Marcos Llorente, czyli antyteza hiszpańskiego piłkarza. Kult ciała i potu na trudne czasy

Zobacz również:Cena na metce działa na głowę. Złoty chłopiec wraca tam, gdzie zaczynał
Atletico Madrid v RB Salzburg: Group A - UEFA Champions League
Fot. Angel Martinez/Getty Images

Gdyby w czasach Realu Madryt ktoś rzucił, że Marcos Llorente wykręci w jednym sezonie 9 bramek i 8 asyst, to zapewne wszyscy na czele z Zinedinem Zidanem kazaliby mu się uspokoić i odetchnąć głęboko. Wtedy jego zadaniem było spokojne rozgrywanie piłki i zabezpieczanie defensywy, teraz część ekspertów widzi w nim najlepszego piłkarza ligi hiszpańskiej. A przynajmniej gwiazdę ostatnich tygodni. Piłkarz, który dorównywał Cristiano Ronaldo w czasie poświęcanym sobie, katorżniczej diecie i dodatkowych godzinach włożonych w pielęgnację organizmu, teraz zbiera owoce niewidzialnego wysiłku. Kiedy hiszpański futbol dołuje, Llorente płynie na fali z wyznawcami kultu fizycznej, dynamicznej gry.

Tłumacząc fenomen przebudowanego Atletico Madryt, najczęściej używa się nazwiska Luisa Suareza. Jest głośne, chwytliwe, zresztą Urugwajczyk jak na najlepszego strzelca rozgrywek przystało firmuje swoimi golami kolejne sukcesy bandy Diego Simeone. Lecz to nie jest jednosobowy wyskok, co chwilę zmieniają się nazwiska ciągnące wózek, ale za projektem zmierzającym po mistrzostwo Hiszpanii stoi dość równa i regularna forma wielu nazwisk. Początek sezonu totalnie należał do Joao Feliksa, później odbudowani Yannick Carrasco i Thomas Lemar weszli w buty liderów, w końcu nadszedł czas egzekucji Suareza, a teraz najgłośniejsze efekty gwarantują Angel Correa i Marcos Llorente. Przy tym ostatnim warto się na chwilę zatrzymać.

Cały rodowód niemalże skazywał go na grę w Realu Madryt, lecz jak wielu innych utalentowanych graczy nie znalazł uznania w oczach Zinedine'a Zidane'a. Nic dziwnego, bo i sporadyczne występy nie były odważnym sygnałem dla francuskiego szkoleniowca, aby dać mu zdecydowanie więcej szans. Był taki moment w 2017 roku, kiedy przekonywał, ale finalnie kult Casemiro oddziaływał zbyt mocno. Talentu Llorente nigdy nie można było odmówić, kultu pracy i mentalności profesjonalisty tym bardziej, potrzebował jedynie uwolnienia tej wiary we własne możliwości siebie. W końcu piłkarz jest tak dobry, jak jest pewny siebie. Sam jednak powtarza: „W futbolu nie ma rzeczy trudniejszej, niż przebić się do jedenastki Realu”.

Bestia narodziła się dopiero po drugiej stronie Madrytu wraz ze zmianą pozycji i roli taktycznej. Simeone dostrzegł jak wiele strzałów defensywnego pomocnika wpada do siatki i jaką ma czutkę, kiedy już przypadkiem zawędruje w pole karne. Doskonale wyczuwał moment wejścia z drugiej linii, a przy tym był warsztatowo doskonale przygotowany. Większość piłek w powietrzu zgarniał, bo dosiężnym wyróżniał się na tle całej drużyny. Zresztą jeżeli dało się zmierzyć jakiekolwiek parametry jak start do piłki, przyspieszenie czy siłę uderzenia, to z każdym miesiącem Marcos zyskiwał. O nikim innym nie można tak prawdziwie powiedzieć, że jest piłkarzem 24/7.

Marcos Llorente trochę niczym Lewandowscy ze swojego życia uczynił ciągłą pogoń za doskonałością i zdrowym podejściem. Jego partnerka Paddy również jest zafiksowana na punkcie treningu, rozwoju osobistego, zdrowych przepisów czy wiedzy na temat żywności. Są z gatunku tej pary, która sprawdza skład każdego produktu. I nie odpuści sobie słodyczy czy przysmaków, tylko skorzystają z takich o właściwym składzie. A najlepiej zrobią je sami, wpierw jadąc na ekologiczną farmę po naturalne produkty lepszej jakości. U nich nie ma przypadkowych posiłków, skoro regularnie zakupy dowożą im zaprzyjaźnieni właściciele wspomnianej farmy. Sam pomocnik Atletico po wielu próbach i błędach korzysta z diety paleo, czyli z tak zwanego jadłospisu jaskiniowców. To mianowicie model żywieniowy wzorujący się na przyzwyczajeniach naszych przodków z okresu paleolitycznego.

Chłopak ze stolicy dość sporo naczekał się na swoją szansę, ale nie marnował czasu. Pracował katorżniczo indywidualnie, spędzał najwięcej czasu w klubie, ale zainwestował również w osobistą siłownię, gdzie przy pomocy specjalistów pracował nad własnym ciałem. Nie wygląda na mięśniaka, ale inni mogą mu pozazdrościć tkanki tłuszczowej. Rozwój Llorente był nastawiony na dynamikę i konkretny progres – konkretniejsze decyzje, lepszy refleks, wyższy wyskok, szybszy bieg. Nigdy nie chciał uczynić z siebie kulturysty, tylko piłkarza. Ale kiedy musiał się pokazać przed Simeone w pełnym wymiarze, rozkochał go w sobie. Musieli do siebie trafić i znaleźć wspólny język z taką mentalnością oraz podejściem do pracy.

Sukces hiszpańskiego pomocnika wydawał się kwestią czasu, ale aż taka transformacja przerosła wszelkie oczekiwania. Nikt bowiem nie spodziewał się, że Llorente stanie się piłkarzem tak na wskroś ofensywnym. Że nagle będziemy o nim opowiadać jako o najlepszym asystencie ligi hiszpańskiej. I to wcale nie oznacza doskonałego prostopadłego podania czy wymuskanych piłek niczym wirtuoz, on po prostu wygrywa pojedynki i potrafi świetnie wyczuwać moment zagrania. Nadal mówimy o pracusiu i rzemieślniku, ale w znacznie bardziej eksluzywnej wersji. Co złośliwsi powiedzieliby, że to Raul Garcia w znacznie pełniejszej wersji premium – bo potrafi znacznie więcej, ale nadal jego bazą jest fizyka.

Kiedy oglądamy zapaść hiszpańskiego futbolu, Barcelona, Real Sociedad czy Sevilla pakują walizki w Europie wczesną wiosną, to Marcos Llorente przeżywa prawdziwy rozkwit. Bo wpisuje się sztandarowe zasady nowoczesnej piłki: dziś wszystko trzeba zagrać szybciej, bardziej bezpośrednio i na gigantycznej intensywności. Dlatego Llorente wygrywa pojedynki, dominuje w powietrzu, wyprzedza na ziemi, przepycha rywali, a przy tym korzystając ze swojej inteligencji, wybiera najlepsze rozwiązania. Efektem tego jest 9 bramek i 8 asyst zawodnika, któremu zdarzało się usłyszeć, że jest zbyt ograniczony na wielki futbol. Można powiedzieć, że Llorente zamknął się w domu i pracował, dopóki sam nie mógł się zaśmiać z tych słów.

Eksperci podnoszą debatę, czy nie mówimy aktualnie o najlepszym hiszpańskim piłkarzu, mimo że w drużynie narodowej nie zdążyli jeszcze poważnie spojrzeć na jego kandydaturę. Na pewno forma ostatnich tygodni i ciągły rozwój przemawiają za żołnierzem Diego Simeone. Takiego gracza musi zazdrościć mu każdy trener – bo w jednym meczu gra w roli prawego wahadłowego, by trzy później zostać podwieszonym napastnikiem, a w międzyczasie jeszcze trzy razy zmienić rolę w trakcie gry. To czysty uniwersalizm, tylko bardzo błędnie zamknięty swego czasu w szufladce defensywnego pomocnika odpowiedzialnego za destrukcję i transport piłki do bardziej kreatywnych.

26-latek stał się skarbem w wielu wymiarach. Bo nikt tak skutecznie jak on nie zakłada pressingu, bo nikt nie przebiega efektywnie tylu kilometrów i nie wykonuje tylu sprintów, bo nikt tak skutecznie nie wchodzi w zwarcia i neutralizuje poczynania przeciwników. Zdarzało się, że koledzy śmiali się z Llorente, gdy ten wykonywał swój plan treningowy. „Co Ci da, że wskoczysz na skrzynię wyżej niż przed tygodniem? To nie jest piłka nożna” – słyszał. Ale kiedy dziś znów jest wskazywany palcem, to wtedy kiedy trzeba wskazać wzór rozwoju. I kierunek, jakiego brakuje części hiszpańskich piłkarzy. Kiedy rytm całej ligi drastycznie spada, tacy jak Llorente zyskują atuty, bo grają na innej szybkości. Nie pozwalają, by europejskie standardy im odjeżdżały.

„Chciałbym odnaleźć zdjęcia Marcosa Llorente trenującego, kiedy nawet nie łapał się na listę powołanych” – mówi Diego Simeone, wiedząc, że ten chłopak jest jednym z jego największych odkryć i przemian w całej karierze trenerskiej. Dostał idealny materiał do szycia, ale zrobił z niego użytek. Ma dziś piłkarza gotowego na wszystko: grę w ataku, na bokach i środku obrony, de facto na każdej pozycji w drugiej linii. Dla Marcosa Llorente nie ma rzeczy niemożliwych. I dlatego już nie wysłuchuje o oddawaniu piłki do bardziej kreatywnych, tylko przedstawia się jako najlepszy asystent całej ligi hiszpańskiej. I jeden z architektów projektu zmierzającego po mistrzostwo kraju.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.