Marionetki czy poszukiwacze wymówek? Real oddaje punkty ze śnieżycą na pierwszym planie

Zobacz również:Człowiek, którego trzymają się kilogramy. O Hazarda skłonności do nadwagi
Osasuna v Real Madrid - La Liga Santander
Fot. David S. Bustamante/Soccrates/Getty Images

W ostatnich dniach oglądamy obrazki z załamania pogodowego w Hiszpanii, jakiego dawno nie widzieliśmy. Madryt jest pokryty śniegiem, Real nie był pewien wylotu ani rozegrania zawodów w Nawarze, a ostatecznie zremisował bezbramkowo na El Sadar. „Więcej tam niestety było śniegu niż piłki” –powiedział zawiedziony Zinedine Zidane, bo jego gracze oddali jeden celny strzał, a wielu z nich jak Eden Hazard zniknęło w mroźnych warunkach. Najlepiej skwitował to AS okładką z hasłem „poniżej zera”, tym samym Osasuna dołączyła do długiej, królewskiej listy wpadek na czele z Cadizem, Alaves czy Elche.

To kolejny raz, kiedy przeżyliśmy wyraźną ubogość w ataku mistrzów Hiszpanii. Marco Asensio równał do przeciętności, a na Edena Hazarda niezmiennie trzeba czekać, aż trafi z formą. Jak bumerang powracają identyczne problemy, o ile nie zakryje ich wspaniała gra linii pomocy, a Toni Kroos czy Luka Modrić nie rozstrzygną zawodów już na samym początku. Czas nigdy nie gra na korzyść Królewskich, chociaż historycznie potrafili przecież w końcówkach zdobywać wielkie trofea.

Rzadko kiedy w ogóle madrytczycy dają popis widowiskowej gry ofensywnej z niesamowitą liczbą dryblingów, strzałów czy dociskaniem przeciwnika. Nawet jeśli rozgrywają koncerty, polegają one raczej na dominacji w środkowej strefie i umiejętnym kontrolowaniu piłki. Wolą trzymać na dystans, niż zadawać kolejne ciosy, co akurat potrafią jak mało kto. Największą sztuką jest jednak napoczęcie przeciwnika, co z Osasuną zupełnie się nie udało. Rzadko kiedy oglądamy mecze Realu z 3 bramkami, nawet te z dwoma zdobytymi nie bywają tak powszechne. W Madrycie doszło do zamiany ról, bo słynne „unocerismo”, czyli system zwycięstw 1-0 stał się domeną ekipy Zidane'a.

Bywa, że Królewscy grają nieco jak na przeżycie. Przyklepać zwycięstwo i do domu, bez większych myśli o planie rozwojowym na przyszłość, co obserwujemy po niewykorzystaniu potencjału Martina Odegaarda, Viniciusa Juniora czy nawet Federico Valverde. Dwaj pierwsi w Pampelunie zostali zamrożeni, bo nie podnieśli się z ławki rezerwowych, a starej gwardii nie udało się wcisnąć w klasycznym stylu jednego gola. Nie uratowali Benzema, Kroos ani Ramos, czyli bohaterowie regularnie noszący peleryny w Madrycie.

Rzeczywiście wątpliwości przy tym spotkaniu było mnóstwo. Łącznie z niepewną podróżą przez zablokowanie lotniska Barajas i trudne warunki, wylotem dzień wcześniej czy oczekiwaniem przez kilka godzin w samolocie i na lotnisku, do tego należy doliczyć niepewność w hotelu, czy taki mecz w ogóle się odbędzie, ale to nadal wydaje się lista tanich wymówek, kiedy weźmiemy pod uwagę, z czym od lat mierzą się piłkarze takiego klubu. Tłumaczenie pogodą, nawet tak skrajną, wydaje się raczej cechą niepoważnych rozgrywek i to żaden przytyk w stronę ekstraklasy.

„Zagraliśmy, bo nam kazano, ale mecz powinien być przełożony. Widzieliśmy, co widzieliśmy, to nie był mecz piłki nożnej” – komentował Zidane, narzekając na nieodpowiednie warunki do gry. Podobnie oceniał to wszystko bramkarz Thibaut Courtois: „Nie powinniśmy wylecieć na ten mecz, kiedy widzisz, co się dzieje chociażby w Madrycie czy jak wyglądają drogi. Chodzi o bezpieczeństwo. Jesteśmy traktowani jak marionetki, które zagrają bez względu na wszystko. Logistyka tego wszystkiego nie była łatwa”. I jest to jeden z czynników, który wychodzi na pierwszy plan - tym bardziej uwzględniając, że RM ma problem z powrotem do stolicy - ale nadal zawodnicy tej klasy powinni zaznaczyć różnicę na murawie.

Od dłuższego czasu Real wygrywa bardziej indywidualnymi zrywami i klasą zawodników, niż pomysłem i siłą rozpędu całej drużyny. Tym razem w Pampelunie się nie udało, co może wiele kosztować, bo właśnie tym wyróżnia się w tym sezonie Atletico Madryt (którego mecz z Athletikiem został przełożony). Wygrywa spotkania, w których nawet nie zasługuje na komplet punktów. Cieniuje, zawodzi, rozczarowuje, ale dopisuje punkty, czego już nie powiemy o Królewskich. Nawet jeśli na koniec sezonu będzie się wracać do stanu murawy, lodowatych warunków czy niepewnej podróży, problem leży gdzieś głębiej. I można go uprościć do stwierdzenia, że galaktyczny atak to od dawna tylko czar wspomnień. Real Madryt nie potrafi już straszyć w ataku, a co gorsza nawet nie ma kim obok Karima Benzemy.

Podziel się lub zapisz
Dominik Piechota
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.