Świętujemy dzień Kobego Bryanta – oto jego najbardziej pamiętne mecze w NBA

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Kobe Bryant
Graf. Michał Kołodziej

Trudno w to uwierzyć, ale w styczniu miną dwa lata od tragicznej śmierci Kobego Bryanta, jego córki Gigi oraz siedmiu innych osób w katastrofie śmigłowca. Legenda Los Angeles Lakers w poniedziałek obchodziłaby 43. urodziny, a we wtorek świętowałaby swój dzień – 24 sierpnia, czyli 8/24. Z tej okazji wybieramy najbardziej pamiętne występy Kobego w NBA.

Na naszej liście miejsc jest tylko osiem, bo z takim numerem Kobe grał przez pierwszą część kariery. Drugą spędził z #24 na plecach, ale niezależnie od tego, jaki akurat numer przywdziewał, każdej nocy można było spodziewać się czegoś niesamowitego. Pamiętnych meczów miał Bryant w karierze mnóstwo – kilku na liście na pewno zabraknie.

Wszystkich tych spotkań zmieścić po prostu się nie da, ale spróbujmy wspomnieć choć kilka tych naprawdę niesamowitych. Oto osiem naszych propozycji, w sam raz na jego dzień.

8
14 kwietnia 2004 roku vs Portland Trail Blazers (105:104)

Statystyki: 37 punktów, 14/31 FG, 4/10 3PT, 8 zbiórek, 5 asyst

Mecz w zasadzie o nic, bo Blazers nie mieli już szans na fazę play-off. Lakers mogli za to przypieczętować pierwsze miejsce w dywizji i pokazać jeszcze zęby przed startem playoffs z Karlem Malone’em i Garym Paytonem w składzie. Całe spotkanie było jednak bardzo wyrównane i trzeba było dopiero dwóch dogrywek, by je rozstrzygnąć. Do pierwszej rzutem za trzy doprowadził Kobe. Drugą zamknął rzutem za trzy też Kobe, dając w ten sposób Lakers zwycięstwo równo z syreną.

W obu przypadkach Bryant trafiał ponad bezradnym Rubenem Pattersonem. Ten kilka lat wcześniej miał nazwać się per „Kobe Stopper”, bo przez chwilę był graczem Lakers i na treningach ponoć całkiem nieźle mu szło w pojedynkach z Bryantem. Po latach twierdził co prawda, że przezwisko dał mu Shawn Kemp, natomiast tamtego wieczora w Portland jasne stało się, że nie da się powstrzymać Kobe. Można tylko liczyć na to, że spudłuje.

7
14 czerwca 2000 roku vs Indiana Pacers (120:118)

Statystyki: 28 punktów, 14/27 FG, 4 zbiórki, 5 asyst

Pierwsze mistrzostwo Bryanta w karierze przyszło w 2000 roku. Większość osób bardziej pamięta fantastyczny comeback Lakers w siódmym meczu finałów konferencji z Trail Blazers i zapomina o heroicznych wyczynach Kobego w wielkim finale przeciwko Pacers. Po kontuzji kostki w drugim meczu Bryant opuścił trzecie starcie i przy stanie 2-1 dla Lakers pomimo urazu wrócił do gry na pojedynek numer cztery w Indianapolis.

Nie szło mu jakoś wybitnie, ale gdy w dogrywce z boiska za sześć fauli wyleciał Shaquille O’Neal, to Bryant nie pozwolił rywalowi na przejęcie inicjatywy. Wręcz przeciwnie – udowodnił wtedy, że Lakers to w żadnym razie zespół tylko i wyłącznie Shaqa. W dogrywce zdobył osiem z 16 punktów drużyny, w tym sześć już po zejściu O’Neala, dzięki czemu klub z Los Angeles wygrał w finałach po raz trzeci. Kilka dni później w L.A. świętowali już tytuł.

6
13 maja 2001 roku vs Sacramento Kings (119:113)

Statystyki: 48 punktów, 15/29 FG, 17/19 FT, 16 zbiórek, 3 asysty

Lakers wygrali wtedy drugie kolejne mistrzostwo, rozjeżdżając rywali w fazie play-off. Bilans 15-1 to do dziś jeden z najlepszych w historii playoffs, a spora w tym zasługa właśnie Bryanta, który w czwartym meczu serii półfinałów konferencji z Kings zaliczył jeden ze swoich najbardziej kompletnych meczów w karierze. To był prawdziwy pokaz siły ledwie 22-letniego wtedy obrońcy, który już wtedy rósł na megagwiazdę NBA.

5
17 czerwca 2010 vs Boston Celtics (83:79)

Statystyki: 23 punkty, 6/24 FG, 11/15 FG, 15 zbiórek

To na pewno nie był dobry mecz Kobego. Fatalna skuteczność, aż 18 niecelnych rzutów i sporo złych decyzji. Ale w tamtym spotkaniu chyba nikt nie zagrał dobrze. Lakers i Celtics w siódmym meczu finałów w 2010 roku bili się wszystkim, co mieli. Z każdym meczem tamtej serii mieli natomiast coraz mniej sił i koniec końców o mistrzostwie zadecydowały detale: zbiórka Gasola, trójka World Peace’a i cztery ostatecznie punkty przewagi LAL.

Kobe do 23 punktów (z 24 rzutów) dołożył aż 15 zbiórek i 11 trafień z rzutów wolnych. Ogromna była jego determinacja w tym spotkaniu, nawet jeśli wszystko zdawało się iść jak po grudzie. Ogromna była też radość po ostatnim gwizdku. Drugie z rzędu mistrzostwo, piąte ogółem, a do tego rewanż na Celtics za porażkę w 2008 roku. Według niektórych nie było w karierze Kobe meczu, po którym byłby bardziej szczęśliwy niż właśnie wtedy.

4
2 lutego 2009 roku vs New York Knicks (126:117)

Statystyki: 61 punktów, 19/31 FG, 20/20 FT, 3 asysty

Jeden z niewielu promyczków kolejnego miernego sezonu dla kibiców z Nowego Jorku. W lutym 2009 roku na wielkiej scenie MSG mocno zaświecił Bryant, pokazując fantastyczne umiejętności strzeleckie. Pod wrażeniem był nawet Spike Lee. Nic dziwnego, że po wszystkim kibice skandowali „M-V-P”. Kobe tamtej nocy pobił rekord punktowy legendarnej hali i zdobył aż 61 oczek. Kilka lat później o jeden punkt rekord poprawił Carmelo Anthony.

3
20 grudnia 2005 roku vs Dallas Mavericks (112:90)

Statystyki: 62 punkty, 18/31 FG, 22/25 FT, 8 zbiórek

W tamtym czasie nie było w NBA lepszego strzelca niż Kobe. Każdej nocy stać go było na 40, 50 czy 60 punktów. Grudniowy występ przeciwko Mavericks jest o tyle imponujący, że Kobe w ogóle nie zagrał w czwartej kwarcie. Po trzeciej odsłonie miał na koncie 62 punkty, czyli o jedno oczko więcej niż rywal. Na parkiecie spędził tylko 33 minuty – sam zadecydował, że na ostatnie 12 minut do gry już nie wejdzie.

Już wtedy miał szansę przejść do historii – zdobyć 70 albo nawet więcej punktów. Zachęcał go do tego m.in. Brian Shaw, ale Bryant stwierdził wtedy, że na razie nie ma takiej potrzeby. – Zrobię to, gdy naprawdę będziemy tego potrzebować – miał odpowiedzieć, w stu procentach wierząc, że będzie w stanie zaliczyć podobny lub nawet lepszy mecz. Miał oczywiście rację, co udowodnił już nieco ponad miesiąc później.

2
13 kwietnia 2016 roku vs Utah Jazz (101:96)

Statystyki: 60 punktów, 22/50 FG, 10/12 FT, 4 zbiórki, 4 asysty

W listopadzie 2015 roku napisał list pożegnalny, inaugurując swoje pożegnalne tournee. W każdym kolejnym mieście spotykał się z ogromnym uwielbieniem, ale ostatnie słowo powiedział oczywiście w Los Angeles. I to w jakim stylu! W ostatnim meczu sezonu oraz kariery oddał aż 50 rzutów (więcej niż wtedy, gdy zdobywał 81 punktów) w drodze po 60 oczek, a przez te ostatnie 48 minut oczy całego koszykarskiego świata miał na sobie.

Takiego zakończenia przygody z ligą nie miał wcześniej nikt. Bryant raz jeszcze przypomniał wtedy, że Mamba Mentality to żadna tam legenda czy marketingowy chwyt. Na koniec kariery, po wszystkich kontuzjach, perypetiach, problemach – wyszedł na parkiet ten ostatni raz i rzucił sobie 60 punktów. Przynajmniej ten jeden raz wszystko w tym pojedynku rzeczywiście kręciło się wokół niego, a on pożegnał się z NBA jak typowy Kobe.

1
22 stycznia 2006 roku vs Toronto Raptors (122:104)

Statystyki: 81 punktów, 28/46 FG,7/13 3PT, 18/20 FT, 6 zbiórek

Niecały miesiąc po 62 punktach w trzech kwartach Kobe zdobył 81 oczek w pojedynku z Toronto Raptors. To wciąż drugi najlepszy wynik w historii NBA po 100 punktach Wilta Chamberlaina. A przecież to miało być zwykły spotkanie sezonu zasadniczego – na trybunach nie pojawił się tym razem choćby Jack Nicholson. Największego kibica Lakers ominął więc jeden z bardziej legendarnych meczów w historii klubu, ale i ligi.

Mało kto przypuszczał wtedy, że tak się ten mecz potoczy. Raptors odcinali kolegów Bryanta i początkowo ta strategia działała znakomicie. Kobe zdobył co prawda 26 punktów w pierwszej połowie, ale ekipa z Toronto prowadziła jeszcze 18 punktami na początku trzeciej kwarty. Gdy Kobe zaczął trafiać coraz więcej i więcej, Raptors taktyki nie zmienili, a to doprowadziło do zwycięstwa Lakers i historycznego wyniku Bryanta.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.