Mioduski: W UEFA nie siedzą same aniołki, ale tak się na ludziach jeszcze nie zawiodłem (WYWIAD)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Pilka nozna. PKO Ekstraklasa. Legia Warszawa. Trening. 18.03.2021
FOT. MARCIN SZYMCZYK/ 400mm.pl

„Rozmowy na szczytach zawsze pełne były konfliktów i wojny interesów. Prawa ręka Florentino Pereza na takich spotkaniach nazywała mnie komunistą. To są tego typu klimaty czasami” – tłumaczy i ze szczegółami opowiada kulisy rebelii prezes Legii Warszawa Dariusz Mioduski. Był na pierwszej linii frontu, bo zasiadał w zarządzie Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA) bezpośrednio współpracującego z UEFA i mocno działał na rzecz kształtowania nowego formatu europejskich pucharów. Po tym przewrocie Mioduski został powołany do Komitetu Wykonawczego jako przedstawiciel średnich klubów Europy.

Notował: Dominik Piechota

DARIUSZ MIODUSKI: Dzięki Bogu, że do Superligi nie doszło. Ostatnie dwa miesiące były ogromem naszej pracy, a od niedzieli dostaliśmy pełen sajgon. Może na początek opowiem, jak to wyglądało z mojej perspektywy za kulisami.

W prasie czytamy przekaz, że spór dotyczył formatu Ligi Mistrzów – czy to będzie 36 klubów albo jak będą alokowane miejsca. To ważna rzecz, ale kluczowa z punktu widzenia ECA była struktura, kto będzie zarządzał i kontrolował europejskie rozgrywki. Kiedy UEFA dwa miesiące temu zaproponowała ten format, on sam w sobie nie był przedmiotem szczegółowych negocjacji. Bardziej dotyczyły zewnętrznej relacji między UEFĄ a ECA. Taka dyskusja była źródłem potencjalnego konfliktu. Stroną dla UEFY była ECA reprezentowana przez wiele osób, które na końcu chciały robić coś inaczej i po swojemu. To one w dużej mierze, chociaż także wiele innych osób włącznie ze mną, uczestniczyły w tych rozmowach przez dłuższy czas.

Ten format LM miał być zatwierdzony dwa tygodnie wcześniej, ale brakowało warunków ogólnych, na jakich kluby miałyby funkcjonować z UEFĄ. Porozumienie zostało dograne w słynny piątek i miało być podpisane w poniedziałek, ale zostało zatwierdzone. My też wewnętrznie pracowaliśmy nad całą strukturą ECA, sam miałem przywilej dowodzić tą częścią, żeby zrestrukturyzować całą organizację i w przyszłości być partnerem dla UEFY w zarządzaniu całymi rozgrywkami europejskimi również w funkcjach komercyjnych.

Sama wiedza, czym jest ECA jest bardzo niewielka. Ona się składa ze 100-120 głównych członków, którzy reprezentują wszystkie federacje i najlepsze kluby w tych krajach. One są podzielona na cztery grupy: najlepsze z rankingu 1-6, następnie te do 15. miejsca, dalej średnia półka do około 30. miejsca i pozostali w czwartej. Ja reprezentuję średnie kluby w Europie w trzeciej grupie.

Funkcjonowanie ECA polega na ciągłym kompromisie. Trzeba szukać poparcia wszystkich. To nie jest pełna demokracja z głosowaniem, gdzie 51 procent wygrywa. Układ sił przy decyzjach wyglądał tak, że największe kluby z topowych lig miały kontrolę nad organizacją, ale nie mogły same czegoś przeforsować. Wszyscy inni kontra oni dawało równowagę: 50 na 50. Jest zrozumienie, że to oni ciągną ten wózek do przodu, ale na koniec kompromisy muszą zawierać interesy pozostałych. W piątek po długich negocjacjach, jak będzie wyglądał ten świat oraz dogadaniu się z UEFĄ, pozostał ostatni komponent do uzgodnienia. Kwestie formatu i dostępu do nowych rozgrywek, które były taką truskawką na torcie.

Prowadziłem wysiłek, aby w ostatniej chwili doprowadzić do zmian tego formatu. I udało się. Doprowadziliśmy do paru zmian istotnych z punktu widzenia naszych interesów średnich klubów. Zwiększyliśmy z 4 do 5 liczbę klubów wchodzących do Ligi Mistrzów poprzez ścieżkę mistrzowską. Z naszej perspektywy to kluczowa zmiana. Mało kto pamięta, że jak byliśmy w LM ostatni raz, to ścieżka mistrzowska liczyła 6 drużyn, a to jest niebywała różnica w kwalifikacji i rozstawieniach. Mocno zabiegałem też o zwiększenie liczby naszych drużyn w pozostałych rozgrywkach. Liga Europy w formacie 32 klubów to mogą być chwilami ciekawsze rozgrywki niż sama LM. Zwiększenie dostępu o 4 miejsca będzie kluczowe, razem to już 8 ekip więcej, które może się zakwalifikować do pucharów. Ostatnia rzecz to liczba meczów granych w Lidze Europy. To ma kilka wymiarów: dzielenie pieniędzy, przyznawane współczynniki, one zależą od liczby spotkań w danym formacie.

Kończąc piątek i sobotę pełną spotkań na Teamsach, byłem z siebie bardzo zadowolony. Bo podjęliśmy jednogłośną decyzję o zatwierdzeniu wszystkich trzech części. O godzinie 15 udałem się na zasłużony odpoczynek, a o 7.30 w niedzielę rano dostałem telefon od Aleksandra Ceferina, który lekko wzburzonym tonem zaczął opowiadać, co się dzieje. Nie chciało mi się wierzyć. „Alex, to niemożliwe. Nie wierzę, żeby Andrea Agnelli zachował się w taki sposób” – mówiłem. On był o tym przekonany. Ruszyliśmy w kryzys, który dzięki Bogu trwał tylko 48 godzin. Początkowo wydawało mi się, że to będzie trwało miesiącami, może latami, bo wyglądało, jakby jedna strona miała nie odpuścić drugiej. Zapowiadała się masakra. Możemy być dumni, bo piłka spowodowała, że Europa się zjednoczyła. Na poziomie kontynentu nigdy jeszcze nie było takiego zjednoczenia. Udało się to zwalczyć, ale to nie znaczy, że wszystko jest cacy, będzie pięknie i cudownie. To jak z powojenną Warszawą. Wszystko zostało zburzone i na nowo będzie trzeba to odbudować w kwestii relacji instytucjonalnych.

Ja patrzę na takie rzeczy optymistycznie jak na katalizator do pozytywnych zmian. Może jestem naiwny, czasem bywam w takich kwestiach, ale wierzę w wytworzoną pozytywną energię, która spowoduje, że pewne rzeczy pójdą w lepszym kierunku.

To nie był ten moment, kiedy właśnie klasa średnia mogła zawalczyć bardziej o swoje prawa i wyciągnąć z tego pola bitwy więcej?

Ostatnią rzeczą, jakiej potrzeba jest kontynuacja konfliktu. Teraz codziennie mamy posiedzenia zarządu ECA i czuć na nich pozytywną energię. Ten poważny kryzys w bardzo krótkim czasie wytworzył między nami nić porozumienia. Również między tymi większymi, bo siedzieliśmy tam wszyscy razem. Nie mniejsi i średni, tylko także PSG, Bayern, Borussia etc. Wymieszała się cała europejska piłka, z wyjątkiem tych 12 klubów, i jedność była niesamowita. Nie warto tego niszczyć. Mam taką filozofię, że aby ten cały system był zdrowy, potrzebna jest silna klasa średnia, zresztą tak samo jak w społeczeństwie. I wtedy najbiedniejsi będą mieli relatywnie lepiej, a najbogatsi będą więksi, ale nie będą tymi, którzy wszystko dominują. To system, który jest najlepszy od strony filozoficznej dla europejskiej piłki. Mam nadzieję, że w przyszłości uda się pójść w tym kierunku i wzmocni tę bazę, bo ona jest kluczem do wszystkiego w Europie. Aby silną piłkę oglądać na całym kontynencie, a nie jedynie w klubach z czterech krajów. Siłę daje partycypacja w europejskich pucharach, aby również na rynku lokalnym budować pozycję tych klubów i całych lig. Im więcej dobrych klubów gra w Europie, tym silniejsze są rozgrywki krajowe.

Takich ustępstw nie widział ten, który finalnie okazał się Judaszem, czyli Andrea Agnelli. On już dawno opowiadał, że najwięksi, nawet pomimo słabszego sezonu, powinni z urzędu mieć miejsce w Europie. To jakby nie patrzeć wykluczenie idei sportu.

Zgadzam się. To sprzeczne z tym, jak myślimy o sporcie w Europie. Jestem przekonany, że to fundament sukcesu i przyszłości piłki – zachowanie rywalizacji. Prawo, że ten mały może wygrać. Przez ostatnie 15 lat prawdopodobieństwo tego dramatycznie spada, co jest spowodowane wyłącznie pieniądzem. Statystycznie patrząc, im większy masz payroll, im więcej jesteś w stanie płacić zawodnikom, tym większe są twoje szanse. Od tego nie uciekniemy, nagle nie wrócimy do starych czasów, ale musimy inteligentnie to regulować. Ustanawiać takie struktury i środowisko, żeby to nie przekraczało pewnych barier. To, co oni zaproponowali, jest pójściem dalej. Byłem w ostatnich latach blisko tych dyskusji o Superlidze. Rozumiem perspektywę niektórych właścicieli – część z nich to Amerykanie i z tym środowiskiem jestem bardzo dobrze zaznajomiony. Z punktu widzenia amerykańskiego właściciela jestem w stanie zrozumieć, jak on do tego podchodzi. Ale nie jestem w stanie zrozumieć z punktu widzenia Włocha będącego szefem Juventusu ani europejskich prezesów klubów, którzy nie są w stanie tego wystarczająco wytłumaczyć.

Ceferin powiedział o Agnellim „zdrajca i kłamca”. Znając go bliżej, zgodzi się pan? Jednego dnia był po waszej stronie, drugiego zmienił barykadę i wyłączył telefon, o ile to prawda.

To jest prawda, że wyłączył, chociaż moja wiadomość była dostarczona. Z Andreą mieliśmy bliską relację przez ostatnie lata, a miesiące szczególnie. Współpracowaliśmy. Nie mogę go nazywać przyjacielem ani nic takiego, ale biznesowo i kumpelsko to była bliska relacja. Nie będę używał mocnych słów, bo zawsze próbuję mieć trochę empatii i zrozumieć drugą stronę. Być może są rzeczy, o których nie wiem, ale największą zagadką całej tej kwestii jest właśnie on. Dlaczego on to zrobił? Dlaczego właśnie Andrea Agnelli? Z tym nazwiskiem, z taką pozycją. Rozumiem, że ktoś chce się dorobić, ktoś chce się wybić, ale on jest na ścisłym szczycie. I reputacja powinna być ważniejsza niż wszystko inne.

Przed tym rozłamem nie dało się niczego wyczuć?

Musicie wiedzieć, że nasze rozmowy w ECA zawsze są bardzo trudne. Zawsze są konflikty interesów i wielkie różnice. Florentino Perez akurat na spotkaniach się nie pojawia, bo nie mówi po angielsku. Ale jest jego prawa ręka Pedro Jimenez, wiceprezes Realu Madryt od dekad. On na takich spotkaniach nazywał mnie komunistą. Zawsze śmiałem się z tego: w porządku, jak ty nazywasz kogoś z Polski komunistą, mając trochę historii profaszystowskiej w kraju, to nic nie poradzę. Ale chcę tylko pokazać, że to są tego typu klimaty. Zawsze to były bardzo trudne rozmowy, ale na końcu szukamy kompromisu. W ten piątek sam powiedziałem na posiedzeniu, że nigdy nie byłem bardziej dumny z naszej organizacji. Że udało nam się coś takiego wypracować, mimo że wcale nie uważam tego za ideał. Ale uzgadniając to w tak trudnych warunkach, bez w ogóle jakiegokolwiek założenia Superligi, wynegocjowaliśmy najwięcej, ile się dało. Wiem o tym, bo mam na tyle doświadczenia negocjacyjnego i tyle czasu na to poświęciłem, że już dotarliśmy do ściany.

Na ile kluczowe było złamanie Anglików w tej układance? Politycy zwykle odcinają się od takich tematów, ale teraz Boris Johnson zaczął grać dość ostro z klubami.

Politycznie dostali mocne sygnały. I to było bardzo ważne. Jeżeli premier rządu mówi Ci, że rozważają legislacje, która wszystko zablokuje, skoro nie będzie innej możliwości, to nie ominiesz tego. Możesz być największym biznesmenem w danym kraju, ale z państwem nie wygrasz – nie ma takiej możliwości. Szczególnie w takich sprawach, gdy cała opinia publiczna jest przeciwko tobie. W Anglii zrozumieli, że wyzwolili emocje i siły, z jakimi nie dało się walczyć. Cały czas zastanawiam się, co oni sobie myśleli w tej grupce. I to chyba można porównywać tylko do sytuacji w polityce, gdy rząd albo ugrupowanie jest przy władzy bardzo długo i zaczyna się coraz bardziej zacieśniać, słucha tylko siebie i tych, którzy kiwają głowami. Przez to zupełnie odrywa się od rzeczywistości, która ich otacza. I oni zaczęli wierzyć, że są tak wielcy, silni i będą zbawiać futbol dla własnych korzyści, że nie przewidzieli tego oderwania od rzeczywistości.

Wywiady Florentino Pereza w ogóle nie zmieniają narracji. Nadal opowiada, że to jedyne zbawienie, a Superliga jest wyłącznie w zawieszeniu. Jako 12 klubów chcieli kontrolować całą europejską piłkę.

To jest megalomania i arogancja posunięte do granic możliwości. Płacą za to dzisiaj, bo ich pozycja osobista nigdy nie zostanie odbudowana. Kluby są klubami i pozostaną wielkie, tu się nic nie zmieni, ale oni jako osoby sądzę, że są spaleni.

Myślicie nad jakimiś sankcjami?

Nie chodzi o nie. Oni wszyscy złożyli rezygnacje z ECA, bo też musieli. Statuty nie pozwalały na tego typu rzeczy. Sam jestem ciekaw, co będzie dalej, czy będą chcieli kiedyś wrócić.

Na ile groźby Ceferina, na czele z zawieszeniem piłkarzy w reprezentacjach czy wyeliminowaniem z tegorocznych pucharów, były realne?

Wydaje mi się, że były realne, ale czy wszystkie obroniłyby się prawnie? Nie wiem, to skomplikowane. Prawnicy UEFA uważają, że tak, a prawnicy Superligi, że nie. Jak to prawnicy. Były realne w sensie determinacji, aby nie pozwolić im na to.

Zbigniew Boniek mówi, że on od początku wiedział, że to się nie uda.

No to ja taki pewny nie byłem. W niedzielę pod wieczór sądziłem, że jest realne ryzyko.

Jakie refleksje na przyszłość daje ta sytuacja oraz ich żądania? Wątków jest wiele, począwszy od spadającego zainteresowania futbolem wśród najmłodszej grupy odbiorców, po nierówne podziały. Bo jednak wszyscy chcą oglądać największe kluby i one produkują 90 procent zainteresowania, a wobec pandemii są najbardziej poszkodowane. Inni, mniejsi żyją spokojnie z praw telewizyjnych, które wielcy pompują.

Wszystkie takie teorie są zwykle półprawdami. Bo w każdej z nich jest trochę racji i rzeczywisty problem, ale ich interpretacja nie może być jednoznaczna, że skoro produkują 90 procent, to powinni dostawać 90 procent. Przede wszystkim z kimś jeszcze trzeba grać, skądś czerpać piłkarzy, którzy rozwijają się na ten poziom. Jak spojrzymy na te ekipy, mało który zawodnik nie jest kupiony. Także to ekosystem połączony. Najbardziej śmieszy mnie, jak człowiek starszy nawet niż ja – Florentino Perez – opowiada, czego chcą młodzi ludzie, czego nie chcą i co on będzie robił, aby ponownie ich zaangażować. Ten temat rzeczywiście jest u nas dość mocno rozpoznany. W ECA robiliśmy badania, głowimy się, Polska był jednym z bardziej analizowanych rynków, trendy są i rzeczywiście inaczej konsumuje się content, inaczej do tego podchodzą, ale ten temat nigdy nie był w ich oczach tematem negocjacji. Nigdy nie przyszli z pomysłem, że chcieliby robić coś inaczej, a ktoś ich blokował. Nie było w ogóle takiej rozmowy. To jest nasz wspólny problem, wszystkich, a nie Realu czy Juventusu. Nie wierzę, że nagle wymyślili coś przełomowego. Chociaż próbują, bo wydają miliony na to, aby coś zmienić, ale czy są tak bardzo skuteczni w tym? Wcale nie jestem przekonany. To, o czym Florentino opowiadał, dotyka problemów w futbolu. Ale rozwiązaniem na pewno nie jest Superliga, która powoduje, że siła futbolu umiera.

Jakie znaczenie miało podejście PSG czy Bayernu? Okazanie wsparcia przez dwa tak silne kluby z pewnością też wzmocniło UEFĘ.

To było kluczowe również, że oni, tak samo Borussia Dortmund i kluby niemieckie, powiedziały tak stanowczo „nie”. Poza PSG z francuskiej ligi nikt nie był brany pod uwagę, ale Borussia i Bayern miały na stole propozycje, aby się przyłączyć. To, że tak się zachowali, było budujące. Dzięki temu Al-Khelaifi został chairmanem ECA, a Michael Gerlinger jako prawa ręka Rummenigge jednym z zastępców i reprezentantem ECA w UEFA. Sam Karl-Heinz nie chciał już wchodzić w funkcję operacyjną. Żeby też była jasność – to nie wszyscy są aniołki i wcale tak nie uważam. Różne motywacje zapewne siedziały im z tyłu głowy, ale na końcu zachowali się tak, jak powinni. Pozycje, jakie wzięli na siebie, powodują, że będzie na nich spoczywać jeszcze większa odpowiedzialność. UEFA wie, że ma w nas partnera, rana została i musi się zagoić, ale z tymi pozostałymi osobami – wiarygodność jest bardzo duża. To bardzo partnerska relacja.

Bo teraz UEFA kreuje się na obrońcę moralności i wartości w futbolu, a tutaj właśnie nie do końca mówimy o aniołkach.

Jasne, nie wszyscy są tam aniołkami. Sama geneza Superligi miała miejsce cztery lata temu. Pamiętam posiedzenie naszego boardu w Monako przy okazji losowań europejskich pucharów. Wtedy została zmieniona formuła dostępu do Ligi Mistrzów – zwiększono liczbę dla topowych lig, zmniejszono dla reszty. I wtedy już była dyskusja, że jeżeli to się nie stanie, powstanie Superliga. UEFA została postawiona pod ścianą, zresztą w podobny sposób jak teraz. Nie doszło do ogłoszenia jej, ale też było blisko. Tamten zarząd był strasznym przeżyciem. Jako ECA musieliśmy głosować, ale jako mniejsze kluby nie mieliśmy nic do powiedzenia. Najwięksi mieli rzeczywistą większość, mogli przegłosować wszystko sami, od tamtej pory udało się to nieco wyrównać. Wtedy zaczęły się problemy, a polaryzacja europejskiej piłki nastąpiła bardzo szybko. Ich ligi strasznie zyskały na wartości. To głównie stoi za takim rozwarstwieniem. Jak się ma 4 drużyny z automatu w Lidze Mistrzów plus 2 z automatu w Lidze Europy, to z miejsca 8-9 walczysz o europejskie puchary. Twoja liga staje się bardzo atrakcyjna, bo połowa gra o Europę, a 6 klubów będzie miało setki milionów więcej z automatu bez eliminacji. Twoje rozgrywki rosną bardzo mocno. I nagle zespoły stamtąd, które kiedyś nie mogły konkurować o piłkarza z Legią Warszawa, mają budżety kilkukrotnie przewyższające najlepszy polski klub. I mogą kupić każdego zawodnika z Polski. Nie najlepsze, tylko te najgorsze. I to wynika z tamtej reformy, pogłębiła ten kierunek.

Najlepsi piłkarze na świecie zarabiają więcej tygodniowo, niż wynosi cały budżet transferowy mistrza Polski. Może tutaj należy poszukać jakiejś równowagi czy wpatrzeć się w model amerykański?

Nie jesteś tego w stanie zrobić, bo prawo europejskie nie pozwala na to, co prawo amerykańskie. Wszelkie próby ograniczenia zarobków w Europie są torpedowane przez FIFPro, które reprezentuje piłkarzy. Sąd od razu uznaje to za niezgodne z przepisami unijnymi, więc wprowadzenie salary cap jest praktycznie niemożliwe. A dodatkowo takie kluby jak City albo PSG czy takie bez właścicieli jak Real czy Barcelona mogą dowolnie się zadłużać. Ci pierwsi nie mają żadnej odpowiedzialności finansowej, mogą wpompować, ile chcą, a wszyscy rozumieją, że piłkarze są najważniejsi. To oni sami w sobie zaczynają być większą wartością niż same kluby. Taki Cristiano Ronaldo ma przecież więcej followersów w social mediach niż cały Juventus. Walka o największe gwiazdy jest wyniszczająca, to jest droga donikąd. To była jedna z ich tez biznesowych, dlaczego Superliga – bo niby mogli się w swoim gronie umówić, że nie będą przekraczać zarobków etc. Nie wiem, czy tak by się stało, ale uzasadniali, że będą w stanie bardziej kontrolować koszty. Pandemia obnażyła wszystko. Wiem po sobie – 30 procent budżetu Legii nie ma, poszedł w dół, ale koszty pozostają takie same. To w naszych realiach złotówkowych, a oni mają budżety 30 razy większe oraz w euro. To są setki milionów.

Nowy format Ligi Mistrzów, ten od sezonu 2024/25, co właściwie oznacza dla polskich klubów? Zupełnie już będzie nieosiągalne wejście do Champions League?

Musimy się przyzwyczaić do rzeczywistości, w której Liga Mistrzów w przypadku polskiego klubu jest również efektem masy szczęścia, a nie jedynie wynikiem normalnej, równej działalności. Musimy doprowadzić do tego, aby tak nie było. Sposoby są dwa. Pierwszy – wszyscy myślą, że przyjedzie tu jakiś wujek z Arabii Saudyjskiej, włoży miliard dolarów w Legię, a ona kupi zawodników, którzy zabezpieczą jej grę w pucharach. Teoretycznie to jest możliwe, ale w sporcie walczymy o to, aby nie było to możliwe. Ale na razie jest. PSG nie było żadnym wielkim klubem, City to samo, byli normalnymi drużynami, wiele innych angielskich klubów miało większą potęgę. Drugim sposobem, o co ja walczę od paru lat, jest zbudowanie naszej pozycji poprzez ranking. Ten ranking polepszymy nie grając regularnie w LM, ale nawet w Lidze Konferencji, nie mówiąc już o Lidze Europy. Zobaczcie, co się stało w Szkocji. Celtic długo był mniej więcej na tym poziomie co Legia. Był jedynym reprezentantem ligi. Doszli Rangersi z sukcesami i dzisiaj są na 11. miejscu, więc de facto będą wchodzić do Ligi Mistrzów bez kwalifikacji. My mając trzy kluby w pucharach, będziemy w takim miejscu, aby realistycznie myśleć o rozwoju. Bycia kiedyś pewnym Ligi Europy albo przejścia rundę dalej w eliminacjach. To jest szansa dla Polski. I jestem przekonany, że idziemy w tę stronę. Możecie mówić o polskiej lidze, co chcecie, a ja twierdzę, że jej poziom się podwyższa. Problem jest taki, że najlepsi młodzi zawodnicy są sprzedawani, bo kluby muszą łatać budżety. Mało kto może ich zatrzymać. To jest problem. Ale idziemy w dobrym kierunku – napływ talentu czy atrakcyjność ligi świadczą o tym, że będziemy mieli w ciągu paru lat większe szanse. Zatwierdzenie tego stabilnego formatu, z listem intencyjnym co najmniej na sześć lat do 2030 roku, powoduje, że jako Polska możemy iść do góry. Mamy znacznie większy potencjał, niż to co oglądamy. Wiedzą o tym wszyscy w Europie i wszyscy są zdziwieni, dlaczego jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Ale to lata zaniedbań, które nadrabiamy – inwestycje klubów w infrastrukturę czy akademię, to zaprocentuje, kwestia czasu.

Szanse na wejście kogokolwiek do fazy grupowej będą niewielkie. O Lidze Europy możemy zapomnieć, a w Lidze Konferencji nasze kluby nie będą rozstawione. Legia jako mistrz jest jakąś jedyną nadzieją.

Lech pokazał w tym roku, że to jest realne. Nie wiem, czy czwarty będzie Piast czy Lechia. Pogoń nie ma żadnego doświadczenia, ale nadzieją jest, że nie wyprzedadzą składu. Jest dobry trener, jest stabilizacja, oni mogą zrobić niespodziankę. Mogą trafić na silnego rywala, to jest piłka, ale czasem trzeba wygrać z silnym rywalem, aby coś osiągnąć. My aby dostać się do Ligi Mistrzów, też będziemy musieli to zrobić. W pierwszych dwóch rundach będziemy rozstawieni, a później już dostaniemy kogoś o wiele wyżej ułożonego w rankingu. Trudno, trzeba wygrywać z lepszymi.

Rozwarstwienie między najlepszymi ligami świata a resztą da się jeszcze zatrzymać? Czy mówimy już tylko o powstrzymywaniu tego w czasie, kiedy przepaść będzie jeszcze bardziej drastyczna?

Ten system jest skonstruowany tak, że betonuje to rozwarstwienie i umacnia je, a nie umniejsza. To trzeba by zmienić, że ktoś z automatu gra w Lidze Mistrzów, ale nie wiem, czy władze UEFY będą gotowe na aż tak radykalny ruch.

Takiej sytuacji jeszcze nie mieliśmy: wiceprezydentem UEFA Zbigniew Boniek, pan wysoko w strukturach również z niezwykle ważną rolą w ECA. Na ile wasza współpraca miała znaczenie, że kluby średnie dostały miejsce w Lidze Mistrzów, a nie te z TOP10 jak zakładano jeszcze dwa tygodnie wcześniej?

Zadzwoniłem do prezesa Bońka, aby mu powiedzieć, że zamierzam o to walczyć. To nie wychodziło z UEFA, musiało być rozwiązane między klubami i wyjść od nich. Zapowiedziałem, że będę o to walczył i żeby w razie czego nas wspierał. Natomiast to były dwa ciężkie tygodnie pracy – tak 10 godzin dziennie na telefonie. Inaczej miał wyglądać ten układ sił z 32 klubami w Lidze Mistrzów oraz z miejscami dla najlepszych.

A to że Zbigniew Boniek został wiceprezesem coś dla polskiej piłki oznacza czy powiedzmy jeden finał Ligi Europy więcej?

To bardzo prestiżowa funkcja. Pewnie nie ma większego znaczenia z punktu widzenia ECA, ale z punktu widzenia budowania prestiżu, jego pozycji i pozytywnego wpływu w naszym interesie, to są super wiadomości.

Jak wchodził pan do piłki parę lat temu, to pewnie przejechał się na niejednej osobie wysoko postawionej, co ostatnie dni potwierdzają. Tam rzeczywiście nie wiadomo komu wierzyć?

To był wielki zawód osobisty. Aż z czymś takim to się jeszcze nie spotkałem w bezpośredni sposób. Z takim dużym zawodem. Natomiast mam taką naturę, że może nie zapominam, ale nie pozwalam sobie, aby przestać ufać ludziom, bo inaczej życie traci sens.

Może się okazać, że Agnelli czy Perez przestaną pełnić funkcje prezesów swoich klubów?

W przypadku Pereza to bardziej prawdopodobne, bo jest wybierany. W przypadku Andrei jego rodzina jest właścicielem klubu, więc to decyzja rodzinna. Sądzę, że nie. Jak długo będzie chciał to robić, będzie pracował.

Jak wyglądałaby rozmowa, gdyby teraz zadzwonił Agnelli?

Nie byłaby przyjemna ani długa.

Czy któryś z klubów przeprosił w odpowiedni sposób? Zareagował tak, jak powinien z refleksją?

Słowa „przepraszam” zawsze są pomocne, natomiast nie widzę większej prawdziwości w tych przeprosinach. To bardziej PR, damage control, niż prawdziwa skrucha.

Wróćmy jeszcze na moment do feralnej niedzieli. Po porannym telefonie od Ceferina co tak naprawdę się wydarzyło?

Spać nie wróciłem, cały czas to się grzało. Musieliśmy zwołać posiedzenie zarządu na wieczór. To niedziela, czyli dzień meczów, my akurat graliśmy z Cracovią. Miałem komitet ustawodawczy w małym gronie tuż przed meczem, do pierwszego gwizdka, a od razu po wchodziłem na główny zarząd, gdzie podejmowaliśmy kluczowe decyzje. Wątkiem, który ja pchałem, była komunikacja. Abyśmy zajęli jakieś jasne stanowisko. Oni jeszcze nie wierzyli, że to prawdziwe. Komunikat Superligi miał się ukazać o 22, finalnie wylądował po północy. 7 z 12 członków tych klubów było w zarządzie, ale brakowało ich na spotkaniu, co jasno stawiało sprawę. Nie było Jimeneza z Realu ani Agnellego. Rozmawialiśmy wtedy z PSG czy Bayernem, jak działamy. W międzyczasie dziesiątki telefonów o sytuacji. Najtrudniejsze było to, że do końca niedzieli nie wiedzieliśmy, czy to się stanie. Ogłosili to w nocy. Istniało zawahanie, czy powinniśmy się wypowiadać przed nimi, ale byłem przekonany, że musimy zająć stanowisko. Dostali informację o posiedzeniu, nie pojawili się, więc jako zarząd nie możemy siedzieć, czekać i nic nie robić, bo paru gości zabrakło.

Co zmienić teraz w UEFIE? Oni na kolejne długi chcieli reagować kolejnymi pożyczkami. A tu już słyszymy, że Ceferin ma luzować Finansowe Fair Play, co wyklucza się z ostatnim przekazem. Nie powinno być rozmowy o lepszym zarządzaniu?

Nie słyszałem o konkretach, pewnie poluzowanie konieczne jest w tym okresie z powodu licznych strat zdecydowanej większości. Rozwiązaniem jest pójście w ograniczanie i kontrolowanie kosztów. To bardzo trudne w całej piramidzie futbolowej. Kluby dzisiaj nie zarabiają. To co zarobią, reinwestują. Wszyscy walczą, aby było więcej i więcej, a na koniec te pieniądze idą do wąskiej grupy zawodników i jeszcze węższej grupy agentów. To wszystko.

Co było główną przyczyną, że Superliga upadła tak szybko?

Wszystko razem. Nie jeden czy drugi czynnik. Siła ogółu łącznie z wypowiadającymi się trenerami i piłkarzami. W pewnym momencie zrozumieli, że to jest nie do wygrania. Później czytałem, że pozatrudniali najlepsze agencje piarowe, kancelarie prawne, wydawało się to mocne, ale wyszło średnio. Wyglądało to na nieprzygotowane. Dlaczego wybrali akurat taki moment? Z UEFĄ mieli się zobowiązać indywidualnie jako kluby na cały okres reform, to dopiero wstępne umowy, ale w poniedziałek nadchodził moment zobowiązania prawnego. I sądzę, że to był dla nich ostatni dzwonek. Byli pewni siebie, tym jak się zachowywali, co mówili. Liczyli, że to wyjdzie.

Takie rzeczy wynikają z potęgi ich klubów czy osobistych cech charakterów ich szefów?

Sądzę, że to wypadkowa wszystkiego. Nie ma prostych odpowiedzi na takie pytania. To na pewno życie w pewnej bańce, jak z tym porównaniem do polityków, życie w środowisku, które ciągle ci przytakuje i mówi to, co chcesz usłyszeć. Rola szefów największych klubów przez lata też daje ci złudne poczucie, że ty jesteś jakiś specjalny, że wiesz lepiej, rozumiesz lepiej i widzisz więcej. A tak nie jest. Szczególnie jak się odrywasz od ziemi i nie dotykasz jej. To arogancja wynikająca z pozycji przez długie lata. I pewnie też to, że zawsze im się udawało przez ostatnie lata. Trudnej, łatwiej, ale zyskiwali to, co chcieli. Finanse też nie były bez znaczenia, kryzys w jakim się znaleźli bez oczywistej drogi wyjścia. Linia kredytowa JP Morgan wydawała się zbawieniem dla wielu z nich, aby przetrwać. I jako kluby, a szczególnie jako osoby, jednak osłabili swoje pozycje. Sądzę, że będzie jakiś okres rekoncyliacji, ale to też byłoby złe, gdyby UEFA poszła w stronę triumfalizmu. Nie o to chodzi, nie wszystko jest cudownie, mamy jeszcze sporo kwestii do zaadresowania, więc potrzeba pokory i zrozumienia. Mam nadzieję, że siła obalająca Superligę to ta sama siła, która nie jest szczęśliwa z tym, co aktualnie widzimy. I to trzeba zaadresować.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.