Mecz gwiazd. Jak Neymar i Mbappe pokonali Czarnego Rycerza z Monachium

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Bayern - PSG
Alexander Hassenstein/Getty Images

To był jeden z najlepszych meczów rozegranych dotąd w pandemicznym futbolu. Starcie Bayernu z PSG pokazało, jak znakomitym trenerem jest Hansi Flick, jak słabo jako dyrektor sportowy monachijczyków spisuje się Hasan Salihamidzić i jak prosty potrafi czasem być futbol: kto ma z przodu Kyliana Mbappe i Neymara, ten wygrywa. Nieważne, kto jest rywalem i jak radzi sobie reszta zespołu.

W “Monty Pythonie i Świętym Graalu” król Artur, wędrujący przez angielskie lasy i knieje, natrafia na pustkowiu na Czarnego Rycerza, który wyzywa go na pojedynek. W walce na miecze król odcina rywalowi kończynę za kończyną, za każdym razem apelując, by wreszcie się poddał i przepuścił go przez kładkę. Ale Czarny Rycerz ma ochotę bić się dalej. Gdy w końcu podskakuje już na samym tułowiu, znudzony król postanawia go ominąć i iść dalej. Jeszcze długo musi jednak od pokonanego wysłuchiwać inwektyw o swoim tchórzostwie i dezercji. Gdyby uczestnicy Ligi Mistrzów byli postaciami ze słynnego filmu, Bayern Monachium grałby Czarnego Rycerza.

MENTALNOŚĆ KONTRA JAKOŚĆ

W Niemczech powtarzało się przez lata hasło “Mentalitaet schlaegt Qualitaet”, czyli mentalność wygrywa z jakością. Zwykle powtarzało się je, tłumacząc kolejne wygrane Bayernu, który nie zawsze miał najlepszych technicznie piłkarzy, ale prawie zawsze miał najtrudniejszych do złamania psychicznie. W ostatnich latach w Monachium zaczęło się dyskutować z tym powiedzeniem. Podkreślając, że niesłusznie jedno się drugiemu przeciwstawia. Bo w futbolu tak naprawdę mentalność też oznacza jakość.

RÓŻNICE KULTUROWE

O mentalności mówił również przed meczem Bixente Lizarazu. Francuski mistrz świata z 1998 roku i zdobywca Ligi Mistrzów z Bayernem z 2001 roku pod tym kątem trochę przeciwstawiał monachijczyków i paryżan, w niemieckiej drużynie widząc wieloletnią siłę struktur, które nikomu nie pozwalają wyrosnąć ponad klub, we francuskiej dostrzegając postaci większe od całej organizacji. Zwłaszcza wobec braku Roberta Lewandowskiego nie było wątpliwości, kto do ćwierćfinałowej rywalizacji przystępował, mając większą jakość rozumianą jako umiejętność kopania piłki. Jeśli jednak jakość rozumieć szerzej, wątpliwości już były. Bo Bayern mógł nie mieć Lewandowskiego i kilku innych ważnych graczy. Ale miał kulturę pracy, która każdego zawodnika zaprzęga do wysiłku w imię wyższego celu.

SERIA KATASTROF

Pierwszą odpowiedzią Hansiego Flicka na nieobecność największej gwiazdy, było w meczu z Lipskiem zmniejszenie podejmowanego ryzyka i zabezpieczenie defensywy. Nigdy się nie dowiemy, czy pomysł na PSG był zupełnie inny, czy to okoliczności w ogóle nie pozwoliły wdrożyć początkowego planu. Wiadomo, że Bayernowi w kilkadziesiąt minut cały świat zawalił się na głowę. Odważny start i poprzeczka Erica Maxima Choupo-Motinga po kilkudziesięciu sekundach gry przestały mieć znaczenie, gdy pierwsza akcja gości zakończyła się golem po błędach Niklasa Suelego i Manuela Neuera. Dobra reakcja na stratę bramki przestała się liczyć, gdy Suele złamał linię spalonego i pozwolił Marquinhosowi wykorzystać genialne podanie Neymara. Nieźle działające zestawienie podstawowego składu przestało obowiązywać, gdy już w pierwszej połowie dwaj podstawowi zawodnicy, w tym jeden absolutnie kluczowy – Leon Goretzka – musieli zejść z boiska. Było w pierwszej połowie wszystko, by Bayern uznał, że to się nie uda i zmuszony do gonienia wyniku, został przez paryskie gwiazdy rozstrzelany jak Barcelona rundę wcześniej.

REWELACYJNY NAVAS

O Liverpoolu mówi się czasem, zwłaszcza we wspomnieniach pamiętnego finału Ligi Mistrzów w Stambule z 2005 roku, że gdy ociera się o upokorzenie, staje się najgroźniejszy. Bayern ma coś podobnego. Mając przeciwko sobie wszystkie okoliczności, nie mając piłkarzy, którzy w poprzedniej edycji strzelili dla triumfatorów Ligi Mistrzów 24 gole, po prostu dalej robili swoje. Być może było im łatwiej wrócić do meczu także dlatego, że widzieli, iż na boisku dzieją się rzeczy irracjonalne. Bo choć mieli fatalny wynik, rozgrywali naprawdę dobry, a momentami wręcz imponujący mecz. Przez pół godziny stworzyli trzy znakomite sytuacje i tylko rewelacyjny Keylor Navas utrzymywał gości na prowadzeniu. Obrońcy tytułu zmienili więc tych, którzy nie mogli już dalej grać i ruszyli do przodu.

WALKA BEZ ŁAWKI

Ten mecz z perspektywy Bayernu pokazał jednocześnie dwie rzeczy: jak znakomitym trenerem jest Hansi Flick i jak beznadziejnie radzi sobie jako dyrektor sportowy Hasan Salihamidzić. Do najważniejszego meczu sezonu monachijczycy przystępowali, mając na ławce tylko sześciu zawodników z pola – przy jedenastu po stronie PSG. W meczu, w którym musiał gonić wynik, Flick nie dokonał ani jednej zmiany, do której nie byłby zmuszony kontuzją któregoś z zawodników. Przecież Mauricio Pochettino też miał poważne problemy kadrowe. Musiał zestawić środek pola bez bardzo ważnych Marco Verrattiego i Leandro Paredesa. W trakcie pierwszej połowy wypadł mu lider obrony Marquinhos. A jednak wciąż, dokonując czterech zmian, wpuszczał na boisko międzynarodowo uznanych zawodników, dających drużynie ważne impulsy. W przypadku Bayernu powiedzenie “pokaż mi, jaką masz ławkę, a powiem ci, jaką masz drużynę” nie obowiązuje. Ma znakomitą drużynę, ale beznadziejną ławkę. A przecież można się było spodziewać, że w tak wymagającym fizycznie sezonie czternastu-piętnastu zawodników do grania na kilku frontach, nie wystarczy.

BAWARSKA DOMINACJA

Mimo to Bayernowi udało się absolutnie zdominować grę i wrócić do meczu. Przez bardzo długie fragmenty PSG nie potrafiło wyjść poza własną połowę. Nie dlatego, że oddało inicjatywę i czekało na kontrataki. Bardzo rzadko potrafiło je w ogóle wyprowadzać, bo pressing gospodarzy tak odcinał im powietrze. Monachijczycy oddali trzydzieści jeden strzałów, w tym dwanaście, które zmuszały Navasa do interwencji. To odpowiednio pięć i trzy razy więcej od paryżan. Jakością stworzonych sytuacji Bayern “wygrał” 3,6 do 1,7, co wskazuje, że był to najbardziej jednostronny spośród ćwierćfinałów. Na jego korzyść. A jednak przegrał.

WIELKI DUET

Kiedy Bayern na pół godziny przed końcem zdołał doprowadzić do wyrównania, wydawało się, że musi wgnieść rywali w bramkę i jeszcze pójść za ciosem. Kiedy Mueller nie zauważał, że ma zakrwawione pół głowy i niezrażony biegał dalej, wydawało się, że ci ludzie będą tego wieczoru nie do złamania. A jednak niemieckie powiedzenia o mentalności i jakości nie są prawdziwe. A przynajmniej nie zawsze i niekoniecznie na absolutnie najwyższym poziomie. Tutaj jakość trudno przeskoczyć nawet najwspanialszą mentalnością. PSG jako drużyna mogło nie rozgrywać dobrego meczu, mogło nie angażować w kontrataki wielu zawodników, ale gdy wypady ofensywne prowadzą soliści formatu Kyliana Mbappe i Neymara, dzieją się rzeczy wielkie.

MBAPPE PRZED HENRYM

Francuz w środowy wieczór przebił — w wieku 22 lat! - bramkowy dorobek Thierry’ego Henry’ego w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Nie przeszkadzało mu, że ma naprzeciw siebie jednego z najlepszych bramkarzy świata, jak przy pierwszym golu, albo że sytuacja była daleka od idealnej, jak przy drugim. Nie potrzebował nawet pół sytuacji, by strzelić dwa gole. A Neymar zakończył mecz z dwiema asystami, udowadniając niemal w każdym zagraniu wielką klasę. Na końcu wygrał gorszy zespół, który miał lepsze indywidualności. Tym bardziej w Monachium mogą żałować braku Lewandowskiego. Wprawdzie Choupo-Moting spisał się jako jego zmiennik nadspodziewanie dobrze, ale można być pewnym, że przy tylu sytuacjach dla jego drużyny, Polak jeszcze przynajmniej jednego gola by dorzucił.

1,5 ROKU BEZ PORAŻKI

Przegrawszy u siebie po raz pierwszy od listopada 2019, Bayern znalazł się w arcytrudnej sytuacji przed rewanżem. Nawet minimalne zwycięstwo w Paryżu nie wystarczy mu do awansu. Jedną z najlepszych drużyn świata musi w pokonać na jej stadionie przynajmniej dwiema bramkami. Raczej nadal bez Lewandowskiego. W jakiejkolwiek innej parze można by sądzić, że rewanż powinien być już tylko formalnością. W końcu w “Monty Pythonie” Czarny Rycerz też ostatecznie przegrał z królem Arturem. Nie jest jednak jeszcze przesądzone, że w tej wersji ich walka również się tak skończy. Bo tym, co pokazał Bayern w pierwszym meczu, nie znajdzie się chyba odważny, który powie, że cokolwiek dla tej drużyny jest niemożliwe.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.