Milwaukee Bucks mistrzami NBA! Fantastyczny Giannis przypieczętował powrót na szczyt po 50 latach

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Milwaukee Bucks
Fot. Jonathan Daniel/Getty Images

Poznaliśmy mistrza NBA w sezonie 2020/21. Po sześciu meczach tytuł zdobyli Milwaukee Bucks. Bo choć dwa pierwsze starcia finałów padły łupem Phoenix Suns, to jednak Kozłom udało się wygrać cztery spotkania z rzędu i we wtorkową noc wznieść trofeum Larry’ego O’Briena. Tym samym udało się Bucks zdobyć pierwsze od 1971 roku mistrzostwo – i to w większości w oparciu o wychowanych przez siebie zawodników. Na szczyt zaprowadził ich niesamowity Giannis Antetokounmpo.

Tak się przechodzi do historii. Milwaukee Bucks wygrali 105:98 w szóstym meczu tegorocznych finałów i zdobyli mistrzostwo. Dla klubu pierwsze od 1971 roku, a dla wszystkich zawodników Bucks pierwsze w ogóle. Zakończył się tym samym jeden z najdziwniejszych sezonów NBA w ostatnich latach, choć mistrza deprecjonować przez to nie należy. W tych trudnych okolicznościach ekipa z Milwaukee poradziła sobie wszak najlepiej, nawet jeśli po drodze – jak każdy mistrz w każdym sporcie – miała trochę szczęścia.

Zdobył więc mistrzostwo Giannis Antetokounmpo. Całe finały zweryfikowały go jako jednego z największych. Momentami nawet nie człowieka, a raczej greckiego boga. Robił bowiem Grek rzeczy w tych finałach niebywałe i zarezerwowane dla największych tego sportu. Wpływał na grę po obu stronach boiska, a tytuł przypieczętował występem iście epickim. Zapamiętamy zresztą nie tylko jego fantastyczne liczby, ale też kilka zagrań, które za kilka dekad będziemy wspominać jak przechwyt Havlicka czy wzruszenie ramion MJ’a.

POKONANE DEMONY

Blok z trzeciego meczu, wsad z piątego, wreszcie aż 50 oczek ze starcia numer sześć (ze 105 punktów całej drużyny), do których dołożył jeszcze 14 zbiórek oraz pięć zablokowanych rzutów. Po drodze Giannis rozprawił się ze swoimi największymi demonami, trafiając z linii rzutów wolnych aż 17 z 19 prób. W najważniejszym momencie nie pozwolił tej historii wypłynąć na powierzchnię, choć długo dominowała przecież w trakcie tegorocznej przygody Bucks w playoffs. Wręcz przeciwnie – pokazał ogromną siłę.

O tej sile trzeba mówić także w kontekście powrotu do gry po kontuzji, do której doszło ledwie trzy tygodnie temu w finałach konferencji przeciwko Hawks. Wtedy wielu – w tym sam Antetokounmpo – obawiało się, że to koniec. Nie tylko tego, ale i następnego sezonu. Grek tymczasem nie tylko był gotów na pierwszy mecz finałów, lecz został ich najlepszym graczem. Głosowanie wygrał jednogłośnie: 11 do zera. Najbardziej krytykowany MVP w historii raz na zawsze rozprawił się z łatką, że potrafi tylko biegać i wsadzać piłkę z góry.

WRESZCIE NAJLEPSZY

Spełnił też obietnicę wobec Milwaukee i dał miastu oraz drużynie pierwszy od 1971 roku tytuł mistrzowski. W drodze do tego Bucks wygrali 16 meczów, czyli o jeden więcej niż w sezonie 2013/14, debiutanckim dla Antetokounmpo w lidze. Tak, jak rósł Giannis, tak rosła drużyna w Milwaukee. Grek ekscytację wzbudzał od lat, ale spośród wielu menedżerów NBA, którzy odwiedzali go na meczach drugiej ligi greckiej, żaden nie chciał zaryzykować. Zrobili to dopiero Bucks, stawiając na chudziutkiego 18-latka z potencjałem.

Dziś jest więc chwila na świętowanie – tak przez wszystkich w klubie wyczekiwana. Giannis po końcowej syrenie usiadł obok ławki rezerwowych i zalał się łzami. Lata temu, gdy zdobywał kolejną statuetkę MVP, to mówił, że prawdziwą nobilitację da mu dopiero zdobycie mistrzostwa. Prosił, by nie nazywać go wtedy żadnym najlepszym graczem. Dziś wreszcie można to o nim powiedzieć – głośno i dobitnie. Osiem lat temu Antetokounmpo miał tylko wielkie marzenia. W drodze do ich spełnienia sam wielkim się stał.

MISTRZOSTWA NIE ODBIERZE NIKT

Zdobył więc mistrzostwo Khris Middleton, który do Milwaukee trafił jako dorzucony do transferu kontrakt. Wybrany w drugiej rundzie draftu, do NBA przebijał się m.in. przez G-League, a okazał się idealnym partnerem dla Antetokounmpo. U jego boku przeżywał swoje najgorsze, ale i najlepsze chwile – oni tylko wiedzą, ile ich to wszystko kosztowało i jak bardzo wzmocniło oraz przygotowało na ten moment. W finałach przez długi czas był na bakier ze skutecznością, ale w najważniejszych chwilach nie zawodził.

Zdobył więc mistrzostwo Jrue Holiday, po którego Bucks sięgnęli przed sezonem, oddając do Nowego Orleanu cały zastęp wyborów w drafcie. Cenę zapłacili wysoką, ale przecież się opłaciło. Cokolwiek z tych wyborów za lat kilka wyrośnie, nikt nie odbierze Kozłom mistrzostwa, którego nie byłoby bez Holidaya. W trakcie finałów człowieka jednak od brudnej roboty. Jego fantastyczna postawa w obronie bez wątpienia zmieniła oblicze tej serii i pozwoliła Milwaukee wygrać cztery kolejne mecze po dwóch porażkach na start.

Z BLASKIEM TROFEUM

Zdobył więc mistrzostwo trener Mike Budenholzer, udowadniając po drodze, że jest jednak dużym fachowcem. Od początku sezonu eksperymentował i stał się dużo bardziej otwarty na zmiany, co w fazie play-off przyniosło bardzo dobre efekty. Lepiej reagował i choć nie wszystko było idealne, to dziś jest trenerem mistrzów NBA. Dwukrotnie podnosił Bucks ze stanu 0-2 w tegorocznych playoffs i wreszcie wszedł na szczyt mimo niepowodzeń w latach poprzednich, najprawdopodobniej ratując tym samym swoją posadę.

Zdobyli więc mistrzostwo Brook Lopez, PJ Tucker, Bobby Portis i Pat Connaughton, którzy tak w finałach, jak i w drodze do nich, sporo się napracowali. Na każdego mogli Bucks liczyć i każdy dał im sporo wartościowych minut. Ważną kwestią będzie teraz w Milwaukee utrzymanie mistrzowskiego składu, ale tym pomartwić mogą się z uśmiechem na twarzy i blaskiem trofeum Larry’ego O’Briena w oczach. Czekano na to wszak pięć długich dekad, więc teraz chwilą należy się po prostu delektować.

SZCZĘŚLIWE ZAKOŃCZENIE

Wciąż na mistrzostwo poczekają tymczasem w Phoenix, choć Chris Paul, Devin Booker i cała reszta mogą trzymać głowy wysoko w górze. Za nimi piękne tygodnie – jednak bez szczęśliwego zakończenia, co szczególnie boleć musi CP3. Nikt nigdy tak często nie przegrywał w fazie play-off pomimo prowadzenia 2-0 w serii. No a sam Paul jeszcze nigdy nie był tak blisko tytułu, a znów musi obejść się smakiem. 36-letni rozgrywający zapowiedział już jednak, że o zakończeniu kariery na razie nie myśli.

Najdziwniej po tym wszystkim poczuje się Booker, bo za kilka dni spotka Middletona i Holidaya w Tokio, gdy cała trójka dołączy do amerykańskiej reprezentacji na turniej olimpijski. Giannis i pozostali gracze Bucks pewnie będą wtedy jeszcze świętować. Oni wykorzystali poprzednie porażki jako dodatkową motywację i można spodziewać się, że w przypadku Suns będzie podobnie. CP3 co prawda młodszy nie będzie, ale Booker i Ayton pokazali w tegorocznych playoffs, że w Phoenix wszystko idzie w świetnym kierunku.

Wszak ich marsz po mistrzostwo zatrzymał dopiero pewien grecki bóg.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.