Mikstura sposobu i farta. Michniewicza wykłady z wielkich meczów w Europie (ANALIZA)

Zobacz również:Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski
Pilka nozna. Liga Mistrzow. Dinamo Zagrzeb - Legia Warszawa. 04.08.2021
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Legia w III rundzie el. Ligi Mistrzów wywozi korzystny rezultat (1:1) ze stadionu Maksimir, gdzie nie tak dawno przegrywał Tottenham (0:3) José Mourinho oraz Atalanta (0:4) Gian Piero Gasperiniego. Dość absurdalnie wybrzmiewają teraz słowa o braku doświadczenia Czesława Michniewicza w Europie. Bo przedłużenia szans z Dinamem Zagrzeb nie można wytłumaczyć wieloletnim, zmyślnym zarządzaniem klubem przez Dariusza Mioduskiego ani wizjonerską, fachową budową kadry przez Radosława Kucharskiego, tylko miksem szczęścia, konsekwencji i planu wyrysowanego przez trenera. Michniewicz jest dopiero w połowie drogi, aby Zagrzeb dopisać do listy wielkich wygranych bitew jak z Włochami, Belgią czy Portugalią.

Nie najlepiej zestarzał się apel Dariusza Mioduskiego, aby Czesław Michniewicz jako menedżer przygotowujący się do pucharów po raz pierwszy (co nie jest prawdą) nie budował sobie alibi na przyszłość wypowiedziami o wąskiej kadrze. Niespełna dwa miesiące później nie poległ z Legią na trudnym terenie w Zagrzebiu, a na półmetku rywalizacji z Dinamem remisuje 1:1. Od tej rundy eliminacji role się odwróciły, bo mistrzowie Polski nie będą prowadzić gry ani występować w roli faworyta jak choćby z Florą Tallin, tylko dostosowywać się do realiów przeciwnika. Mając jednak w pamięci wygrane bitwy Michniewicza, w których zdecydowanie był skazywany na porażkę, paradoksalnie takie okoliczności mogą mu sprzyjać.

Dużym brakiem świadomości o stanie futbolu byłoby wymaganie od Legii, aby z Dinamem prowadziła grę, częściej utrzymywała się przy piłce albo oddawała więcej strzałów. Należało jednak wymagać, aby przy wszystkich swoich ograniczeniach – widocznych na pierwszy rzut oka przy elektrycznych przyjęciach piłki Bartosza Slisza albo Rafy Lopesa – zaproponowała na Maksimirze walkę i stworzyła kilka sytuacji. Dinamo nie jest zespołem z innej planety, bo w Zagrzebiu potrafił zremisować choćby Ferencváros. Jest jednak kilka półek wyżej, o czym świadczą takie rezultaty u siebie jak 4:0 z Atalantą Gasperiniego, 3:3 z Szachtarem Donieck, 3:1 z CSKA Moskwa czy 3:0 z Tottenhamem Mourinho. Z jedenastki eliminującej The Special One z Ligi Europy w marcu tego roku, dziesięciu tych samych piłkarzy zagrało od początku z Legią, zabrakło tylko kapitana Arijana Ademiego.

Boisko dla technicznych

Różnicy poziomów między oboma klubami nie mierzy się sprzedażami Daniego Olmo za 22 mln ani Josko Gvardiola za 19 mln do Lipska, tylko tym jak obie drużyny operowały piłką na skandalicznej murawie na Maksimirze. Wtedy zyskujemy odpowiedź, kto wysłał 7 piłkarzy na Euro 2020, dlaczego Mislav Orsic kręcił Hiszpanami jak dziećmi, a Bruno Petković grał od początku w ćwierćfinale mistrzostw Europy. Widząc, ile problemów sprawiało przyjęcie Sliszowi albo Lopesowi, a jak futbolówkę podbijał sobie Luka Ivanusec, najskuteczniej uzmysłowić, o jakiej przepaści rozmawiamy w indywidualnej jakości piłkarzy.

Arturowi Borucowi należy podziękować za czujność i 4 interwencje, bo kiedy piłka skakała przed polem karnym, Ivanusec czy Lovro Majer nie mieli chwili zawahania, aby uderzać ją potężnie na bramkę. Wtedy widzieliśmy czystość ich uderzenia, tak samo jak przy dokładności przerzutów oraz dośrodkowań ze stojącej piłki. Czuć, że Chorwaci są wychowywani w duchu technicznej piłki po tym z jaką łatwością przedostają się pod bramkę. Paradoks meczu w Zagrzebiu polega na tym, że to Legia wyrównała po bramce sprzed szesnastki, ale tu przypadku również nie było. 20-letni Ernest Muci zaprezentował powtarzalność, bo identycznie do strzału składał się kilka dni wcześniej przy zwycięskim golu z Wisłą Płock (1:0). Trener Michniewicz jedynie to uwiarygodnił: to ulubiona pozycja Albańczyka do uderzenia.

Złap mnie, jeśli potrafisz

Najbardziej przepaść piłkarską obnażał potężny napastnik Bruno Petković, umiejętnościami jak najbardziej przystający do piłki z topowych pięciu lig. Na mierzącego 193 cm wzrostu nie pomagały zapaśnicze chwyty Mateusza Wieteski ani agresja Artura Jędrzejczyka. To dziewiątka jaką doceniasz nawet wtedy, kiedy nie zdobędzie bramki. Zresztą tym najbardziej objawiał słabości mistrzów Polski, wyciągając ich łatwo ze swojej strefy. Jedną z sytuacji bramkowych zapoczątkował, zastawiając się i przetrzymując piłkę pod własną szesnastką. Wtedy kilkadziesiąt metrów pobiegł za nim Jędrzejczyk. Chorwat dał pokaz gry tyłem do bramki i obracania się z piłką, ale na tym też polega strategia Dynama, aby on tworzył przestrzeń, a na wolne pole z bocznych stref ścinali Orsić oraz Ivanusec.

Legii, nie bez szczęścia w kilku sytuacjach, udało się nie ucierpieć od tej broni. Najbardziej dała się zaskoczyć w klasyczny sposób, czyli po dośrodkowaniu, gdy Andre Martins wracał na boisko po interwencji lekarzy, a zespół był równie nieobecny jak on w ostatnich minutach. Wystarczył krok Petkovicia do tyłu, aby rasowo nabiec na piłkę i zaskoczyć Wieteskę oraz Nawrockiego. Błąd na konto całego środka defensywy, bo wiedzieli, że to stały numer Bruno. Patrząc jednak, ile zagrożenia tworzy 26-latek, jeden stracony gol w Zagrzebiu należy uznać za spory sukces. Dopiero bezlitosne środki i agresja ograniczały jego poczynania, ale w dobie VAR-u Wieteska mógłby nie schodzić z murawy z takim uśmiechem. Stoper wyprowadzający piłkę w Legii na pewno skorzystał z okoliczności eliminacji europejskich pucharów, bo inaczej Lahoz mógłby nasłuchiwać sygnałów od kolegów.

O włos od planu alarmowego

Sukcesu Legii w Zagrzebiu nie można zapisać kadrze zarządzającej w takim stopniu jak trenerowi. Bo do doskonałego planu na zatrzymanie indywidualności, należy dodać szczęście oraz mentalność graczy, a nie przygotowanie na każdą ewentualność. Zapowiadało się katastrofą, bo już w 7. minucie Bartosz Slisz obejrzał żółtą kartkę. Dinamo nacierało, nerwy narastały. A dodając do tego ładunek emocjonalny z weekendu – dwie czerwone kartki Josue i Mladenovicia oraz fatalny, niepewny występ samego Slisza – pachniało problemami.

Slisz jest człowiekiem najbardziej kojarzonym z czarnej roboty i awaryjnych wejść na przerwanie akcji, dlatego szybko musiał ochłodzić głowę. Oczy latały, kiedy piłkę w środku wymieniali Majer, Ivanusec i Orsić, ale 22-latek nie miał już miejsca na skuchę. Bez marginesu błędu. W normalnych okolicznościach, gdyby problemy narastały, trener szykowałby zmianę. Ale Michniewicz pola manerwu z biegającym środkowym pomocnikiem nie miał: Kisiela nawet nie wziął, a Josue to raczej grający na stojąco piłkarz przeznaczony do ataku, więc alternatyw zero.

Każda taka sytuacja – począwszy od kartki Slisza po interwencję medyczną u Andre Martinsa – wywołuje u szkoleniowca zbędne nerwy. Bo jeśli będzie trzeba zmieniać, to zarazem zmieniać koncepcję i profil piłkarzy. Josue to świetny rozgrywający, ale wszedłby na mecz, gdy 6 na 10 sunących ataków należało do gospodarzy. Szczęście całej Legii polegało na mądrości Slisza, który świetnie kontrolował pozycję i wyzbył się niepotrzebnych wejść, a przy tym nie stracił na agresji. Mądrze kalkulował, a przy tym to on dawał sygnały do ataku m.in. dwoma sprintami wzdłuż linii bocznej, pressingiem czy odważnym podejściem do Petkovicia. Z piłką widzieliśmy jego ograniczenia, bez niej dźwignięcie meczu o dużym ciężarze gatunkowym. To również odbiór Slisza poskutkował golem na 1:1 Muciego. Środek był newralgiczny – miał pokryć całą szerokość boiska oraz zarządzać inteligentnie piłką – i zdecydowanie to dźwignął.

Szczęście mistrzów Polski nie objawiało się jedynie w interwencjach Boruca, decyzjach Mateu Lahoza czy niecelnych strzałach Chorwatów. Również w takich detalach jak pojedyncze sytuacje Slisza czy Mladenovicia. Wszystko, co najgroźniejsze po stronie legionistów, brało się ze współpracy Luquinhasa oraz Mladenovicia. Tego drugiego nie zobaczymy w ekstraklasie przez trzy kolejki z powodu czerwieni, w Zagrzebiu też był zagrożony pauzuą, lecz na szczęście jej uniknął. Gdyby jednak musiał zatrzymywać Ivanuseca faulem, Legia zostałaby z Joelem Abu Hanną na rewanż. A to zmieniłoby całkowicie plany – po pierwsze, Izraelczyk to bardziej środkowy lub boczny obrońca, a nie wahadłowy, po drugie uczy się tej roli, po trzecie największy atut w postaci wahadłowych zostałby stracony. I jak tu myśleć o kreowaniu sytuacji oraz potencjanie odrabianiu strat.

Oswojony w roli niedocenianego

Sukces w Zagrzebiu był mieszanką farta, konsekwencji w grze oraz odwagi po stracie bramki, także koncentracji, wiary, agresji, a przede wszystkim planu na mecz. Było czuć, z wyjątkiem Petkovicia, że legioniści wiedzieli, czego się spodziewać po największym gwiazdach mistrza Chorwacji oraz jakie sektory zamykać, aby Orsić i Ivanusec nie poszaleli. Czesław Michniewicz trafił z kilkoma decyzjami: z debiutującym w pucharach 20-letnim Maikem Nawrockim, który dał większą pewność z piłką przy nodze; z Rafą Lopesem wpisującym się w charakterystykę piłkarza dźwigającego fortepian, ale w odpowiednich momentach stającego się drugim napastnikiem, jego ataki z głębi pola wprowadzały zamieszanie przy wrzutkach; także z walecznym, kreującym Emrelim zamiast Tomasa Pekharta. Potrzeba było więcej walczaków i biegaczy, a szczęście legionistów polega na tym, że skończyło się 1:1, a nie 0:2.

W świat idą rezultaty, a nie styl gry, dlatego dzisiaj Czesław Michniewicz jest człowiekiem od zwycięstw z młodzieżówką Portugalii, Belgii czy Włoch. Miał na nich plan taktyczny, potrafił wcielić go w życiu, a szczęście go nie zawiodło. On nie zagwarantuje takich sukcesów, ale może ograniczać rolę przypadku do minimum i zmniejszyć dystans, jaki dzielą faworyta oraz underdoga. Legię oraz Dinamo Zagrzeb na tym etapie dzieli bardzo wiele: w doświadczeniu, jakości piłkarskiej oraz przeświadczeniu o swojej mocy. Ale to nie znaczy, że Chorwatów nie da się uszczypnąć i nawiązać z nimi walki. Połowa misji wykonana, ale ta trudniejsza za 6 dni w Warszawie. W międzyczasie jeszcze Zagłębie Lubin na rozkładzie, chociaż może polska piłka pójdzie po rozum do głowy i przełoży spotkanie, zamiast dalej rzucać sobie kłody pod nogi. Inaczej z taką kadrą Michniewicza czeka konkretna gimnastyka.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.