Martin Kobylański: Próbuję zapomnieć, że w ogóle byłem w Lechii. Chciałem jak najszybciej wrócić do Niemiec (WYWIAD)

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Polak kapitanem drużyny
Harry Langer/DeFodi Images via Getty Images

Rzadko się zdarza, by Polak był kapitanem zagranicznego klubu. 26-letni pomocnik II-ligowego Eintrachtu Brunszwik może to jednak o sobie powiedzieć. - Potrafię dyrygować drużyną. Trener wie, że gdy coś powiem, grupa za mną pójdzie - mówi. Były młodzieżowy reprezentant Polski opowiada o rywalizacji z Borussią Dortmund, świętowaniu awansu do 2. Bundesligi, wspinaczce tam, gdzie już był i o tym, dlaczego przez rok pobytu w Gdańsku trochę zraził się do polskiej piłki.

Jesień zaczął pan od hattricka z Herthą Berlin, a zakończy meczem z Borussią Dortmund. To chyba przyjemna nagroda za udany 2020 rok?

Martin KOBYLAŃSKI: - Traktujemy ten mecz właśnie tak. Jako wisienkę na torcie. Szanse na awans mamy minimalne, ale przed Herthą też tak się mówiło. A może znów trafi się tak, że my będziemy mieć wyjątkowo dobry dzień, natomiast rywale słabszy? Przede wszystkim cieszę się z tego losowania, bo będzie okazja zmierzyć się z zawodnikami z Ligi Mistrzów. Będzie można zobaczyć, co robią oni, czego nie robię ja. W takich meczach można to zauważyć. Samo analizowanie tego, jak się poruszają po boisku, może być bardzo rozwijające. Szkoda, że nie będzie kibiców, bo na pewno byłby tu pełny stadion i każdy w mieście żyłby tym meczem.

Z drugiej strony, może być okazja znów przypomnieć o sobie w Polsce, bo jest szansa, że ze względu na Borussię Dortmund trochę osób obejrzy ten mecz i przypomni sobie, że w Eintrachcie Brunszwik gra taki piłkarz jak Martin Kobylański.

- Ludzie nie mogą chodzić na stadiony, święta się zbliżają, więc to dobry czas, żeby śledzić takie mecze w telewizji. Jest szansa, że zagra Łukasz Piszczek, może nawet będzie kapitanem. Jeśli mnie trener też wystawi, może nawet dojść już przed meczem do spotkania dwóch polskich kapitanów. Po meczu z Herthą dostałem sporo głosów z Polski. O ile będzie okazja uderzyć coś bezpośrednio z rzutu wolnego, na pewno wezmę piłkę. Stałe fragmenty gry mają w piłce z sezonu na sezon coraz większą wartość, trenuję je ciężko, by ciągle poprawiać ich wykonywanie. Jeśli z Herthą się udało, może uda się też z Dortmundem.

Można odnieść wrażenie, że po różnych turbulencjach, w Brunszwiku wreszcie znalazł pan swoje miejsce na ziemi. To prawda?

- Tak, choć już w Preussen Muenster miałem fajny czas. Odbudowałem się tam po nieudanym pobycie w Lechii Gdańsk. Mogłem od razu stamtąd iść do 2. Bundesligi, ale zdecydowałem się na Brunszwik. Postanowiłem zostać w trzeciej lidze i spróbować z nimi awansować. Aktualnie jestem bardzo zadowolony, choć obecny sezon jest trudny. Każdy od początku wiedział, że taki będzie i będziemy musieli walczyć o utrzymanie.

Szkoda tylko, że awans świętowaliście akurat w tym roku, kiedy nie mogła się odbyć feta. Eintracht jest na tyle dużym klubem, że pewnie byłoby to niezapomniane przeżycie.

- To był mój pierwszy awans. Myślę, że podobną radość może sprawić tylko awans do Bundesligi albo mistrzostwo Niemiec. To jest jednak wygranie ligi, w której grało się przez cały sezon. Od razu po wygranym decydującym meczu przed stadionem zgromadziły się tysiące ludzi, a przez miasto nie dało się przejechać. Jasne, że przez sytuację z pandemią nie było klasycznej fety, na której stałoby się na balkonie przed morzem kibiców. Fani i tak próbowali jednak dojść do nas najbliżej, jak tylko mogli. Mimo że Eintracht grał już nawet w Bundeslidze i teoretycznie występy w drugiej mogłyby być uznawane za coś normalnego, nie było tak. Wciąż traktowano to jako sukces. Mimo że od tamtych chwil minęło już trochę czasu, nadal mam ciarki. Wtedy jeszcze restauracje czy bary było otwarte. Na miasto można było wówczas wychodzić bez portfela, bo każdy i tak chciał coś stawiać. Przeżycie było niesamowite. Bardzo chętnie świętowałbym awans po każdym sezonie.

Jeśli prześledzi się pana karierę, zwykle trafiał pan do klubów z klimatem i dużą bazą kibiców. Werder, Union Berlin, Preussen, teraz Eintracht. To przypadek, czy rzeczywiście stara się pan wybierać kluby, które mają duszę?

- Na pewno dobrze trafiałem. Nawet w Energie Cottbus, gdzie mój tata grał w Bundeslidze, a ja w 2. Bundeslidze, też była świetna atmosfera. Muszę potwierdzić, że zwykle występuję w bardzo fajnych klubach. Widać, gdzie jest dziś Union. Werder nie gra tak, jak by chciał, ale każdy, kto się interesuje ligą niemiecką, wie, co to za marka. Brunszwik sześć lat temu grał w Bundeslidze. Miał kilka ciężkich lat, w których były popełniane błędy. Omal nie skończyło się to spadkiem na czwarty poziom. Cieszę się, że mogłem dopisać kartę związaną z powrotem na należne miejsce. Patrząc na całokształt klubu, tu musi być minimum 2. Bundesliga. Wiadomo, że samym tym, że klub jest duży, nie będzie się wygrywać meczów, ale stadion, infrastruktura, dobra organizacja, czy spore grono kibiców na pewno to ułatwiają.

Zaskoczyło pana, że od tego sezonu pełni pan funkcję kapitana Eintrachtu? Ma pan 26 lat, więc nie jest już młodzieniaszkiem, ale jednak w drużynie jest kilku znacznie bardziej doświadczonych piłkarzy.

- W poprzednim sezonie już kilka razy nosiłem opaskę, a rozgrywki ułożyły się dla mnie bardzo dobrze, co widać po samych statystykach. Teraz przyszedł nowy trener i powierzył tę odpowiedzialność akurat mnie. Jestem zawodnikiem, który umie krzyknąć zarówno w szatni, jak i na boisku. Są oczywiście w zespole inni piłkarze, którzy też potrafią dyrygować drużyną, ale trener obdarzył mnie zaufaniem, bo wie, że gdy coś powiem, grupa za mną pójdzie.

To chyba geny taty. Andrzej Kobylański też zwykle miał swoje zdanie.

- Możliwe, choć wydaje mi się, że tata nigdzie na stałe nie był kapitanem, a opaskę nosił tylko w pojedynczych meczach. Ja akurat cieszę się, że odpowiedzialność w tym sezonie została rozłożona na wiele barków. Jest mi trochę łatwiej uczestniczyć w grze, a nie tylko wyróżniać się w statystykach. Na mojej pozycji czasem muszę też cofnąć się, by odebrać piłkę. Nie mogę tylko stać z przodu i czekać. Niektórzy czasem piszą do mnie, pytając, czemu znowu nie strzeliłem gola. Od tego są jednak przede wszystkim napastnicy. Wolę zdobyć tylko kilka bramek w sezonie, ale za to wygrywać mecze.

Dwa gole i dwie asysty to może nie jest porażający wynik, ale to jednak prawie 1/3 wszystkich trafień zespołu. Po awansie chyba trudniej o dobre statystyki?

- W trzeciej lidze było mi o nie łatwiej, bo czasem po prostu czekałem z przodu na piłkę. Miałem dobry rytm gry, wiedziałem, gdzie się ustawiać. Tutaj rywale są jednak lepsi, a moja pozycja została trochę zmieniona. W większości meczów się bronimy, podczas gdy przed awansem prowadziliśmy grę, przez co trudniej o sytuacje bramkowe. Do tego dopadły mnie jeszcze problemy zdrowotne. Wypadłem na kilka meczów. Z Darmstadt byłem już na ławce rezerwowych, ale podjęliśmy decyzję, że przy stanie 0:4 nie ma sensu ryzykować odnowienia się urazu, więc przesiedziałem cały mecz. Poza wszystkim, kto zna się na piłce, ten wie, że statystyki to coś więcej niż tylko bramka i asysta. Przy paru bramkach miałem też udział, wykonując przedostatnie podania.

Pan już kilka lat temu był w 2. Bundeslidze. Wtedy mógł pan to jednak traktować jako zesłanie, bo wypożyczał pana Werder Brema, grający w najwyższej lidze. Teraz bardziej pan docenia, że jest na tym poziomie?

- Myślę, że tak. Do Unionu przeszedłem już po zagraniu ośmiu meczów w Bundeslidze. Teraz sami sobie musieliśmy wywalczyć grę na drugim poziomie. Mamy większy szacunek do tego, bo wiemy, ile pracowaliśmy, by się tam znaleźć. Różnią się też same zespoły. Union regularnie grał w 2. Bundeslidze, był ustabilizowany na tym poziomie. Tutaj wszystko jest budowane od nowa. Takie chwile jak awans, cementują całą drużynę. Sprawiają, że trzymamy się razem. To też nam daję siłę.

Pana kariera w ogóle jest trochę postawiona do góry nogami. Jako bardzo młody chłopak był pan w Bundeslidze, a potem był w trzeciej i dopiero przebija się z powrotem do drugiej. Zwykle wygląda to odwrotnie. Idzie się z dołu, do góry, nie odwrotnie. Jak to na pana wpłynęło?

- Stałem się mentalnie mocniejszy niż na samym początku. Po kilku meczach w Bundeslidze szukałem ogrania się w 2. Bundeslidze, potem w Polsce i to kompletnie mi nie wyszło. Musiałem zrobić parę kroków do tyłu, żeby być tam, gdzie chcę być, albo jeszcze wyżej. Przeszedłem drogę z góry na dół i teraz wspinam się z powrotem. Fajnie, że udało się zawitać do drugiej ligi. Oby tylko nie na jeden sezon. O tym, czy kiedyś wrócę jeszcze wyżej, na razie nie myślę. Chcę, żebyśmy się utrzymali i żebym ja zagrał dobry sezon. Moim celem musi być Bundesliga, ale z gry w drugiej też jestem zadowolony. Gdyby ktoś mi powiedział, że przez najbliższe dziesięć lat będę grał w 2. Bundeslidze, raczej bym się cieszył, niż martwił. Trzeba ciężko pracować na ewentualną szansę i przy tym mieć trochę szczęścia.

Wspomniał pan o nieudanym pobycie w Polsce. Jak to możliwe, że przez cały rok rozegrał pan w Lechii Gdańsk tylko 27 minut?

- Próbuję zapomnieć o tym roku i o tym, że w ogóle byłem w Lechii. Sytuacje, w których pojawiałem się na boisku, to były bardziej epizody niż jakieś szanse, w których mógłbym się pokazać. Tak bywa w piłce. Nie da się tego cofnąć.

Zraził się pan wtedy trochę do polskiej piłki?

- Na pewno. Zupełnie nie tak sobie to wyobrażałem i chciałem jak najszybciej wrócić do Niemiec. Tam się wychowałem, znam tamtejsze szkolenie, sposób treningów, wymagania. Język też lepiej znam niemiecki od polskiego. Wiedziałem, że łatwiej będzie mi się tam odbudować. Nie miało dla mnie większego znaczenia, czy to będzie trzecia, czwarta, czy ósma liga. Chciałem po prostu znów regularnie grać w piłkę. Wyszło mi to wszystko na dobre i dzięki temu doszedłem tam, gdzie jestem.

Mówi pan, że o Bundeslidze nie myśli, ale musi pan na pewno wiedzieć, że właśnie z Brunszwiku wybił się do niej Rafał Gikiewicz. Jego droga jest dla pana w jakimś sensie wzorem?

- Każdy w Eintrachcie pamięta, że „Giki” kiedyś tu był. Ja też mam z nim regularny kontrakt. Nikt mi jednak nie da miejsca na boisku tylko dlatego, że już kiedyś tu był jeden Polak i dobrze sobie radził. Trzeba sobie na to zapracować samemu. Przed transferem pytałem go jednak o to, jaki jest ten klub.

Przypadek Gikiewicza to niestety rzadkość dla polskich zawodników. Zwykle mają problemy, by z 2. Bundesligi wypromować się do pierwszej. Z czego może to wynikać?

- Nie wszyscy doceniają poziom niemieckiej piłki. Już nawet trzecia liga jest naprawdę dobra. Wystarczy spojrzeć, że grają tam takie firmy jak choćby TSV 1860 Monachium czy Kaiserslautern. Druga ma już kilka świetnych klubów. Polacy chętniej wyjeżdżają teraz do Włoch, ale w 2. Bundeslidze też jest nas kilku. Dawid Kownacki, czy Jakub Piotrowski grają w Fortunie, teraz Adam Dźwigała podpisał kontrakt w St. Pauli. Byłem rok w ekstraklasie i trenowałem tam z naprawdę dobrymi zawodnikami, ale każdy musiałby na własnej skórze przekonać się, czy dałby sobie radę tutaj. Niemcy bardzo dbają o reguły i o rzetelne wykonywanie ciężkiej pracy. Wiele klubów z 2. Bundesligi spokojnie mogłoby rywalizować w ekstraklasie o czołowe miejsca.

Rozmawiał Michał Trela

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.