Debiutanci do tablicy. Pięciu graczy, którzy robią najlepsze wrażenie w pierwszych tygodniach gry w NBA

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
James Wiseman
Fot. Sarah Stier/Getty Images

Bez ligi letniej i w zasadzie z marszu – zaraz po listopadowym drafcie – musieli rozpocząć przygotowania do pierwszego sezonu. Zawodnicy z draftu 2020 mają za sobą szalone tygodnie, mniej lub bardziej udane debiuty i sporo ciekawych momentów. Którzy pierwszoroczniacy robią więc jak na razie najlepsze wrażenie?

1
TYRESE HALIBURTON (Sacramento Kings)

Kings bardzo cieszyli się, gdy w drafcie Haliburton spadł aż do ich 12. numeru. Mieli ku temu powód: 20-latek to już teraz niezwykle dojrzały gracz. Na koncie ma siedem meczów, w których zaliczył 36 asyst i zaledwie 7 strat. W środę zdobył z kolei najlepsze w młodej karierze 17 punktów, przy czym 15 oczek przyszło w znakomitej czwartej kwarcie. W zasadzie sam przechylił szalę zwycięstwa na stronę ekipy z Sac-Town. Robił wszystko, trafiał ważne rzuty i pokazał, że wielkich momentów się nie boi. Wszystko to pod nieobecność De’Aarona Foxa, który opuścił spotkanie przeciwko Bulls już po kilku minutach z powodu urazu ścięgna udowego.

20-latek to po prostu mądry zawodnik. Dobrze wie, gdzie się ustawić, a znakomite instynkty pomagają w defensywie. Wizja gry, opanowanie, spokój – to z kolei pozwala mu bardzo dobrze kreować grę partnerom. Rzadko kiedy popełnia błędy, a choć jego rzut wygląda – lekko mówiąc – dziwnie, to jednak efekty są znakomite. Obrońca Kings rozegrał jak dotychczas siedem spotkań i pięć razy trafił co najmniej dwie trójki. Sam zresztą przypomniał na Twitterze, że mówiono, iż jego rzut w NBA działać nie będzie. Na razie udowadnia, że jest inaczej i jawi się jako jeden z najlepszych debiutantów w swojej klasie.

2
JAMES WISEMAN (Golden State Warriors)

Golden State Warriors powoli wychodzą na prostą po słabym starcie sezonu. Duża w tym zasługa Draymonda Greena, który wrócił do gry po problemach zdrowotnych. Jego powrót to także bardzo dobra informacja dla Jamesa Wisemana, który sporo może się nauczyć od starszego kolegi. Na ten moment Wiseman to jednak i tak ogromna pozytywna niespodzianka dla Warriors. Bo nikt w San Francisco nie przypuszczał, że 19-latek tak szybko zacznie pokazywać swój ogromny potencjał. Co prawda w kilku ostatnich meczach Wiseman przestał trafiać zza łuku (1/8 po 5/6 w trzech pierwszych spotkaniach), lecz kontynuuje on swoją serię pojedynków z co najmniej jednym blokiem na koncie. Ma już osiem takich spotkań z rzędu, a łącznie w dziewięciu meczach zablokował 15 rzutów.

To, co zdążył pokazać w dotychczasowych spotkaniach, to przede wszystkim fantastyczne ruchy jak na gracza o 216-centymetrowym wzroście. Wiseman jest niezwykle mobilny, a z pomocą Greena powinien coraz lepiej rozumieć grę w obronie. Przy takich warunkach fizycznych ma wszystko, by dominować po obu stronach parkietu. Już teraz wymusza w klubie spore zmiany, bo jest na tyle utalentowany, że trener Steve Kerr pewne rzeczy musi rozpisać od nowa. Szkoleniowiec Warriors nigdy zresztą nie miał pod skrzydłami środkowego z tak dużym potencjałem. A tak udany start Wisemana robi tym większe wrażenie, że przecież 19-latek nie miał ani ligi letniej (bo się nie odbyła), ani choćby jednego meczu przedsezonowego (bo leczył koronawirusa).

3
PAYTON PRITCHARD (Boston Celtics)

Znalazł się na tej liście tak wysoko nie tylko ze względu na swoją dobrą grę, ale też przez fakt, że został wybrany dopiero pod koniec trzeciej dziesiątki. Postawili na niego Boston Celtics, a Danny Ainge ponoć uśmiechał się wtedy tak samo jak po transferze po Rajona Rondo w noc draftu 2006. Pritchard był najwyżej wybranym seniorem w ubiegłorocznym naborze, a cztery lata spędzone na uniwersytecie w Oregonie procentują dziś w NBA. 22-latek jest o kilka tygodni starszy od Jaysona Tatuma, ale też dzięki temu w jego grze jest mnóstwo spokoju i opanowania. Za sobą ma już m.in. swój pierwszy rzut na zwycięstwo w karierze. Ma też sporo szczęścia, bo trafił do miejsca, gdzie na jego usługi jest w tej chwili duży popyt.

Celtics nadal muszą sobie radzić bez Kemby Walkera (choć rozgrywający dostał już zielone światło na powrót do treningów), a problemy zdrowotne dopadły już Jeffa Teague'a oraz Marcusa Smarta. Głównie dlatego Pritchard może liczyć na sporą rolę w drużynie Brada Stevensa. Ze swoich obowiązków wywiązuje się na razie doskonale. Potrafi trafiać z dystansu (11/26 po dziesięciu meczach). Może po koźle z łatwością wejść w pomalowane. Jest w stanie całkiem nieźle kreować grę innym zawodnikom. Potrafi także zamęczyć rywala w obronie. Być może drapie już swój sufit i dużo lepszym graczem nie będzie. Etyki pracy nie można mu jednak odmówić, a umiejętności już teraz ma na tyle duże, że spokojnie powinien karierę w NBA zrobić.

4
ANTHONY EDWARDS (Minnesota Timberwolves)

W tym momencie trudno stwierdzić, kim tak w zasadzie w NBA będzie Anthony Edwards. Na pewno nie pomaga mu fakt, że gra w słabym zespole, a trener Ryan Saunders nie chce jeszcze nakładać na niego zbyt wielkiej odpowiedzialności. W związku z tym Edwards na razie ma tylko „momenty”. Wtedy wygląda jak potencjalny all-star, a niekiedy bywa nawet najlepszym graczem na parkiecie. To właśnie w tych momentach pokazuje wszystkie swoje najlepsze strony, które skłoniły Wolves do tego, by postawić na niego z jedynką w drafcie. Znakomite wejścia pod kosz, fantastyczny hangtime i umiejętność kończenia akcji przy obręczy. Edwards ma przecież świetne warunki fizyczne, ale zbyt często odchodzi od tego, co robi najlepiej.

Oddaje średnio ponad sześć trójek mecz, choć trafia tylko 28 procent z nich. A przecież nawet Rudy Gobert nie miał zbyt wiele do powiedzenia, gdy 19-latek w starciu z Jazz raz za razem atakował pomalowane. Na dodatek, młody obrońca pokazał już potencjał jako gracz z piłką w akcjach pick-and-roll, w których trener Saunders powinien stawiać go częściej. Znalezienie właściwego balansu to w tej chwili najważniejsza rzecz dla rozwoju Edwardsa. On sam nie chce jednak spieszyć się ze zwiększaniem swojej roli, co jest zrozumiałe dla tak młodego gracza. Takie podejście też trzeba chwalić, choć w Minneapolis mają nadzieję, że z czasem Edwards przejmować będzie większą odpowiedzialność w drużynie.

5
LaMELO BALL (Charlotte Hornets)

Nadal ma problemy ze skutecznością, ale LaMelo Ball rzeczywiście z meczu na mecz wygląda coraz lepiej. I to nie są tylko puste słowa Jamesa Borrego, czyli szkoleniowca Charlotte Hornets. Znakiem rozpoznawczym stało się w jego przypadku pchanie piłki do przodu w kontratakach zaraz po zbiórce. Ball to synonim szybkiej gry, co bardzo mocno podoba się trenerowi Borrego. Jego wizja gry jest fantastyczna, a do tego udało mu się złapać świetną chemię z wysoko skaczącym Milesem Bridgesem. W sobotnią noc 19-latek został najmłodszym graczem z triple-double w historii NBA. Szykował się na to już od kilku dobrych meczów. Udało się przeciwko Hawks: 22 punkty, 12 zbiórek, 11 asyst.

To, co pozostaje kłopotliwe, to obrona oraz zdobywanie punktów przy obręczy. Ball i do jednego, do drugiego nie ma odpowiednich warunków fizycznych. W defensywie często wygląda też na zagubionego, choć ma całkiem niezły instynkt i zaliczył już kilka bardzo udanych przechwytów. Słabe warunki fizyczne przeszkadzają mu także w zdobywaniu punktów spod kosza. Ledwie 40-procentowa skuteczność przy obręczy dobrze obrazuje ten problem. Mimo tego Ball daje coraz więcej powodów, by przesunąć go nawet do pierwszej piątki Hornets – tym bardziej w obliczu dużych problemów z formą Devonte' Grahama. Zdaje się, że to właśnie on najbardziej traci na rosnących notowaniach Balla.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.