Pominięci, niechciani, zapomniani. Najlepsi gracze NBA, którzy wciąż czekają na nominację do Hall of Fame

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
NBA. Detroit Pistons - Rasheed Wallace i Chauncey Billups
Fot. Gregory Shamus/Getty Images

W sobotę do koszykarskiej Hall of Fame dołączą kolejne wybitne nazwiska. Wśród nich m.in. Paul Pierce czy Chris Bosh, ale też wreszcie Ben Wallace oraz Chris Webber. Dwóch ostatnich panów można więc wymazać z listy najlepszych zawodników, którzy do Hall of Fame (jeszcze) wybrani nie zostali. A kto wciąż na tej liście pozostaje?

Wybory do Hall of Fame z reguły są oczywiste. Kilka lat po zakończeniu kariery (dla graczy NBA muszą być to cztery lata) nominację otrzymują po prostu najlepsi z najlepszych. W tym roku do innych wielkich sław dołączą więc m.in. Paul Pierce i Chris Bosh, podczas gdy w zeszłorocznej klasie znaleźli się m.in. Kevin Garnett, Tim Duncan czy pośmiertnie także Kobe Bryant. W kolejnych latach Hall of Fame na pewno powiększy się również o tak uznane nazwiska jak Dwyane Wade, Dirk Nowitzki, Manu Ginobili, Tony Parker czy Vince Carter.

Niektórzy zawodnicy na nominację muszą jednak czekać znacznie dłużej. Najlepszym tego przykładem są wprowadzani w tym roku Chris Webber (koniec kariery w 2008) oraz Ben Wallace (koniec kariery w 2012). Oni przez długi czas byli wymieniani wśród najlepszych zawodników, którzy przez kapitułę nie zostali docenieni.

Teraz ich nazwiska z tego typu list wreszcie można już wykreślić. Kilku graczy cały czas nominacji się jednak nie doczekało, a część z nich zapewne się jej – z różnych powodów – nigdy nie doczeka. O kim mowa? Oto najciekawsze nazwiska w kolejności przypadkowej.

1
RASHEED WALLACE

Jeden z najlepszych skrzydłowych swojej epoki i jeden z pierwszych podkoszowych, który zaczął odważniej wychodzić na obwód. Rasheed Wallace w dorobku ma m.in. cztery występy w All-Star Game oraz mistrzostwo NBA zdobyte z Detroit Pistons w 2004 roku. Znany jest także z nieustannych dyskusji z sędziami i sławnego „Ball Don’t Lie!” (piłka nie kłamie!) po niecelnych rzutach wolnych przeciwnika.

W sezonie 2000/01 zebrał aż 41 przewinień technicznych, co do dzisiaj jest najwyższym wynikiem w historii NBA. A tego rekordu nikt mu już chyba nie odbierze, bo liga po ekscesach z Rasheedem wprowadziła nową zasadę: jeden mecz zawieszenia po 16 faulach technicznych. Być może także z powodu tych ekscesów kapituła Hall of Fame na razie zwleka z nominacją dla Wallace’a. Na razie doczekał się ten drugi Wallace.

2
SHAWN KEMP

Wciąż przez wielu uważany za najlepszego dunkera w historii dyscypliny. Shawn Kemp w latach 90. był jednym z najbardziej ekscytujących zawodników w lidze, której twarzą był Michael Jordan. Przez osiem lat gry Kempa w Seattle tylko Chicago Bulls oraz Utah Jazz mieli lepszy bilans niż SuperSonics. Podkoszowemu udało się łącznie sześć razy zagrać w Meczu Gwiazd – nawet po transferze do Cleveland, gdzie mocno mu się przytyło.

Brakuje mu za to w dorobku choćby jednego pierścienia. Nie pomaga również fakt, że Kemp po odejściu z Seattle rozmienił karierę na drobne. Już w Cleveland mocno przybrał na wadze, czego efektem było znaczne obniżenie lotów. Pojawiły się też problemy poza boiskiem, a w pewnym momencie nie można było się niemal doliczyć, ile to już dzieci ma niegdyś znakomity podkoszowy. Stanęło na siódemce z… sześcioma różnymi kobietami.

3
CHAUNCEY BILLUPS

Kolejny mistrz NBA z 2004 roku z Pistons, a na dodatek najlepszy gracz tamtego zespołu. Chauncey Billups to przecież MVP finałów przeciwko Los Angeles Lakers. Nie bez powodu otrzymał przydomek „Mr. Big Shot”. Oprócz tego rozgrywający pięć razy wystąpił w Meczu Gwiazd, a jego kariera to dobry przykład, że nawet trudne początki w lidze można przezwyciężyć. Wystarczy trafić w odpowiednie miejsce – dla Billupsa było to Detroit.

Dziś były znakomity rozgrywający próbuje się odnaleźć w roli trenera. Kilka tygodni temu został szkoleniowcem Portland Trail Blazers, a przy okazji tego zatrudnienia powróciły oskarżenia sprzed lat. Billups na początku kariery – w 1997 roku – miał bowiem uczestniczyć w zbiorowym gwałcie. Śledztwo przeprowadzone na zlecenie ekipy z Portland nie wykazało jednak ponoć nic, co dyskwalifikowałoby Billupsa z pracy dla Blazers.

4
TOM CHAMBERS

Z łatwością odnalazłby się dziś w lidze, bo swego czasu przecierał szlaki jako wszechstronnie utalentowany i wysoko latający podkoszowy. Większość kibiców zdążyła już zapomnieć o kimś takim jak Tom Chambers, a on tymczasem jest jednym z dwóch (obok Antawna Jamisona) zawodników NBA, którzy pomimo zdobycia w lidze ponad 20 tys. punktów nie zostali nominowani do Hall of Fame.

W obu przypadkach zabrakło przede wszystkim sukcesów drużynowych. Chambers najbliżej tytułu był w 1993 roku w barwach Phoenix Suns. W trakcie kariery cztery razy zagrał w All-Star Game, a w 1987 roku zdobył nawet nagrodę dla MVP spotkania. W pamięci kibiców zapisał się jednak przede wszystkim niesamowitymi wsadami. Fani ze szczególnym sentymentem wracają do jego dunku nad Markiem Jacksonem z 1989 roku. Warto sobie to zobaczyć.

5
SHAWN MARION

Ponad 40 tys. minut w NBA, a do tego niezwykła wszechstronność, która zapewniła mu przydomek „Matrix”. Shawn Marion był graczem wyprzedzającym swoje czasy. Na początku XXI wieku ekscytował fanów w Phoenix, gdzie był kluczową postacią ofensywy „7 sekund lub mniej” Mike’a D’Antoniego. Bronił wszystkie pięć pozycji, świetnie biegał do kontr, wysoko skakał, a punkty potrafił też zdobywać raczej dziwnie wyglądającym rzutem.

W drugiej części kariery stał się jednak bardziej specjalistą, co w 2011 roku pozwoliło mu zdobyć mistrzostwo u boku Dirka Nowitzkiego w Dallas Mavericks. Wcześniej cztery razy wystąpił w Meczu Gwiazd (po raz ostatni w 2007 roku jeszcze w barwach Suns). W żadnym momencie kariery nie był graczem wybitnym, ale niemal przez wszystkie 16 sezonów w NBA pozostał zawodnikiem dobrym lub bardzo dobrym. A to też trzeba przecież docenić.

6
BILL LAIMBEER

Można się całkiem mocno zdziwić, ale Bill Laimbeer nadal nie ma miejsca w Hall of Fame. Są tam już Isiah Thomas, Joe Dumars, a nawet Dennis Rodman. Nie ma natomiast Laimbeera, choć i on był kluczowym elementem składu Pistons, który w latach 1989-1990 zdobył dwa mistrzowskie tytuły. Z drugiej jednak strony, przez lata kariery podkoszowy zapracował sobie na łatkę jednego z „najbrudniejszych” zawodników w dziejach NBA.

Głośny był jego beef z Larrym Birdem, a Laimbeera przez różnego rodzaju brudne sztuczki i brzydkie zachowania lubili chyba tylko w Detroit. Mówimy jednak o czterokrotnym uczestniku All-Star Game, który potem zrobił też całkiem niezłą karierę jako trener w WNBA. Dość powiedzieć, że w latach 2003-2008 z drużyną Detroit Shock zdobył trzy mistrzostwa, co powinno wzmocnić jego kandydaturę. Na razie nominacji wciąż jednak nie ma.

7
DETLEF SCHREMPF

Być może nie byłoby dziś legendy Dirka Nowitzkiego, gdyby nie Detlef Schrempf. To odważne stwierdzenie, ale Niemiec rzeczywiście przetarł szlaki innym europejskim zawodnikom. Do NBA trafił już w połowie lat 80. i dał się poznać jako bardzo wszechstronny skrzydłowy. Mistrzostwa nigdy nie zdobył, ale dwukrotnie został wybrany najlepszym rezerwowym ligi, a do tego trzy razy zagrał w All-Star Game.

Warto dodać, że przed nim żaden inny Europejczyk w Meczu Gwiazd się nie pojawił. Nic więc dziwnego, że Schrempf – w NBA grał kolejno dla Mavericks, Pacers, SuperSonics i Blazers – m.in. dla dorastającego Dirka był jednym z największych wzorów. Po zakończeniu kariery pisano o nim piosenki, a on grał w reklamach czy serialach, zaliczając nawet krótkie epizody w takich produkcjach jak „Świat według Bundych” czy „Parks and Recreation”.

8
ROBERT HORRY

Na liście graczy NBA z największą liczbą mistrzowskich tytułów pierwsze miejsce okupują oczywiście zawodnicy Boston Celtics z legendarnej dynastii, która w latach 50. i 60. ubiegłego wieku seryjnie zdobywała tytuły (11 w 13 lat). Na przestrzeni lat tylko jeden inny gracz zdołał im dorównać. To Robert Horry, który z Rockets (dwa), Lakers (trzy) i Spurs (dwa) zdobył w latach 1994-2007 łącznie aż siedem mistrzowskich pierścieni.

Horry miał szczęście grać w świetnych zespołach, ale sam też temu szczęściu pomagał. Wielokrotnie potwierdzał, że na przydomek „Big Shot Rob” jak najbardziej zasługuje. Oprócz zimnej krwi miał też szeroki wachlarz umiejętności i potrafił świetnie grać w obronie. Jako pierwszy w historii NBA zaliczył w jednym sezonie co najmniej 100 przechwytów, 100 bloków i 100 trójek. Był graczem zadaniowym, ale takim na poziomie Hall of Fame.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.