„Mądrala z laptopem” z nosem do interesów. Michael Edwards zostawi w Liverpoolu wielkie dziedzictwo

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Michael Edwards
Michael Edwards (pierwszy z lewej) w towarzystwie Jürgena Kloppa i Mike'a Gordona. (Fot. John Powell/Liverpool FC via Getty Images)

Nie udziela wywiadów, trudno znaleźć jego zdjęcia w agencjach prasowych, nie istnieje o nim nawet notka na Wikipedii i najbardziej lubił przebywać w cieniu, a mimo tego gdy Michael Edwards odejdzie wraz z końcem sezonu z Liverpoolu, pozostawi dużą pustkę. Patrząc na jego dorobek, zostawi też niewdzięczne zadanie następcy.

Informacje o tym pojawiały się jeszcze przed rozpoczęciem sezonu, ale dopiero w trakcie listopadowej przerwy Liverpool potwierdził, że nie przedłuży wygasającego po zakończeniu rozgrywek kontraktu Michaela Edwardsa. Jeden ze współtwórców sukcesów ery Jürgena Kloppa przez kilka ostatnich lat pełnił funkcję dyrektora sportowego na Anfield i łączony był już z RB Leipzig oraz Newcastle.

Niewykluczone jednak, że do maja lista chętnych na jego usługi jeszcze się wydłuży. Wszystko dlatego, że Edwards wykonał w Liverpoolu kawał dobrej roboty i jest jednym z ludzi odpowiedzialnych za to, że ta drużyna poszła o kilka poziomów w górę na przestrzeni ostatnich lat. W klubie pracował od 2011 roku. Zaczynał jako analityk, a później przejął rolę dyrektora do spraw technicznych, by w 2016 roku zostać dyrektorem sportowym i pracować ramię w ramię z Kloppem oraz prezydentem spółki FSG Mike'iem Gordonem. To właśnie działania tej trójki sprawiły, że Liverpool z klubu, który oddalał się stopniowo od gry w Lidze Mistrzów, został jednym z najlepszych na świecie. I wcale nie dlatego, że wydawał tony pieniędzy. Liczył się pomysł, a Edwards go miał, dlatego jest tak ceniony i zostawi po sobie ogromną lukę.

CZŁOWIEK Z CIENIA

W świecie piłki są różne rodzaje dyrektorów sportowych. Jedni pchają się przed kamery i są od razu kojarzeni z klubami, w jakich pracują, a inni wolą, by mówiły za nich czyny. Edwards zdecydowanie pasuje do tej drugiej kategorii. Trudno znaleźć na jego temat bardziej szczegółowe informacje, nie ma go w mediach i agencje prasowe mają w bazie bardzo niewiele jego zdjęć. Nawet po zwycięskim dla Liverpoolu finale Ligi Mistrzów w 2019 roku Edwards nie pozował do nich zbytnio z całym zespołem, bo był w tym czasie zajęty. The Reds w tym meczu pokonali Tottenham, czyli byłego pracodawcę Edwardsa i gdy na murawie Wanda Metropolitano trwała feta, on rozmawiał z dawnymi znajomymi i pocieszał Daniela Levy'ego po porażce.

Nawet jego znajomi z dawnych lat długo nie wiedzieli, czym się właściwie zajmuje. Dopiero gdy kamery wyłowiły go kilka razy na trybunach Anfield, niektórzy z nich zdali sobie sprawę, że blondyn z postawionymi włosami w towarzystwie właścicieli The Reds to właśnie Edwards.

– Praca Michaela umyka z radarów, a jego rola w naszym sukcesie jest nieoceniona. Był kluczowy. Mocno starał się, by stworzyć dobrą drużynę i znakomite środowisko. Jego praca nie ograniczała się wyłącznie do znajdowania najdroższych celów transferowych. Dbał o rozwój zawodników i starał się, by nasza drużyna utrzymywała odpowiedni poziom z roku na rok – mówił Tom Werner, prezes Liverpoolu, tuż po tym, jak drużyna świętowała wyczekiwane mistrzostwo Anglii w sezonie 2019/20.

SKUTECZNY I OBROTNY

Wkład Edwardsa w budowę silnego Liverpoolu najlepiej widać na podstawie transferów, jakie przeprowadził. Odkąd 42-latek objął funkcję dyrektora sportowego, The Reds przeprowadzili znacznie więcej udanych ruchów i przede wszystkim zrobili to, nie zadłużając się po uszy. Anglik mocno stawia na analityczne podejście i na tej podstawie nie tylko zdiagnozował jeszcze jako dyrektor techniczny, że Klopp to najlepszy kandydat na menedżera Liverpoolu (anegdota o tym, jak przedstawiono Niemcowi liczby, potwierdzającego, że jego Borussię Dortmund w ostatnim sezonie pracy dopadł niewytłumaczalny pech to już klasyk wśród fanów The Reds), ale przede wszystkim potrafił dzięki temu świetnie poruszać się na rynku.

Edwards w sumie przeprowadził 49 transferów. Na 22 piłkarzy wydano za jego kadencji łącznie 487.5 miliona funtów, podczas gdy na sprzedaży innych zawodników udało się zarobić około 370 milionów (dane „Liverpool Echo”). To daje wydatek netto na poziomie niespełna 120 mln funtów i żeby zobrazować, jak bardzo zrównoważone jest to podejście, wystarczy powiedzieć, że w tym okresie aż dziesięć klubów z Premier League ma tę wartość na wyższym poziomie. Jak na wyniki, to znakomity bilans i nikt nie może zarzucić Liverpoolowi, że sukces sobie kupił.

Lista zakupów Edwardsa wygląda doprawdy imponująco. Mohamed Salah kosztował 39.5 mln funtów, gdy przychodził z Romy, a przecież dziś jest dla Liverpoolu bezcenny. Niewiele mniej, bo 37 mln, kosztował Sadio Mane. Georginio Wijnaldum przychodził za 25 mln, Thiago trafił z Bayernu za 20 mln, a to jeszcze nie koniec, bo dopiero dochodzimy do prawdziwych perełek. Za takie można uznać pozyskanie Joela Matipa bez odstępnego z Schalke czy piekielne utalentowanego Harveya Elliotta z Fulham za ekwiwalent za wyszkolenie, a bodaj najlepszych nabytkiem za kadencji Edwardsa jest Andy Robertson. Szkot z Hull City przyszedł za jedyne 8 mln funtów.

TANIO KUPIĆ, DROGO SPRZEDAĆ

Dodatkowo Edwardsowi wyszły te najdroższe transfery. Alisson i Virgil Van Dijk przychodzili do klubu w dwóch okienkach z rzędu i kosztowali w sumie około 130 mln, a trzeba pamiętać, że w podobnym czasie za wyższą kwotę do Barcelony sprzedano z Liverpoolu Philippe Coutinho.

Wymiana rozgrywającego na dwa filary defensywy, a w dodatku oszczędzenie na tym pieniędzy, okazała się świetnym posunięciem. Pozwoliła Kloppowi lepiej rozłożyć balans w drużynie i w największym stopniu przyczyniła się do tego, że Liverpool przestał tylko ocierać się o wysoki poziom, a złapał regularność i solidność, dzięki której w gablocie klubowej wreszcie zaczęły się pojawiać trofea. Późniejsze droższe ruchy, jak chociażby Fabinho i Diogo Jota za w sumie około 80 mln funtów, też w tym pomogły i trzeba oceniać je pozytywnie.

Liverpool FC v Manchester United - Premier League
Fot. Andrew Powell/Liverpool FC via Getty Images

Jeszcze lepiej działania Edwardsa wyglądają jednak na polu sprzedaży. Gdy The Reds celowali coraz wyżej, jasne stało się, że spora część kadry musi zostać wymieniona i dyrektor sportowy zadbał o to, by pozbywając się niechcianych zawodników, sfinansować inne ruchy. Odejście Coutinho do Barcelony to inny kazus, ale on też dużo mówi nam o podejściu Edwardsa. W letnim oknie pozostawał obojętny na szantaże Brazylijczyka i w negocjacjach z działaczami z Camp Nou twardo obstawał przy swoim. Do zimy wynegocjował kwotę 140 mln i potwierdził, że nie idzie na ustępstwa.

Najlepszą skuteczność miał jednak przy tych, którzy odgrywali mniejsze role niż Coutinho. Dejana Lovrena sprzedał do Zenita za 11 mln. Mamadou Sakho i Christiana Benteke wysłał do Crystal Palace za łącznie 55 mln. Mocno naciągnął też Bournemouth, które wydało 20 mln na Dominica Solanke oraz 15 mln na Jordona Ibe'a. Joe Allen do Stoke City odszedł za 14 mln, a Danny Ings do Southampton za 22.5 mln. Potrafił też sprzedać za niezłe pieniądze rezerwowego bramkarza, bo Leicester City za Danny'ego Warda wyłożyło 12.5 mln. Z każdym miesiącem coraz lepiej wygląda też sprzedaż do Sheffield United Rhiana Brewstera, za którego klub z Bramall Lane zapłacił 23.5 mln funtów.

To właśnie tego typu działania sprawiły, że kondycja finansowa Liverpoolu jest zdrowa i mimo że klub szedł w górę, to nie zadłużał się w tym celu. Nawet za tak już marginalne postaci jak Simon Mignolet czy Lucas Leiva Edwards był w stanie otrzymać 5-6 mln funtów.

Z ZAWODU NAUCZYCIEL, Z ZAMIŁOWANIA ANALITYK

Skąd jednak Edwardsa w ogóle wziął się na Anfield i jak to się stało, że w tak młodym wieku dostał odpowiedzialną funkcję?

Wszystko zaczęło się od Peterborough United, gdzie Anglik grał i jako nastolatek marzył o karierze piłkarskiej, ale ta nigdy prawdziwie nie ruszyła z miejsca. Występował w drużynach juniorskich, a później trafił do rezerw tego klubu. Był prawym obrońcą i czasami grywał jako defensywny pomocnik, który rzadko zabierał głos. Nie potrafił przebić się do kadry pierwszego zespołu, który wówczas, w drugiej połowie lat 90., balansował między trzecim a czwartym poziomem rozgrywek i kiedy skończył 18 lat, Peterborough się go pozbyło. Nigdy nie zadebiutował w seniorskiej drużynie.

To był moment, który dużo zmienił w życiu Edwardsa. Zdał sobie sprawę, że nigdy nie przeskoczy pewnego poziomu, a występy w niższych ligach to nie było to, czemu chciał poświęcić kolejne lata swojego życia. Na szczęście miał na siebie plan B. Poszedł na studia i ukończył dwa kierunki – zarządzanie w biznesie oraz informatykę. Mowa o przełomie XX i XXI wieku, więc wstrzelił się w idealny czas, gdy obie te gałęzie się rozwijały.

Zanim jednak Edwards zdobytą tam wiedzę połączył z pasją do futbolu, zajmował się czymś innym. Zaraz po studiach został nauczycielem technologii informacyjnej w jednym z liceów w Peterborough, ale jego znajomi wspominali, że nie spełniał się w tej pracy. Cały czas ciągnęło go do świata futbolu i wtedy pojawiła się szansa w Portsmouth. Klub z jego rodzinnych okolic na południu Anglii w 2003 roku nawiązał współpracę z firmą analityczną Prozone i szukał ludzi do pomocy. Tak trafił na Edwardsa.

– Klub potrzebował analityka – opowiadał Barry McNeil, ówczesny menedżer ds. rozwoju tej firmy. – Pojawiło się kilka nazwisk i nagle ktoś powiedział, że zna jednego takiego gościa, który chętnie zająłby się w życiu czymś innym, a ma znakomitą głowę do liczb, zna się na rzeczy i ciągnie go do piłki – wspominał.

WALKA O ŚWIADOMOŚĆ

Chodziło o Edwardsa i Portsmouth złożyło mu ofertę. Edwards zafascynował się możliwościami, jakie daje Prozone i w ciągu miesiąca był już regularnym pracownikiem klubu. Działo się to wszystko 18 lat temu, ale z dzisiejszej perspektywy, analityka i w ogóle posługiwanie się w piłce liczbami, w tamtym czasie jeszcze absolutnie raczkowało. W angielskich dziennikach można było co najwyżej znaleźć takie podstawowe statystyki jak posiadanie piłki, strzały i podania. Portsmouth chciało jednak wykorzystywać najnowszą dostępną wiedzę i ówczesny menedżer tego zespołu Harry Redknapp szybko docenił niespełna 25-letniego analityka.

Nawet on jednak, mimo szczerych chęci, nie do końca wiedział, z czym się to wszystko je. Słynna anegdota z tamtych czasów mówi o tym, że Edwards dał Redknappowi płytę z danymi dotyczącymi setek zawodników i analizami potencjalnych celów transferów. Trener wrócił jednak z pretensjami, że mu się ona nie włącza. Okazało się bowiem, że Redknapp zamiast na komputerze, próbował ją odpalić ją w radiu w swoim samochodzie.

Z czasem popularny 'Arry wszystko jednak załapał i bardzo docenił Edwardsa. Szczególnie, że oparcie na analityce pozwoliło Portsmouth się rozwinąć. Gdy nawiązywało współpracę z Prozone, było świeżo po awansie do Premier League i najpierw przez trzy lata z rzędu klub był w stanie się utrzymać, a w sezonach 2006/07 i 2007/08 dwa razy finiszowało w górnej połowie tabeli i zdobyło FA Cup w 2008 roku. Redknapp po tych sukcesach dostał ofertę z Tottenhamu i rok później zabrał ze sobą Edwardsa, z którego uczynił analityka Spurs.

MĄDRALA Z LAPTOPEM

Tam Anglik pracował krótko i już w 2011 roku wyłowił go Liverpool. Przez pierwsze dwa sezony Edwards był analitykiem. Początkowo był dokuczliwie nazywany „mądralą z laptopem” i łatwo było mu postawić zarzut, że nie zna mitycznego zapachu szatni, bo nigdy nie grał na wysokim poziomie, jednak na Anfield patrzyli na te kwestie inaczej i szeroko otworzyli się na analitykę. Z czasem jego kompetencje się poszerzyły i wszedł w skład osławionego już na Anfield komitetu transferowego. Ten termin często funkcjonował w czasach, gdy menedżerem The Reds był Brendan Rodgers i to z nim Edwards najczęściej się różnił.

42-latek sam o tym nie powie, ale z klubu było słychać, że Rodgers go zwyczajnie nie doceniał. Słynnym przykładem tego, jak obaj w inny sposób patrzyli na zespół, był temat transferu Roberto Firmino. Skaut LFC Barry Hunter obserwował go regularnie w Hoffenheim i wraz z Edwardsem był zdania, że będzie świetnie pasował do drużyny. Liczby też było po stronie Firmino. W dwóch wcześniejszych sezonach, zanim trafił na Anfield, tylko Neymar miał w Europie lepsze liczby spośród Brazylijczyków.

Rodgers nie był jednak przekonany, ale analitycy i Edwards – wtedy już w roli dyrektora technicznego – postawili na swoim. Sprowadzili Firmino za niespełna 30 mln funtów, choć jego początki na Anfield były kiepskie. Rodgers w ataku wystawiał Benteke, a Brazylijczyka widział na skrzydle. Na szczęście dla samego piłkarza, niedługo później w Liverpoolu pojawił się Klopp i gdyby mógł, całowałby Edwardsa po stopach, że wpadł na pomysł sprowadzenia Firmino. Często nazywał go „silnikiem” swojego zespołu, od niego zaczynał ustalanie jedenastki i choć dziś 30-latek coraz częściej ustępuje miejsca Jocie, to z perspektywy czasu wydaną na niego kwotę też trzeba uznać za świetny interes.

Liverpool v Tottenham Hotspur - Roberto Firmino
Fot. Peter Powell - Pool/Getty Images

ROZPAD ŚWIĘTEJ TRÓJCY

Za kadencji Kloppa „mądrala z laptopem” stał się już cenionym pracownikiem klubu i razem trenerem i wspomnianym wcześniej Gordonem zbudowali zespół, który sięgnął po Ligę Mistrzów i wygrał Premier League. W korytarzach klubowego ośrodka mówiło się o nich „święta trójca” i to właśnie oni we trzech stoją na głównej fotografii tego tekstu – Edwards to ten niepozorny gość z lewej.

Klopp szybko zauważył u Anglika podobieństwa do Michaela Zorca, z którym pracował w Borussii Dortmund i wiele razy podkreślał, jak duży wkład miał dyrektor sportowy w rozwój The Reds.

– Nasza współpraca układa się bardzo dobrze. Michael robi wszystko w przemyślany sposób. Nie zawsze mamy takie samo zdanie na początku, ale wraz z kolejnymi rozmowami nasze wnioski i opinie są podobne – mówił niemiecki menedżer.

Niedługo Klopp będzie musiał się jednak przyzwyczaić do zmian. Edwards zostanie wprawdzie do końca sezonu i klub zapewnia, że uczestniczy jeszcze w planach transferowych na zimowe okno transferowe, ale za chwilę go zabraknie. Jego zastępcą zostanie Julian Ward, który przez kilka ostatnich lat był jego asystentem. Zajmował się głównie kwestiami wypożyczeń i z bliska przyglądał się pracy Edwardsa, jednak mimo wszystko czeka go spore wyzwanie. Trudno oczekiwać, by Ward nawiązał do skuteczności poprzednika – nie dlatego, że jest nieodpowiednim kandydatem, a dlatego, że Edwards przez pięć lat na stanowisku wykonał robotę godną najwyższego uznania.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje wydarzeniami w Premier League, której mecze komentuje w Canal+, oraz NFL. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.