Kozły ofiarne. Czy odpadnięcie z Miami Heat wywoła w Milwaukee Bucks trzęsienie ziemi?

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Milwaukee Bucks v Miami Heat - Game Three
Fot. Mike Ehrmann/Getty Images

Najlepsza drużyna NBA w rozgrywkach zasadniczych może zostać już dziś wyeliminowana z play-offów. Czy to koniec marzeń o zbudowaniu mistrzowskiej ekipy w Milwaukee w oparciu o dwukrotnego (to już tylko formalność) MVP Giannisa Antetokounmpo? Wszystko na to wskazuje.

Milwaukee to chłodne robotnicze miasto na północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych, stosunkowo niedaleko od Chicago. Jest zamieszkałe w 70 procentach przez emigrantów z Polski, choć głównie jeszcze z końca XIX wieku. Zdecydowana większość już nie mówi po polsku, chociaż polsko brzmiących nazwisk nie brakuje i spotyka się je na każdym kroku.

49 lat temu Bucks prowadzeni przez młodziutkiego Kareema-Abdula Jabbara (jeszcze używającego swojego oryginalnego nazwiska Lew Alcindor) oraz doświadczonego Oscara Robertsona zdobyli jedyne mistrzostwo w historii. Od tamtych czasów w Milwaukee zdarzały się solidne zespoły - jak ten z Sidneyem Moncriefem w latach 80. czy z Rayem Allenem i Glennem Robinsonem na początku obecnego tysiąclecia, gdy omal nie udało się awansować do wielkiego finału. Wtedy jednak na drodze stanął im Allen Iverson z Philadelphia 76ers oraz… sędziowie, którzy podjęli krzywdzące dla nich decyzje w decydującym meczu.

STRATA NIE DO ODROBIENIA

Niemniej od czasów Jabbara nie było tam takiego talentu jak grecki olbrzym, powszechnie uważany teraz za najlepszego koszykarza świata Giannis Antetokounmpo. Z nim Bucks w dwóch ostatnich sezonach kończyli rozgrywki zasadnicze z najlepszym bilansem w Konferencji Wschodniej i zaliczali się do ścisłych faworytów do zdobycia tytułu. W ubiegłym sezonie wyeliminowali ich jednak Toronto Raptors - późniejsi mistrzowie z MVP Kawhi Leonardem na czele - a teraz wszystko wskazuje na to, że pogromcami będą niedoceniani przez fachowców, twardzi mentalnie i fizycznie Miami Heat. Bucks przegrywają w tej serii 0-3 i do tej pory w całej historii NBA żadna drużyna nie odrobiła takiej straty.

- Czuję, że możemy być pierwsi, na pewno nas na to stać - powiedział w piątek wieczorem Antetokounmpo, ale wydaje się to być wyłącznie myślenie życzeniowe. Realnych przesłanek ku temu nie ma. Bucks są zdecydowanie gorsi, a sam Giannis gra znacznie poniżej oczekiwań oraz swojego normalnego poziomu.

- Przereklamowany! - napisał na Twitterze naczelny kryty Skip Bayless, słynący z atakowania najwybitniejszych sportowców i wnerwiania kibiców. Fox Sports płaci mu za to zresztą ponad ponad sześć milionów dolarów rocznie, bo "hejterstwo się klika". W tym wypadku nie jest jednak odosobniony. Na kilka dni przed odebraniem swojej drugiej statuetki MVP Giannis wygląda jak jeden z koszykarzy w oryginalnym filmie "Space Jam", gdy złe moce nagle odebrały im talent. W piątkowym spotkaniu, w którym Heat zdeklasowali rywali w czwartej kwarcie, wygrywając ją 40:13, trafił zaledwie 7 na 21 rzutów (0 na 7 z dystansu), zdobywając 21 punktów, znacznie poniżej tego, czego Bucks potrzebowali od teoretycznie najbardziej dominującego zawodnika w lidze.

To nie Antetokounmpo, ale znacznie mniejszy od niego Jimmy Butler wyrósł na najlepszego zawodnika na parkiecie. Jest emocjonalnym liderem zespołu, który znalazł sposób na powstrzymanie greckiego giganta. Szczelna, doskonale zaplanowana przez mistrzowskiego coacha Ericka Spoelstrę defensywa Heat uwypukliła także mankamenty w grze 25-letniego gwiazdora, który nie mógł już wyłącznie polegać na swoim atletyzmie. Okazało się, że wystarczyło zacieśnić drogę do kosza i zmuszać go do oddawania rzutów z dalszej odległości. Wtedy cała konstrukcja obecnego systemu gry drużyny Mike'a Budenholzera runęła niczym zamek na piasku.

Bucks rozpoczęli ten sezon bardzo imponującego, bo od najlepszego bilansu w lidze 52-8, gdy zdobywali średnio o 12.7 punktów więcej od swoich rywali, ale od tego czasu zostali rozpracowani przez skautów z obozów przeciwnych. W ostatnich 21 meczach ten bilans to 8-13. Drastyczna zmiana i gigantyczny krok w tył. Drużyna przestała funkcjonować na najwyższym poziomie.

LIDER ZAWODZI I NIE MA WSPARCIA

Dlaczego? Na pewno częściowo można winić działaczy, którzy nie potrafili uzupełnić zespołu tak, aby skonstruować go optymalnie wokół Giannisa, zatrudniając klasycznych snajperów. Bucks nie mają takich zawodników jak Duncan Robinson, Goran Dragić czy Tyler Herro. To oni sieją spustoszenie w dominującej w tej serii ekipie Heat. Błędem było wybranie chimerycznego i często kontuzjowanego Erika Bledsoe zamiast Malcolma Brogdona, który odszedł do Indiana Pacers, a jest przecież nie tylko bardziej kompletnym graczem, ale również liderem w szatni.

Nie można jednak zupełnie rozgrzeszać samego Giannisa. Oczywiście nie ma obok siebie drugiej gwiazdy z najwyższej półki. Kris Middleton to nie jest Anthony Davis, Russell Westbrook, Paul George czy nawet Kemba Walker, ale musi uderzyć się w pierś i przyznać, że na razie zawodzi.

- Jestem w szoku. Heat zamknęli Giannisowi drogę do kosza. To wystarczyło - mówił w NBA TV Isiah Thomas.

W analizie w CBS Sports czytamy: - Bucks stali się ekstremalnie przewidywalni po obu stronach parkietu. Zostawiają rywalom dużo wolnego miejsca na obwodzie, a Heat mają mnóstwo snajperów. W ataku polegają na gościu, który nie potrafi rzucać, a w dzisiejszej NBA to jest wyrok śmierci. Oczywiście nie zapominamy, że Antetokounmpo to jeden z najbardziej oryginalnych talentów w historii, ale nie potrafi rzucać. Poza przebijaniem się przez obrońców jak kula bilardowa, nie kreuje ofensywy, a to jest duży problem. Gdy Bucks odpadną na pewno dojdzie do dyskusji, że Giannis potrzebuje lepszych partnerów i faktycznie - ci obecni nie gwarantują mistrzowskiego tytułu. Nie zmienia to jednak faktu, że potrzebuje ich, aby zatuszowali gigantyczny mankament w jego własnej grze.

CO ZROBI GRECKI OLBRZYM?

Antetokounmpo będzie wolnym agentem latem 2021 roku i już niebawem dojdzie do podobnej debaty jak ponad dekadę temu. Wówczas LeBron James - mający statuetki MVP, ale nie mogący doprosić się działaczy o ściągnięcie drugiej, pasującej do jego stylu gwiazdy - postanowił opuścić Cleveland i przenieść się do Miami. Tam jako członek wielkiego tercetu z Dwyanem Wade'em i Chrisem Boshem cztery razy z rzędu zagrał w wielkim finale i wywalczył dwa upragnione pierścienie.

Giannis może pójść w jego ślady. Od kilku tygodni spekuluje się, że za rok wyląduje… właśnie w Miami. Gdyby dołączył do obecnej ekipy Heat - trochę bardziej niczym Kevin Durant, który po przegranej serii z Golden State Warriors w 2016 roku, jako lider Oklahoma City Thunder, podpisał kontrakt z ekipą swoich pogromców - ci z miejsca staliby się najmocniejszym zespołem w NBA i głównym faworytem do stworzenia mistrzowskiej dynastii. Na Florydzie nie musiałby się obawiać o brak skutecznych snajperów (wspomniani Robinson i Herro), drugiej gwiazdy w typie boiskowego twardziela (Butler) czy też sprawnego zawodnika podkoszowego, stawiającego zasłony i potrafiącego odciążyć go w tej strefie (rozwijający się dynamicznie Bam Adebayo).

To tylko spekulacje, ale gdy w grę wchodzą najlepszy prezes w całej lidze w osobie charyzmatycznego Pata Rileya oraz jeden z najlepszych właścicieli Micky Arison - taki scenariusz wydaje się bardzo prawdopodobny. Milwaukee przeżyłoby trzęsienie ziemi i musiałoby zapomnieć o większych ambicjach na długie lata. No chyba, że Bucks rzeczywiście zostaną pierwszym zespołem w historii, który odrobi straty z 0-3 i wygra serię. Czy jednak opłaca się postawić na to swoją ostatnią pensję? W żadnym wypadku.

Podziel się lub zapisz
W jego sercu na zawsze pozostaje Los Angeles i drużyna Jeziorowców. Marcin Harasimowicz przesyła korespondencję z USA, gdzie opisuje najważniejsze wydarzenia ze świata NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.