Podróż przez siatkarskie macierzyństwo. „Miałam zakodowane, że muszę być perfekcyjna – zawsze dziesięć na dziesięć” (WYWIAD)

Zobacz również:Powalczyć o powtórkę sprzed dwóch lat. Czas na imprezę roku dla polskich siatkarek
Marta Krajewska
Fot. SIPA/Pressfocus

Przez kilkanaście miesięcy zdążyła zdobyć dwa medale mistrzostw Polski, otrzymać powołanie do reprezentacji, doznać dwóch dużych kontuzji, a także zmienić klub i stan cywilny. Mówi o sobie, że im bardziej ma napięty grafik, tym lepiej sobie ze wszystkim radzi. Marta Łyczakowska (wcześniej Krajewska), rozgrywająca Roleski Grupa Azoty PWSZ Tarnów, opowiada o żmudnej walce z kontuzjami, szybkim siatkarskim rozwoju czy mocnych lekcjach dorosłości we wczesnym wieku.

Dlaczego nie warto „cieszyć się na zapas”? Jak stała się 80-letnią babuszką? Czego nauczyła ją nastoletnia ciąża? Odpowiedzi udziela siatkarka, która empatią mogłaby obdzielić wiele osób.

*****

Michał Winiarczyk: Zacznijmy od bilansu ostatnich piętnastu miesięcy. Wicemistrzostwo Tauron Ligi, powołanie do kadry, pierwsza poważna kontuzja, powrót oraz momentalnie druga kontuzja, koniec sezonu, ślub i zmiana klubu. Rachunek na plus czy na minus?

Marta Łyczakowska: Jak mam być szczera, to jak najbardziej na plus. Owszem, w tym czasie przydarzyły się dwie poważne kontuzje, ale ten czas nauczył mnie cierpliwości i pokory. Zrozumiałam, że człowiek nie może dostać wszystkiego na już. To tylko sport. Każda siatkarka ma również prywatne oblicze. Życie siatkarskie jest tylko dodatkiem do prywatnego. Ślub był spełnieniem marzeń. Cokolwiek by się nie przydarzyło, to i tak uważałabym ten okres za pozytywny.

Czy poza stanem cywilnym dostrzegasz w sobie zmiany w przeciągu tego okresu?

Zaczęłam spoglądać na życie z chłodną głową. Kiedyś żyłam szalonym trybem. Tu transfer, tu kadra, tam zgrupowanie – wszystko działo się w mgnieniu oka, a ja starałam się nad tym nadążyć. Oba urazy mocno sprowadziły na ziemię. Dostałam sygnał: „Zwolnij, nie ciesz się na zapas”. Byłam podekscytowana meczami w Lidze Narodów, choć nie zagrałam jeszcze ani jednego. Teraz wiem, jak ważna jest cierpliwość i że wszystko ma swój czas. Kontuzje sprawiły, że spędziłam dużo czasu z rodziną. Mocno mi pomagała, bo długo chodziłam o kulach i nie mogłam czasem robić podstawowych czynności.

Stałaś się twardsza?

Może to głupio zabrzmi, ale chyba jestem też dojrzalsza. Wcześniej mówiono o mnie, że jestem zakręcona jak słoik (śmiech). Chyba nadszedł najwyższy czas, by spoważnieć.

Przed wywiadem popytałem się o ciebie twoich znajomych. Z opowieści powstaje obraz bardzo wrażliwej osoby.

Sto procent prawda. Mogę powiedzieć nawet, że jestem wysoko wrażliwa. Potrafię rozkleić się gdy widzę starszego pana na ulicy albo gdy zawodniczka skręci kostkę. Mam dużo empatii do ludzi. Jak widzę kogoś płaczącego, to doskonale wiem, co ta osoba czuje. W sytuacjach meczowych tego nie ma. Zachowuję chłodną głowę, ale wystarczy, że oglądam dekorację siatkarzy po zwycięstwie na mistrzostwach świata, to ryczę jak bóbr.

Ile razy płakałaś na „Titanicu”?

O Jezu, tego nie da się zliczyć! Za każdym razem płaczę (śmiech).

Porozmawiajmy o pierwszej kontuzji kolana. Ponoć w Rimini nie rozumiałaś, co mówi doktor w szpitalu, ale po minie widziałaś, że sytuacja z nogą jest kiepska.

Nie dowierzałam, że coś się stało. Wcześniej nie zmagałam się z poważnymi kontuzjami. Nie potrzebowałam żadnego zabiegu czy sporej ingerencji lekarzy. Gdy dowiedziałam się, że nie ma innego wyjścia jak tylko zoperować kolano, to byłam w szoku. Z jednej strony było mi bardzo przykro, bo nie mogłam kontynuować dobrej passy i reprezentować kraju w Lidze Narodów. Z drugiej zrozumiałam, że nic się nie dzieje bez przyczyny. Czekała na mnie rodzina i mały synek. Wcześniej myślałam, że czeka mnie długa, przynajmniej półtoramiesięczna rozłąka. Nie chcę, by zabrzmiało to tak, jakbym cieszyła się z urazu, ale byłabym zdecydowanie załamana, gdybym wracała do pustego domu. A tak to czekałam z utęsknieniem na samolot powrotny, by zobaczyć bliskich.

Jak przebiegała rehabilitacja?

Bardzo dobrze. Oczywiście, były bolączki przy pierwszych ruchach czy obciążaniu nogi. Wszystkie obawy wiązały się z nadmiernym strachem. Jestem dużą panikarą jeśli chodzi o sprawy medyczne. Zwykłe pobranie krwi to dla mnie dramat. Gdy robiłam pierwsze kroki, obawiałam się, że coś się zaraz we mnie znowu zepsuje. Podejrzewam, że cały szpital wiedział, kiedy miałam rehabilitację. Nie sposób było nie słyszeć moich krzyków. Po informacjach od fizjoterapeutów i lekarzy, że z kolanem jest lepiej, obawy malały.

Nie towarzyszyła ci blokada psychiczna, gdy wróciłaś do treningów z zespołem?

Paradoksalnie sprawa przybrały inny obrót. Zamiast autoblokady, trenerzy musieli mnie stopować przed przetrenowaniem. Najpierw miałam swoje zajęcia z rehabilitantem, później odbijałam z boku boiska piłkę i ćwiczyłam na treningu docelowym, a na koniec, po zajęciach, prosiłam trenera o ćwiczenia na obronę czy zagrywkę. Chciałam tak jakby nadrobić wszystkie zaległości. W odpowiedzi słyszałam: „Marta, może na dziś już wystarczy?”. Nie oszczędzałam się, więc cały sztab musiał mnie hamować, aby nie przyszło do głowy robić coś ponad zakładany program. Kilka rezonansów zgodnie pokazywało, że kolano zostało wyleczone.

Nie zdążyłaś na dobre zadomowić się na boisku, gdy nadeszła kolejna kontuzja, w tej samej nodze.

Zastanawiam się, czy mogę określić ją mianem bezmyślnej. Czekał nas domowy mecz z Prometej w Lidze Mistrzyń. Dzień przed spotkaniem dostałam wysokiej temperatury. Ogarnęły mnie dreszcze, miałam 40 stopni gorączki. Rano przyjechał fizjoterapeuta, by zrobić test na covid. Wyszedł negatywny, więc teoretycznie mogłam iść na mecz. Niby nie miałam koronawirusa, ale i tak noc zrobiła swoje i czułam się rozłożona. Wchodząc do hali wiedziałam, że nie jestem gotowa na sto procent. Dusza sportowca robi jednak swoje. Ambicja wzięła górę nad chorobą. Uważałam, że nie mogę osłabić zespołu na chwilę przed meczem w LM. Poza tym było już za późno, by zgłosić do rozgrywek rezerwową rozgrywającą, Julię Bińczycką. Skończyło się na tym, że wobec osłabionego organizmu nie miałam wystarczającego spięcia w ciele. No i nadeszła kolejna kontuzja kolana…

Jak się czułaś psychicznie w porównaniu do pierwszej?

Zdecydowanie gorzej. Przez kilka dni towarzyszyła mi wielka depresja. Patrzyłam na nogę, która wyglądała jak balon i płakałam. Nie przestawałam ryczeć, bo nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego znowu dostaję taki cios. Tutaj nie towarzyszyło mi myślenie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. To była kompletna załamka. Nie potrafiłam się pogodzić, bo dobrze wiedziałam, ile miesięcy spędziłam na dojściu do siebie po pierwszej operacji. „Znów mam zaczynać wszystko od początku? Przecież idzie się załamać” – myślałam.

Mam dużo empatii do ludzi. Jak widzę kogoś płaczącego, to doskonale wiem, co ta osoba czuje. W sytuacjach meczowych tego nie ma. Zachowuję chłodną głowę, ale wystarczy, że oglądam dekorację siatkarzy po zwycięstwie na mistrzostwach świata, to ryczę jak bóbr.

Szukałaś przyczyn w nieszczęśliwym losie albo we wcześniejszym procesie rehabilitacji?

Przede wszystkim szukałam logicznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego znów coś pękło w nodze, skoro dopiero co zostało naprawione? Wcześniejsze rezonanse nie oglądał jeden lekarz tylko kilku specjalistów. Nikt niczego przede mną nie zataił. Rzeczywiście wszystko wyglądało tak, jakby było zagojone. Okazało się, że łąkotka, która była szyta, pękła w innym miejscu. Nie będę ukrywać, trochę obwiniałam się, że zrobiłam głupotę. Nawet w chorobie towarzyszyła mi wielka ambicja, że nie mogę opuścić dziewczyn i zostać w domu. Niemniej, gdybym teraz drugi raz stanęła przed podobnym wyborem, to… postąpiłabym tak samo.

Wolałam zagryźć zęby i walczyć do końca, niż odpuścić lub cierpliwie zaczekać – opowiadała mi kiedyś Zuzia Czyżnielewska. U ciebie widzę podobne nastawienie.

Pamiętam rozmowę z tamtego poranka z mężem. Mówię:

Bartek, nie dam rady.

Nie dasz rady? Co to znaczy, że nie dasz rady? Mdlejesz, nie możesz stać?

Ledwo co chodzę.

Z ręką na sercu, wyglądałam jak 80-letnia babuszka przykryta kocem. Miałam dreszcze, bolało mnie całe ciało. Po meczu, gdy już siedzieliśmy w domu, usłyszałam od męża: „Teraz wiem, co w twoim przypadku znaczy „nie dam rady”.

Nie czułaś małej sportowej zazdrości, że wobec kontuzji twoje miejsce w klubie i kadrze zajęła Katarzyna Wenerska? Trudno się patrzyło na grę koleżanek z perspektywy trybun?

Zazdrość z reguły kojarzy się z czymś złym. To nie wyglądało tak, że myślałam sobie: „No tak, jest w kadrze tylko dlatego, że doznałam kontuzji”. W żadnym wypadku. Moja zazdrość była raczej pozytywna i dotyczyła całego zespołu. „Kurczę, szkoda, że one mogą grać, a ja nie. Pograłabym sobie play-offy” – myślałam w głowie.

Najbardziej brakowało tych meczowych emocji z perspektywy zawodniczki. Gdy człowiek się rehabilituje, to siedzi z boku. Robi wszystko powoli i tylko może sobie obserwować jak radzą sobie inni. Miałam już dosyć kul, bo zarówno przy pierwszej, jak i przy drugiej kontuzji długo o nich chodziłam. Wszędzie musiałam mieć ze sobą te kije, nie mogłam nawet sama odnieść szklanki, bo ciągle miałam dwie ręce zajęte. Śmiałam się, że Bartek i Franek robili za służbę, bo co rusz o coś ich prosiłam. Zamiast zostać 80-letnią babuszką na jeden dzień, stałam się nią na kilka miesięcy (śmiech).

Nie chodziły ci po głowie myśli: „Straciłam cały rok”?

Miałam poczucie, że sezon rozmył się przez palce. Plan po pierwszej kontuzji zakładał grę na trzy rozgrywające. Wiedziałam, że tak czy siak będzie mi trudno, bo Julka i Kasia grały świetnie. Wydawało się, że jak wrócę, to dostanę parę szans, ale nie zakładałam, że raptem stałabym się pierwszą na pozycji. Trudno mówić w kontekście minionego sezonu, że zdobyłyśmy medal. To dziewczyny go zdobyły, nie ja. Nie mogę wpisywać się w ostatnie sukcesy Developresu, bo czuję, że w ogóle się do nich nie przyczyniłam. Jedyne wsparcie, jakie dawałam, to rozmowy z dziewczynami gdy tego chciały. Starałam się je pomagać jak to tylko możliwe, ale poza funkcją „mental coacha” nic nie mogłam zrobić.

Sezon 2020/21, przed kontuzją, to najlepszy okres w twojej karierze?

Najlepszy, ale i najtrudniejszy, bo kosztował mnóstwo stresu. Przeszłam do Rzeszowa po grze w Bielsku-Białej, gdzie na początku byłam drugą rozgrywającą. Nigdy nie miałam sytuacji, że od początku mogłam czuć się mocną „jedynką”. Moje poczucie wartości nie było na tyle wysokie, bym mogła otwarcie powiedzieć, że pasuję do Developresu. Ba, uważałam się za najsłabsze ogniwo zespołu. Zastanawiałam się, czy Stephane jest świadomy swojego wyboru? Nie wiedziałam, że widzi we mnie duży potencjał.

Podpisując kontrakt zakładaliśmy, że w pierwszym sezonie bardziej się uczę i obserwuję niż gram, w drugim wchodzę na zmiany, a w trzecim zostaje pierwszą rozgrywającą. Nie sądziłam, że trener znacznie szybciej postanowi zrobić ze mnie podstawową zawodniczkę. Tym samym spadł na mnie jeszcze większy stres. Ja, dziewczyna bez doświadczenia w meczach finałowych o wysoką stawkę, musiałam skoczyć do głębokiej wody. Nawet teraz nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie, jak sobie z tym poradziłam.

Czyli po prostu brakowało ci wiary w siebie.

Masz rację. Uważałam się za solidną rozgrywającą, nic więcej. Może wynikało to z faktu, że z natury jestem samokrytyczna. Jeśli na dziesięć piłek dziewięć wystawię dobrze, a jedną źle, to zaczynam się głowić nad tym, co zrobić, by wszystkie wychodziły mi świetnie.

Rozmawiałem kiedyś z Alessandro Chiappinim o tym, że gdy na dziewięć prób danego ćwiczenia, trener zwróci uwagę na jedną wykonaną źle, to siatkarki często zamartwiają się, że grają tragicznie, bo szkoleniowiec co rusz wypomina tylko błędy.

Miałam zakodowane, że skoro gram w Developresie, drużynie walczącej o mistrzostwo, to we wszystkim muszę być perfekcyjna – zawsze dziesięć na dziesięć. Patrzyłam na Jelenę Blagojević, Gabi Polańską czy Zuzię Efimienko-Młotkowską jak na gwiazdy, których nie mogę zawieść złą grą. Dziesięć na dziesięć było przepustką, by móc bez wstydu odbijać z nimi piłki.

Dlaczego Developres po dobrej fazie zasadniczej i problemach Chemika Police w trakcie sezonu nie został mistrzem Polski?

Trudno mi się wypowiedzieć, bo nie byłam z dziewczynami na boisku. Nie wiem jakie uwagi dawał trener i co mówił na odprawach przedmeczowych. Nie znałam założeń zespołu. Byłam kibicem, osobą znajdującą się z boku zespołu, choć miałam oczywiście kontakt z dziewczynami.

Każdy klub ma swoje wewnętrzne sprawy, o których nikt z zewnątrz nie wie. Nie zamierzam mówić niczego złego o Developresie, bo wspominam ten okres bardzo dobrze. Podejrzewam, że Chemik czy ŁKS miał podobne problemy w środku drużyny co my. Pozostaje kwestia, jak szybko dana ekipa się z nimi upora. Warto zwrócić uwagę, że nad Rzeszowem w ostatnim sezonie ciążyła duża presja. Kolejne rozgrywki zakończyły się porażką z Policami. Wydaje mi się, że kompleks Chemika ma już każda zawodniczka i członek sztabu. Gdy przychodzi bezpośredni mecz, to pojawia się napinka, że trzeba ich w końcu pokonać, bo zawsze okazują się minimalnie lepsi. Tak czy siak, nie uważam kolejnego wicemistrzostwa za porażkę. Medal wywalczyły między innymi dziewczyny, które podobnie jak ja nie miały dużego doświadczenia w podobnych spotkaniach.

Zamieniasz wicemistrza Polski, ćwierćfinalistę Ligi Mistrzyń, na beniaminka Tauron Ligi Roleski Grupa Azoty PWSZ Tarnów. To ruch na zasadzie: „krok w tył, aby zaraz zrobić dwa do przodu”?

Tak, zgadzam się. Ostatni sezon dobitnie pokazał, że nie jestem stworzona do stania za bandami i podziwiania jak walczą koleżanki. Szukałam klubu, gdzie będę mogła sporo pograć. Razem ze mną w Tarnowie jest Ola Szczepańska. Nikt nikomu od razu nie gwarantuje roli pierwszej rozgrywającej, ale daj Boże, żebyśmy występowały po równo, to już będę zadowolona. Towarzyszy mi głód gry, a transfer do silnego klubu, w którym występuje klarowna „jedynka” w postaci czołowej rozgrywającej ligi, w moim przypadku nie ma teraz racji bytu. Przesiedziałam cały rok, potrzebuje trampoliny, choć nie mam nic przeciwko, żeby Tarnów był nią na dłużej niż sezon. O trenerze Marcinie Wojtowiczu słyszałam bardzo dobre opinie, więc nie mam się co martwić. Podejrzewam, że po odejściu z Rzeszowa każdego trenera będę porównywać do poprzednich. Bartłomiej Piekarczyk i Stephane Antinga to szkoleniowcy z ogromną wiedzą należący do ścisłego topu.

Przy okazji powrotu do kontuzji zwracałaś uwagę na wsparcie rodziny. Jak połączyć macierzyństwo z karierą siatkarską?

Dobre pytanie. Zacznijmy od tego, że doba dla matek-siatkarek powinna trwać przynajmniej trzydzieści godzin (śmiech). Gdy znajdujemy się w sytuacji natłoku pracy, na przykład teraz podczas okresu przygotowawczego, to zdecydowanie brakuje czasu dla najbliższych. Chciałabym poświęcać się bardziej, być lepszą żoną i matką, gotować obiadki i dbać o to, by w domu było zawsze pięknie i czysto, ale nadzwyczajnej czasem się nie da.

Nie oszukujmy się, grając w siatkówkę przeważnie jedynymi osobami, które mają czas wolny w tym samym czasie co ty, są… koleżanki z zespołu. Często trzeba przemyśleć priorytety – czy chcesz iść z nimi na obiad czy wolisz spędzić czas z synem na placu zabaw. Przeważnie wygrywa druga opcja. Śmieje się do dziewczyn, żeby nie gniewały się i nie odbierały mnie jako antyspołeczną, bo jeśli mam wolny dzień, to na pierwszym miejscu stoi rodzina.

Trudno mówić w kontekście minionego sezonu, że zdobyłyśmy medal. To dziewczyny go zdobyły, nie ja. Nie mogę wpisywać się w ostatnie sukcesy Developresu, bo czuję, że w ogóle się do nich nie przyczyniłam.

Jak wspominasz powrót po ciąży do gry? Agata Witkowska mówiła mi, że koleżanki z zespołu często przyłapywały ją jak drzemała w samochodzie przed treningami, bo syn nie dawał spać.

Nie wiem skąd to się bierze, ale uważam, że kobieta tuż po porodzie ma dwa razy więcej siły. Jak przyjeżdżam do rodzinnego domu wiedząc, że mam mamę, która wszystko zrobi, posprząta i ugotuje, to czułam się śpiąca i rozleniwiona. U siebie sprawa wygląda zgoła inaczej. Jak kobieta wie, że jeśli niczego nie zrobi, to ten mały człowiek będzie chodził głodny i płakał, a w mieszkaniu będzie brudno, to dostaje takiego „powera”, że jest w stanie ogarnąć wszystko – dziecko, mieszkanie i karierę siatkarską. Im grafik jest bardziej zapełniony, tym potrafię sobie lepiej ze wszystkim poradzić. Nawet w przypadku treningów jest podobnie, bo lepiej czuję się gdy mam dwa treningi w ciągu dnia niż tylko jeden, popołudniowy.

Inna kwestia – z opowieści wiem, że dziecko sprawia, że nie zadręczasz się tak mocno niepowodzeniami na treningu czy po meczach.

Przychodzisz do domu po nieudanym spotkaniu, widzisz uśmiechnięte maleństwo pakujące się na ręce i dochodzi do ciebie, że to był tylko mecz. Żeby nie odbierano mnie źle – to nie jest tak, że teraz za każdym razem myślę sobie: „no trudno”, „tak bywa”. Macierzyństwo sprawia, że człowiek zdaje sobie sprawę, dla kogo to wszystko robi i kto jest zawsze przy nim niezależnie od nastroju.

Miałaś w życiu moment, aby „wyszumieć się”, poczuć dorosłość? Kariera sportowa sprawia, że człowiek nie ma zbyt wielu okazji na imprezy rodzinne czy wyjścia ze znajomymi.

Mój okres kryzysu dojrzewania albo – jak kto woli – buntu trwał trzy miesiące. Stwierdziłam, że szkoła jest niefajna, a treningi nudzą, bo najlepiej jest się bawić. Jak zbliżał się weekend, to interesowały mnie głównie imprezy. Na szczęście nie byłam na nie nakręcona na sto procent jak dziewczyny, które nie mają żadnych zainteresowań. Z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, że był to najlepszy czas w moim życiu. Co więcej, dziś czuję, że zmarnotrawiłam te miesiące.

Nie zrezygnowałam z treningów, ale pamiętam, że nie miały dla mnie tak wielkiego znaczenia jak wcześniej czy później. Priorytetem było to, żeby wyszaleć się na imprezach, pokazać się w szkole i oczywiście, by co chwile mieć jakiś nowy ciuch. Dobrze, że to skończyło się tylko na trzech miesiącach w pierwszej klasie liceum. Zrozumiałam wreszcie, że to nie jest dla mnie, a niedługo potem zaszłam w ciążę.

Wcześnie zostałaś matką.

Gdy ma się siedemnaście lat, to ciąża nie jest najszczęśliwszym czasem w życiu kobiety. Powiedzmy, że była planowana, a człowiek nastawiał się, że zaraz będzie miał dzidziusia. Sytuacja robi się mniej fajna gdy dociera do ciebie, że nie masz własnego miejsca zamieszkania czy źródła dochodu, a każdą złotówkę trzeba skrupulatnie zaplanować, bo nie wiesz, czy na wszystko wystarczy. Wtedy łapiesz się dorywczych prac na przykład hostessy.

Po latach, gdy ten trudniejszy okres masz za sobą, to ze zdwojoną siłą doceniasz wszystko, co masz wokoło – rodzinę i dziecko, będące małym promyczkiem, które krząta się po domu. Fakt, że dałaś sobie radę w życiu sportowym i możesz spełniać się jako profesjonalna siatkarka czy to, że idziesz do sklepu i nie musisz chodzić z kalkulatorem, bo możesz spokojnie kupić wszystkie potrzebne rzeczy. Wybór pracy kosztem imprez przynosi teraz miłe efekty.

Miałaś poczucie, że ciąża być może zamknie ci szansę na karierę?

Szczerze? Rozważałam opcję, że po urodzeniu nie będę już grała w siatkówkę. Nie wpadłam w rozpacz pod tytułem: „O jejku, co ja ze sobą zrobię, jak nie będę grała?”. Miałam poczucie, że jeśli nie w „siatce”, to gdzieś się odnajdę. Tu zagadam, tam zagadam i sobie poradzę w życiu. Gdy Franek miał kilka miesięcy, to dotarło do mnie: „Kurczę, ale to w siatkówce jestem najlepsza”. Nie poszłam w kierunku szkoły czy prac intelektualnych, więc pozostała praca fizyczna. Ona mi do tej pory wychodziła w życiu.

Jeśli nie byłabyś siatkarką, to kim?

Wydaje mi się, że chyba mam duszę artystki. Podoba mi się wyszywanie na poduszkach, tworzenie poduszek, bibelotów. Śmieje się, że jak rozkręcę biznes, to będę miała kolekcję plecaczków czy saszetek. Pomysły nasiliły się w trakcie kontuzji. Miałam dużo czasu, a nie mogłam się ruszać. Pozostało albo oglądać telewizję, albo szukać czegoś interesującego. Szukałam inspiracji w Internecie i wtedy dotarło do mnie, że gdyby nie siatka, to pewnie poszłabym w kierunku tworzenia czegoś swojego. Ale wiadomo, człowiek młody, to co rusz widzi pomysł na biznes.

Gdybyś mogła przemówić do tej Marty z okresu buntu w pierwszej klasie liceum, to…?

To bym powiedziała, żeby słuchała rodziców, bo oni zawsze mają rację (śmiech).

Teraz obracam to trochę w śmiech, ale patrząc wstecz, chcieli dla mnie dobrze, a ja często tego nie doceniałam. Mieli dobre przeczucie co do osób, z którymi się trzymałam, mówiąc: „uważaj na nich”. Tata zabrał mnie na siatkówkę w wieku ośmiu lat. Nie było sekcji w moim wieku, więc chodziłam do starszego rocznika. Poza tym sam chodził ze mną odbijać piłkę oraz woził z domu do szkoły i na treningi. Jeśli potrzebowałam czegoś do sportu typu buty, nakolanniki, to rodzice bez problemu mi to kupowali. Nie szczędzili środków na rozwój młodej dziewczyny, która coś może osiągnąć.

Mama mówiła: „dziecko, chodź do szkoły”, „jak chcesz mi coś powiedzieć, to się nie krępuj”, „nie zamykaj się, bo masz w nas przyjaciół”. Teraz, gdy człowiek jest mądrzejszy, to może gdybać, że gdyby się ich bardziej słuchał, to doszedłby do obecnego miejsca jeszcze szybciej.

Człowiek uczy się najlepiej na swoich błędach.

Druga rada to cierpliwość. Tamta Marta powinna być spokojniejsza… i mniej uparta. Gdy rodzice prosili mnie, bym czegoś nie robiła, to ja musiałam robić na przekór. Chciałam mieć wszystko „na już”. Pamiętam wyjazd na Turniej Nadziei Olimpijskich. Nie dostałam powołania do szerokiej kadry narodowej. Otrzymałam mniej punktów, bo między innymi byłam za niska. Myślałam załamana: „Koniec z siatkówką, bo się nie nadaję”. W desperacji chciałam przenieść się na piasek i zapisać się do kadry plażowej. Pomógł Witold Roman, który znał się z moim tatą, a którego córka grała w tym samym klubie co ja. Powiedział, żebym w to się nie pakowała, tylko cierpliwie zaczekała, bo to, że nie dostałam powołania, nie oznacza, że już nie mam szans na zawodową grę.

Mam migawkę z okresu gdy chodziłam z ciążowym brzuchem. W tym samym czasie odbywały się mistrzostwa Polski juniorek. Rywalizowały tam dziewczyny z mojego rocznika między innymi Ala Grabka czy Julka Nowicka. Widziałam jak dobrze sobie radzą i zbierają już doświadczenie w Ekstraklasie. A ja? „A ja wciąż jestem w tyle” – mówiłam sama do siebie.

Czy Marta kiedyś się zmieni i przestanie płakać na „Titanicu”?

(Łyczakowska śmieje się – przyp. MW)

Nie wydaje mi się – tym bardziej że nie uważam tego za wadę. Nie mam problemów z powstrzymaniem emocji w życiu codziennym. Te łzy nie są niczym złym. To taka moja życiowa „nadempatia”.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Podróżuje między F1, koszykarską Euroligą, a siatkówką w wielu wydaniach. Na newonce.sport często serwuje wywiady, gdzie bardziej niż sukcesy i trofea liczy się sam człowiek. Miłośnik ciekawych sportowych historii.
Komentarze 0