeum za mistrzostwo, przekazując je swojej gwieździe powiedział ze sceny: „This one's for John”. Do dziś ma w Denver status legendy i w Broncos pełni rolę prezydenta klubu.

6
MARIO LEMIEUX

The Magnificent One, Le Magnifique, Super Mario – nieważne, jak określimy legendę Pittsburgh Penguins, każdy wie, o kogo chodzi. Mario Lemieux trafił do tego klubu w 1984 roku i, z krótką przerwą, pozostał jako zawodnik do 2006 a dziś jest właścicielem drużyny. Człowiek-instytucja.

Jako aktywny hokeista Lemieux zdobył z Penguins dwa Puchary Stanleya i został wielką gwiazdą całej ligi. Na początku lat 90. tworzył znakomity duet z Jaromirem Jagrem i to właśnie wtedy prowadził zespół do mistrzostw. Musiał jednak przerwać karierę w 1997 roku, bo zachorował na raka i na trzy lata zniknął z NHL. W tym czasie Pingwiny popadły w problemy finansowe i nawet groziła im zmiana lokalizacji, ale w 2000 roku Lemieux wrócił do sportu z nietypową propozycją. Władze drużyny bowiem przez lata prosiły największe gwiazdy o zrzeczenie się części zarobków i Kanadyjczyk był stratny na ponad 32 mln dolarów. Zaproponował więc układ: Penguins 20 mln z tego przekształcą w jego kapitał w spółce, a on stanie się... współwłaścicielem klubu.

Łącząc tę rolę z grą w NHL Lemieux spędził w Pittsburghu jeszcze sześć lat i podbił swój status legendy, udowadniając, że wybór w drafcie może odmienić całe losy klubu, nie tylko w kwestii sportowej. Przekazał też pałęczkę kolejnemu zawodnikowi na naszej liście.

7
SIDNEY CROSBY

Penguins mogą mówić o wielkim szczęściu. W momencie, gdy Lemieux schodził ze sceny, trafił im się kolejny wybór nr 1 w drafcie i kolejny doskonały gracz, który na lata stał się symbolem klubu. Sidney Crosby do Penguins trafił w 2005 roku i gra tam od tego czasu nieprzerwanie, a w tym okresie zdobył z nimi trzy mistrzostwa.

W debiutanckim sezonie Crosby spotkał się jeszcze z Lemieux, ale ten przez poważne problemy zdrowotne rozegrał tylko 26 meczów. Tak czy inaczej to było bardzo symboliczne przekazanie rządów w Pittsburghu i widać było, że Crosby będizie wielki. „Sid The Kid” już w drugim sezonie w NHL przewodził w lidze w liczbie punktów, stając się najmłodszym zawodnikiem, który tego dokonał. Miał wtedy wciąż 19 lat. W 2009 roku został najmłodszym kapitanem drużyny, która zdobyła Puchar Stanleya. Razem z Jewgienijem Małkinem stworzył przerażający duet i ich współpraca trwa do dzisiaj. Kanayjczyk jest jednym z najlepszych graczy w historii NHL i w XXI wieku w tej lidze. Poza trofeami z Penguins ma dwa tytuły MVP i osiem razy wystąpił w Meczu Gwiazd.

8
ALEKSANDR OWIECZKIN

Kolejny przedstawiciel NHL. Owieczkin trafił do ligi w dziwnym momencie, kiedy ta akurat ogłosiła lokaut, ale to nie przeszkodziło mu w zostaniu znakomitym hokeistą. Jeśli dołożymy do tego fakt, że z nim w składzie Washington Capitals po raz pierwszy w historii zdobyli Puchar Stanleya, to mamy idealnego kandydata do tego zestawienia. Rosjanin wyznaczył najlepszy czas w historii klubu, a jego numer 8 na koszulce na pewno zawiśnie w przyszłości pod dachem hali oraz zostanie zastrzeżony.

Owieczkim na tytuł czekał jednak długo. Udało się dopiero w 2018 roku po serii porażek w play-offach. Po trzy razy na jego drodze stawali Penguins z Crosbym oraz New York Rangers. Zbierał za to indywidualne wyróżnienia – jest dziewięciokrotnym królem strzelców NHL, co czyni go rekordzistą, i trzy razy sięgał po Hart Memorial Trophy, czyli hokejowy odpowiednik MVP. Już ma ponad 700 goli w lidze i się nie zatrzymuje. Po wielu z nich w charakterystyczny sposób całuje rękawicę i unosi ją w górę w geście hołdu dla brata, który zmarł w wypadku samochodowym, gdy Aleksandr miał zaledwie 10 lat.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje Premier League i NFL, o kórych pisze w newonce.sport. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.