Maszyna, w której coraz częściej coś zgrzyta. Jaką drużyną jest Manchester City?

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Kevin De Bruyne - Manchester City
Fot. Matt McNulty / Manchester City FC via Getty Images

Kończący się rok postawił przed Manchesterem City szereg nowych pytań. Trudno mówić, że drużyna jest w kryzysie, jednak odeszła daleko od standardów, do jakich przyzwyczaiła nas w najlepszych czasach. Szczególnie, że doszły problemy, o jakie wcześniej byśmy jej zupełnie nie podejrzewali.

Suche fakty bywają mylące. Jeśli porównać położenie rok do roku, to ktoś mógłby stwierdzić, że z Manchesterem City nic się nie dzieje. Poprzednie Boże Narodzenie spędzał z jedenastoma punktami straty do lidera. W tym roku do prowadzącego Liverpoolu dystans jest mniejszy, więc można uznać, że jest lepiej. Różnica polega jednak na tym, że wówczas drużyna Pepa Guardioli zajmowała trzecie miejsce, a dzisiaj jest ósma. Niedawno dominowała, a dziś coraz częściej ma wahania formy. The Citizens wyglądają jak cień siebie sprzed dwóch sezonów.

IMPONUJĄ TYLKO ZE SŁABYMI

To nie jest przypadek, że najbardziej w tym sezonie Premier League Manchester City podobać się mógł w starciach z Fulham i Burnley. Dwóm ligowym słabeuszom strzelił w sumie siedem goli. Przed nimi już zaczynała się dyskusja o tym, że drużyna obniżyła loty, ale dwie efektowne wygrane nieco ją uciszyły. Guardiola wtedy jednak sam dostrzegał problemy.

– Musimy być bardziej stabilni. To nie jest tak, że to przeciwnicy nas przeczytali i robią coś lepiej. To my robimy coś gorzej. Jestem menedżerem tego klubu i muszę znaleźć na to sposób, to ja ponoszę winę za naszą gorszą grę. Potrzebujemy w końcu meczu, w którym wszystko nam wyjdzie, jednak trzeba pamiętać, że to nagle nas nie uzdrowi – przekonywał.

Nie przypuszczalibyśmy, że kiedykolwiek o zespole Guardioli powiemy, że będzie miał kłopoty z grą w ataku. A takie są dzisiaj realia.

Manchester City razi nieskutecznością. Tylko z Burnley (5:0) i Wolverhampton (3:1) na początku sezonu przebił w Premier League barierę dwóch bramek w jednym spotkaniu. Dwa razy kończył już mecz bez gola – tyle samo, co zarówno w całych rozgrywkach 2018/19, jak i w 2017/18. Obecnie jest w pierwszej czwórce według wskaźnika expected goals. Wynika z niego, że City „powinno” strzelić 23 gole, a w rzeczywistości strzeliło ich 19. To tyle samo, co na przykład Crystal Palace i mniej od West Hamu, Aston Villi i łącznie jeszcze ośmiu kolejnych klubów. To wyjątkowy zjazd. W poprzednich latach na tym etapie rozgrywek za kadencji Guardioli ich dorobek wynosił kolejno 37, 40, 42 i 29 goli.

SŁABA SKUTECZNOŚĆ

Niedawno policzono, że The Citizens wpada do siatki tylko około 12% strzałów. Gorzej w tym sezonie spisują się Wolverhampton, Fulham, West Brom, Arsenal, Burnley oraz Sheffield United – poza Wilkami to cała dolna piątka tabeli. Pod względem wykorzystywania „dużych szans”, jak definiuje je Opta, jest jeszcze gorzej i City jest czwartą najsłabszą drużyną w tym aspekcie. Pudłuje prawie 70% z nich. Jak na drużynę, która wcześniej bezlitośnie przejeżdżała się po rywalach, to wręcz niewytłumaczalne.

Czasami wygląda to tak, jakby ktoś spuścił z City całe powietrze. Ostatni tydzień też to potwierdził. Owszem, była pucharowa wygrana 4:1 z Arsenalem, ale powoli wygląda to tak, że Kanonierów trzeba traktować niemal tak jak Fulham i Burnley – zespoły walczące o utrzymanie, z którymi The Citizens zagrali najlepiej. Zresztą Sam Allardyce idzie o krok dalej – menedżer WBA określa Arsenal rywalem do walki o utrzymanie. Oprócz tego był jednak remis 1:1 właśnie z West Bromem, gdzie Manchester City oddał aż 25 strzałów, ale nie potrafił strzelić drugiego gola. Później doszedł mecz z Southamptonem i choć zakończył się wygraną 1:0, to ekipa Guardioli znów nie przekonała.

Obrazkiem tego spotkania była sytuacja z końcówki. Święci odsłonili się, szukając gola wyrównującego i City dostało okazję do kontry. Kevin De Bruyne zagrał do Raheema Sterlinga, ten idealnie w uliczkę wypuścił Bernardo Silvę, a Portugalczyk – znajdując się cztery metry przed bramkarzem – podał jeszcze wszerz pola karnego, jakby brakowało mu zdecydowania, by samemu oddać strzał. Sterlinga zamurowało, wymownym gestem pokazywał Portugalczykowi, że oczekiwał od niego uderzenia, a De Bruyne tylko westchnął z niezadowolenia. Ostatecznie spotkanie udało się wygrać, ale postawa City znów mogła martwić i było widać, że to nie ta sama ekipa.

BRAKUJE SILVY?

Na szczęście dla Guardioli dobrze spisuje się defensywa. W poprzednim sezonie to ona - choć nie tylko w rozumieniu samej formacji obronnej, a bardziej całej gry drużyny bez piłki - najmocniej wpłynęła na to, że Liverpool odjechał z tytułem mistrzowskim. Wtedy Hiszpan narzekał, że źle funkcjonuje pressing. Że środek pola „przecieka” i rywale nauczyli się kontrować jego zespół. W tym sezonie to mniej widoczne, bo praktycznie każdy gra niżej i mniej aktywnie w odbiorze, a pragmatyczne podejście bierze górę nad pressingiem.

Większy spokój pozwolił na satbilność w obronie. W pięciu ostatnich spotkaniach ligowych City straciło tylko jednego gola, w dodatku samobójczego. Wraz z Chelsea jest drużyną, która dopuszcza przeciwników do najmniejszej liczby strzałów celnych na swoją bramkę. Dzięki temu przynajmniej większości meczów nie przegrywa, jednak nagle, ku zaskoczeniu wszystkich, piłkarze Guardioli zaczęli zawodzić na drugim końcu boiska.

Coraz bardziej widoczny staje się brak Davida Silvy. Hiszpan świetne rozumiał swoją rolę. Był specjalistą i od przedostatnich, i od ostatnich podań. Przez pierwsze cztery lata pracy Guardioli tylko De Bruyne tworzył kolegom więcej sytuacji. W latach 2017-19 środek pola złożony z tej dwójki w rolach „wolnych ósemek” ze wsparciem Fernandinho na pozycji defensywnego pomocnika spisywał się doskonale. To wtedy Manchester City grał i wygrywał seriami, czego potwierdzeniem jest kolejno 100 i 98 punktów w Premier League wdrodze po dwa mistrzostwa Anglii.

Hiszpan odszedł jednak po dekadzie w klubie i dziś gra na chwałę Realu Sociedad – w dodatku z naprawdę dobrym skutkiem – a po nim na Etihad została spora pustka. Wydawało się, że wypełni ją Phil Foden, ale młody Anglik po dobrym okresie w lecie po restarcie teraz wypadł z formy. Bernardo Silva podobnie, a sytuacja z meczu z Southamptonem pokazuje, że bardzo brakuje mu pewności siebie. Wszystko na swoich barakch dźwiga De Bruyne, ale coraz częściej rozkłada bezradnie ręce, bo partnerzy zawodzą. Davida Silvę zastępują więc do spółki Rodri i Ilkay Gündogan. Pierwszy w dodatku ma głównie być następcą Fernandinho i często wygląda to niechlujnie – ani Hiszpan, ani Niemiec nie są piłkarzami o takiej charakterystyce, jak ci, w miejsce których grają i to jedna z przyczyn problemu.

CO Z AGUERO?

Inną jest pozycja napastnika. Gabriel Jesus w pięciu ostatnich występach w Premier League nie oddał celnego strzału, ma ich w sumie tylko cztery w tym sezonie i strzelił jedynie dwa gole. Brazylijczyk to jedyny kandydat do roli naturalnej dziewiątki, bo Sergio Aguero ma za sobą niemal stracony rok. W 2020 zagrał tylko 20 razy, z czego ponad połowę meczów jeszcze przed marcowym lockdownem. Argentyńczyk ostatnio znów narzekał na niestabilność w kolanie i Guardiola ostrożnie wprowadzał go do gry, a pod jego nieobecność kombinował. Jako fałszywą dziewiątkę ustawiał już m.in. Ferrana Torresa i Riyada Mahreza, ale to nie dawało odpowiednich efektów.

Kiedy Aguero jest zdrowy, to gwarantuje gole. Problem w tym, że nie gwarantuje obecności na boisku. Klub musi podjąć co do niego ważną decyzję, bo po sezonie kończy mu się umowa. Będzie miał wtedy 33 lata, status ikony Premier League oraz jednego z jej najlepszych strzelców w dziejach, ale w piłce liczy się głównie to, co byłeś dla mnie w stanie zrobić w ostatnim czasie. Na tak postawione pytanie Aguero musiałby odpowiedzieć, że niewiele. Nic więc dziwnego, że po tym jak Guardiola przedłużył z klubem kontrakt do 2023 roku zaczęły się przymiarki nowego napastnika.

Kończący się rok postawił przed Manchesterem City sporo pytań. Na to najważniejsze, o przyszłość menedżera, poznaliśmy już odpowiedź. Nowa umowa Guardioli to sygnał, że dostanie zielone światło do przeprowadzenia większych zmian i spróbuje poprawić drużynę, którą sam zbudował. Przed nią kilka spotkań, które mogą pozwolić wyjść na prostą, bo z najbliższych ośmiu meczów w Premier League tylko jeden jest z drużyną z Big Six, są też w półfinale Pucharu Ligi i wydawać by się mogło, że narzeanie na ich grę jest na wyrost. Ale przydałoby się w najbliższym czasie wyjaśnić kilka innych kwestii, bo dzisiejsi The Citizens stają się przeciwieństwem siebie samych sprzed 2-3 lat.

Niezależnie od tego, czy to efekt zmęczenia pracą z Guardiolą czy takiego normalnego, fizycznego po trudnym roku albo utraty w krótkim czasie liderów w postaci nie tylko Davida Silvy, ale i wcześniej Vincenta Kompany'ego, zdecydowanie widać, że ta drużyna obniżyła poziom. Różnice w tym sezonie Premier League są nieduże i nie warto nikogo na tym etapie skreślać, jednak na razie Manchester City odstaje poziomem od ligowej czołówki. Jeszcze niedawno mówiło się o nich, że są niczym maszyna. W tej maszynie coraz częściej dochodzi jednak do zgrzytów.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje Premier League i NFL, o kórych pisze w newonce.sport. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.