Monopol na polską piłkę. Niebezpieczny ekosystem Legii

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Pilka nozna. PKO Ekstraklasa. Legia Warszawa - Pogon Szczecin. 03.04.2021
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Legia Warszawa przyklepała mistrzostwo Polski przed telewizorem, ale to była jedynie formalność. 7 z ostatnich 9 tytułów mistrzowskich powędrowało do stolicy, co jest monopolem podobnym do tego Bayernu w Niemczech, Juventusu w Italii (przerwanego) czy PSG we Francji (pod znakiem zapytania). Poważnego kontrkandydata na horyzoncie nie było, bo Raków i Pogoń samo podium przyjęły z pocałowaniem ręki. Sztuką jest zawieszać sobie wysoko poprzeczkę, kiedy inni nie motywują. Wiosną legioniści przegrali tylko raz, jeszcze w styczniu, a wszechstronnością i jakością byli mocno ponad stawką. Teraz Czesław Michniewicz musi zmierzyć się z bolesnym cyklem życia podczas pucharów przy Ł3.

Już od dawna nie było wątpliwości: jeśli mamy myśleć o jakimkolwiek polskim klubie w fazie grupowej pucharów w przyszłym sezonie, to wyłącznie o Legii. Ekstraklasa stała się ligą dwóch prędkości i nikt nie zbliżył się do tej, jaką osiągnęła drużyna Czesława Michniewicza. Tytuł przyklepała z 9 punktami przewagi nad Rakowem oraz Pogonią. Ostatnio więcej po 30 kolejkach miał wyłącznie Henning Berg, gdy odjechał na 10 punktów wiceliderowi, a pozostają jeszcze trzy kolejki, by tę różnicę powiększyć.

Michniewiczowi nie udało się przejść suchą stopą przez ten sezon, bo na przełomie roku zaliczył wpadki z najgorszymi w lidze Stalą Mielec oraz Podbeskidziem, ale i tak od lat nie mieliśmy pewniejszego mistrza. Takiego, przy którym nie było choćby cienia wątpliwości. Od początku lutego nie przegrał, w ostatnich czterech spotkaniach nie stracił bramki, marsz po mistrzostwo wydawał się formalnością. I chociaż kierunkiem Legii przy 30 procentowym ubytku w budżecie będzie stopniowe schodzenie z pensji oraz kosztów, piłkarską jakością i projektem nadal zdecydowanie góruje nad resztą stawki. W polskiej piłce ma monopol i to się nie zmieni, dopóki Lech nie postawi inaczej akcentów. Taki Raków potrzebuje lat dorastania w aktualnym tempie jako instytucja, by rzucić wyzwanie mistrzowi.

Rok temu świętując tytuł na barce, Aleksandar Vuković powiedział: „Legia ma o 50 mistrzostw za mało”. Bo mówi się o niej tak dosadnie i tak wiele, jakby od stu lat regularnie wygrywała, a to dopiero 15. rekordowe mistrzostwo. Nie ma jednak wątpliwości, że przewaga nad resztą stawki powinna rosnąć. Zwykle wygrywała po głębokich kryzysach, przetasowaniach trenerskich i zmianie filozofii w trakcie sezonu. Rywale i tak pozwalali, aby rozpędzała się dopiero w połowie rozgrywek. Teraz nie było nawet zająknięcia, że coś może się wysypać. Czesław Michniewicz trudne miał jedynie początki – został wrzucony w środek kwalifikacji do pucharów, obrywał za łączenie dwóch funkcji z reprezentacją do lat 21 (zdarzyły mu się na przykład dwie porażki jednego dnia), jednak z czasem uporządkował mętlik, kiedy poświęcił uwagę jednemu projektowi.

To było mistrzostwo pod hasłami gry z trójką obrońców i elastyczności taktycznej. Aż 27 procent wyjściowych ustawień w całej ekstraklasie stanowił system z „3” w tyłach. Czesław Michniewicz zapowiadał taką grę, ale momentem przełomowym był bezpośredni mecz o tytuł z Rakowem. To wtedy po raz pierwszy wyszli wyjściowo 3-4-2-1, aby zneutralizować atuty rywala i wygrali ze spokojem 2:0. Domeną i wykorzystywaną zasadą trenera urodzonego w Brzozówce jest niezmienianie bez potrzeby, skoro wychodzi. A szło przez prawie całą rundę wraz z mocnymi początkami spotkań, kiedy Legia miała zaznaczać swoją przewagę i mentalnie budować różnicę. Wiele spotkań ustawiła już w pierwszych minutach, dając pokaz siły i wiary we własne możliwości.

Na początku kadencji spadły na niego gromy, gdy zdecydował się na romb w pomocy w pucharowej rywalizacji z Karabachem (0:3), lecz z czasem to podejście do taktyki, także przyjście wdrażającego się włoskiego asystenta Alessio De Petrillo, pozwoliło odjechać reszcie stawki. Legia zmieniała ustawienie wtedy, kiedy nie potrafiła przyklepać kompletu punktów. Zremisowała z Pogonią, na Wartę wyszła odważniej i liczniej w ataku; przegrała z Podbeskidziem, zaczęła grać trójką z Rakowem; przegrała z Piastem w Pucharze Polski albo zremisowała z Cracovią w lidze, w następnym meczu oglądaliśmy wariację 3-5-2 z dwoma napastnikami. Absolutnie nie była jednowymiarową drużyną.

Z tego tytułu najbardziej zapamiętamy zapewne czeskiego wieżowca Tomáša Pekharta z 22 bramkami oraz potężną moc na wahadłach z rozgrywającym sezon życia Filipem Mladenoviciem oraz reprezentantem wicemistrzów świata Josipem Juranoviciem. Michniewicz mówi o nich: „Gdyby mieli dorzucić piłkę na 7. piętro do konkretnego okna w konkretnym mieszkaniu, zrobiliby to”. I głównie ich dośrodkowaniami na dalszy słupek budowali różnicę, ale też konsekwentnym rozgrywaniem piłki od tyłu, błyskotliwością Luquinhasa czy Bartka Kapustki, kontrolą Slisza oraz Andre Martinsa czy przewagę i wysoką defensywą trójki obrońców. Sprawdziła się koncepcja z dwoma „10”, ale bezpośrednio największe zagrożenie dawały wrzutki – czy to Juranovicia, czy Wszołka. Wejścia z bocznych sektorów siały zamęt w szeregach rywali i mało komu udawało się to zniwelować (chociażby Lech Janusza Góry dał radę).

Dla środowiska Legii mistrzostwo jest jak zwykły dzień w biurze, uczucie wszystkim powszechnie znane, ale ona działa na bardzo grząskim gruncie. Po pierwsze, bo nikt nie wyobraża sobie innego scenariusza. Kiedy wygrywa, spotyka się z machnięciem ręką – przecież to był obowiązek. Nie zawsze czuć to docenienie, traktuje się to jak przyjętą normę. Kiedy jednak straci punkty, posypią się gromy. Oczekuje się od niej bezbłędności, gdy nie zawsze zewnętrzna motywacja wystarcza. Poprzeczkę należy zawieszać sobie samemu i później być usatysfakcjonowanym z osiągniętego poziomu. To sztuka, ale udała się Michniewiczowi, bo jego drużyna rosła z kolejnymi miesiącami. Nic dziwnego, że premie za tytuł przy Łazienkowskiej są tak atrakcyjne – bo to sytuacja, w której można wyłącznie stracić, mistrzostwo tam jest dopiero początkiem.

To Legia jest narażona na największą kompromitację w pucharach, bo wyłącznie od niej się wymaga. Nikt nie będzie miesiącami przypominał w Częstochowie czy Szczecinie klęski, chyba że w wyjątkowo niefortunnych okolicznościach, za to w Warszawie słuchasz o Karabachu, dopóki nie przyklepiesz mistrzostwa i nie zapewnisz sobie karty z kolejną szansą. Nie ma co się oszukiwać, Liga Mistrzów to mrzonki, ale faza grupowa choćby Ligi Konferencji powinna być realnym celem. Spędzenie jesieni w Europie musi być pewnym standardem, myśląc o odrywaniu się z dna, ale na to składa się zbyt wiele czynników: transferów, przygotowania, losowania, także po prostu szczęścia.

Michniewicz na szczęście potrafi pomagać losowi przygotowaniem oraz szczegółową analizą rywala. Czuje takie potyczki, co pokazały baraże młodzieżówki z reprezentacją Portugalii, gdy Polacy wygrali bilety na Euro po dwumeczu ze znacznie silniejszym rywalem. Potrafili później w głównym turnieju pokonać Belgów oraz Włochów. O ile na ligowej autostradzie można się wykładać, o tyle puchary już nie wybaczają. Dlatego taktyka i podejście mentalne muszą być perfekcyjne. Za Michniewiczem przemawia to, że zna już atmosferę takiej rywalizacji i prowadził drużynę, która we większości spotkań eliminacji musiała atakować, a jednak najbardziej zapamiętaliśmy ją z meczów rozgrywanych w głębokiej obronie. To jest ta elastyczność, o której od samego początku pracy w Warszawie opowiadał menedżer mistrzów Polski.

Najgorętszy czas w Warszawie dopiero się zaczyna, bo okna transferowe nie sprzyjają spokojowi. Wiele tematów kontraktowych z Wszołkiem, Borucem czy Vesoviciem wyjaśni się z czasem, bo każdy chciałby zarabiać lepiej, podczas gdy Legia zamierza ciąć koszty. Potrzeb transferowych nie brakuje, skoro odchodzi podstawowy defensor Szabanow. Michniewicz domaga się dwóch stoperów, rozgrywającego czy mobilnego napastnika, bo Pekhart nie pod każdego rywala musi pasować. Nie jest też powiedziane, że zostanie w Warszawie. Menedżerowie Czecha, Mladenovicia, Luquinhasa, Juranovicia czy Kapustki dostaną latem sporo propozycji – zwłaszcza jeśli ktoś tak jak Josip pojedzie na mistrzostwa Europy. To będzie kwestia wprawnych negocjacji, aby zatrzymać ich na czas eliminacji. Wystarczy przypomnieć, że zawsze dochodzi do jakichś osłabień. O puchary prawie zawsze gra inna jedenastka, czy to bez Szymańskiego, czy bez Majeckiego, bo przetasowania się nieuniknione.

Teraz zaczyna się walka o balans między zdrowiem finansowym a projektem sportowym, a jedno jest uzależnione od drugiego. I wyścig z czasem, aby udane letnie transfery były przydatne na puchary, a nie dopiero na walkę o kolejne mistrzostwo, co oglądaliśmy w tym sezonie. Radosław Kucharski słusznie został pochwalony za letnie wzmocnienia, lecz ich prawdziwą wartość zobaczyliśmy dopiero po kilku miesiącach.

Niebezpieczne realia w Warszawie polegają na tym, że kilka pucharowych meczów zdecyduje o ocenie sensowności całego projektu oraz instytucji. To zawsze puchary nadają narrację, spychając zarazem wielomiesięczną pracę na dalszy plan. Dlatego oprócz samego przygotowania, zawsze niezbędna jest odrobina szczęścia. Bo odjechanie całej stawce i ośmieszanie realiów polskiej piłki szybko odejdzie w niepamięć, jeśli Legia nie pokaże się w Europie. Chociaż jest o kilka długości przed resztą polskiej ligi, i tak może być na koniec jej największym pośmiewiskiem i najczęściej wytykanym palcem zespołem. O słabości reszty szybko się zapomina, w końcu to duszący się własny sos, natomiast od Legii wymaga się bez przerwy. Oto niebezpieczeństwo, jakie bierze z wielomiesięcznym komfortem pracy każdy kolejny menedżer w stolicy.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.