Opowieść o zapachu pieniędzy, nauce i spleśniałej taśmie medalu. „Nie rozumiem ludzi, którzy nie chcą żyć marzeniami” (WYWIAD)

Zobacz również:Trzecia polska próba wygrania Ligi Mistrzów. ZAKSA ma szansę większą niż kiedykolwiek
Marcin Prus
Fot. Paweł Piotrowski / 400mm.pl

Do profesjonalnej siatkówki wchodził jako najlepszy junior świata. Starsi kibice do dziś pamiętają uzdolnionego i szalonego młodzieńca z kolorowymi włosami. Lata sukcesów doprowadziły młodzieżowego mistrza globu na sportowy szczyt, z którego zrzuciły go problemy zdrowotne. Marcin Prus, były siatkarz reprezentacji Polski, a obecnie pedagog i psycholog sportu opowiada newonce.sport o brutalnie przerwanej karierze w wieku 23 lat, nastawieniu do życia, ulotności chwili czy transformacji ze sportowca na mówcę motywacyjnego, w którego spotkaniach wzięło udział blisko sto pięćdziesiąt tysięcy osób.

Michał Winiarczyk: Rozmawiam z pierwszym showmanem polskiej siatkówki?

Marcin Prus: Nie wiem, czy nim jestem dla dzieciaków, z którymi dzisiaj się spotykam. Pamiętajmy, że wydarzenia, w których brałem udział miały miejsce ponad dwadzieścia lat temu. Może jeszcze ludzie pamiętają tamtą reprezentację, bo niektóre osoby takie jak Paweł Papke, Sebastian Świderski czy Paweł Zagumny do dziś są widoczne w środowisku. Z kolei ja funkcjonuję jako ambasador Siatkarskich Ośrodków Szkolnych przy Polskim Związku Piłki Siatkowej. Odpowiadając na pytanie – już chyba z nim nie rozmawiasz. Ten czas już minął, a świadczy o tym siwizna na mojej głowie. Z barwnych włosów, z którymi grałem, dziś pozostała tylko ona. Nie oszukujmy się, jej nie chciałbym najbardziej. Nadszedł jednak moment, w którym trzeba było go zaakceptować i nie zmieniać, bo w przeciwnym wypadku nie wyglądałoby to najlepiej.

Czujesz się młodo charakterem?

Będę młody nawet mając setkę na karku. Jest taki żart: Czy coś się w tobie zmieniło? Wraz z wiekiem podobają ci się inne osoby? Nie, cały czas te same 25-letnie dziewczyny. Mówiąc poważnie, pojmowałem myślenie starszych, gdy byłem młody. Rozumiem też siebie, jaki jestem dziś. W pewnym momencie człowiek zdaje sobie sprawę, że młodość to nie kwestia PESEL-u, tylko podejścia do życia. Im więcej mamy dla niego zrozumienia, tym łatwiej jest nam się nie starzeć. Mam pracę, która pozwala funkcjonować w młodym środowisku. Sprawiam, że dzieciaki rozmawiają z 43-letnim kumplem. Po części muszę być osobą dorosłą, psychologiem sportu, pedagogiem – nim jestem na co dzień. Przede wszystkim pełnię rolę sportowca oraz przyjaciela, który chce dobrze doradzić.

Trochę cię jednak postarzę. Gdy zdobywałeś juniorskie mistrzostwo Europy w 1996 roku, mnie jeszcze nie było na świecie.

To nie świadczy o mojej starości, tylko o twojej młodości (śmiech).

Co łączy, a co dzieli tamtego i dzisiejszego Marcina?

Brak gry w siatkówkę – od tego przede wszystkim zacznijmy. Stary Marcin bawił się nią, robił to z czystej przyjemności. Obecny patrzy na to z zazdrością. Chciałby znów mieć takie zdrowie i fantastyczne chwile z reprezentacją. Już wtedy miałem poczucie posiadania czegoś wielkiego. Wiedziałem, że chwila jest ulotna. Na młodego Marcina patrzę z podziwem, bo nawet dziś w tym środowisku większość osób funkcjonuje bez podobnego przeświadczenia. Już wtedy zazdrościłem sobie wiedzy, którą mogłem przekazać innym, lecz z powodu gry było to niemożliwe. Gdy przyglądam się teraz całej sytuacji z boku, to dochodzę do wniosku, że miałem spełnione życie. Wiem, że czerpałem je pełnymi garściami. Poszedłem w kierunku marzeń. Miałem wspaniałe wsparcie rodziców, którzy nie kazali robić niczego na siłę. Gdy wyjeżdżałem do Szkoły Mistrzostwa Sportowego, mieli świadomość, że dom opuszcza dorosły Marcin, który rusza po realizację celów. Cieszę się, że „młody ja” miał takie świetnie okoliczności do rozwoju. Dziś staram się postępować podobnie w stosunku do córki. Chciałbym, żeby wiedziała, że może na mnie liczyć przy spełnianiu marzeń.

Młody siatkarz wchodzący do seniorskiej siatkówki jako MVP i złoty medalista młodzieżowych mistrzostw świata ma poczucie, że świat leży u jego stóp?

Nie wiem, czy komuś o tym kiedykolwiek opowiadałem. Pamiętam sytuację przy okazji jednej z edycji Ligi Światowej. „Gazeta Wyborcza” zamieściła duże zdjęcie, gdy atakuję podczas meczu. Przy nim widniał napis: „Marcin Prus – zapach lakieru, zapach pieniędzy”. To był moment, gdy zdałem sobie sprawę z własnej wielkości. Kto chciał mógł stworzyć teorię, że odbiła mi palma dodając historie o farbowaniu włosów. Jest tylko jeden mały myk. Żeby być w reprezentacji, musisz dobrze grać. Nikt cię za frajer lub piękne włosy nie weźmie. Nikogo nie obchodzi, że umiesz robić atmosferę. Od tego jest knajpa, w której możesz popić, pośpiewać i wykreować się na fajnego gościa.

Można powiedzieć, że w siatkówce wszystko przyszło mi łatwo, jednak było to okupione morderczymi treningami i latami ciężkiej pracy. Droga do seniorskiej siatkówki była naturalna. Najpierw pasja dziecięca, potem klub, kadra młodzieżowa, mistrzostwo świata i nagroda MVP, reprezentacja seniorska, drużyna mistrza Polski… (Prus wskazuje palcem w dół) ...aż w końcu wszystko się posypało.

Takie flow emocjonalne mogło zaszkodzić. Tym bardziej że nie istniał wtedy ktoś taki jak trener mentalny. Nie było osoby, do której mogłeś podejść i znaleźć wsparcie. Człowieka, który pomógłby uniknąć błędów młodości. Dzisiaj to jest prostsze. Jeśli znajdziesz odpowiedniego specjalistę, jesteś w stanie szybko poukładać sobie całe życie. Oczywiście, młody człowiek ma to do siebie, że może powiedzieć: nie jesteś mi potrzebny. Dzisiaj za osobę, którą jestem, oddałbym wiele. Taką rolę trenera mentalnego pełnił po części mój tata. Wiedział kiedy wesprzeć, a kiedy strofować. Dla mojego dobra zabrał pierwsze zarobione pieniądze. Jak dorośniesz, to ci oddam – mówił. Wynagrodzenie z kontraktu było szybko koszone i czekało na lepszy czas. Teraz nie mam prawa powiedzieć złego słowa na te działania, ale wtedy? Dlaczego ktoś zabiera moją kasę, którą mógłbym wydać, na co chcę? Gdy doznajesz kontuzji i pieniądze szybko znikają, zdajesz sobie sprawę, że była to świetna decyzja. Chciałbym, aby młodzi zawodnicy wchodzący do wielkiego sportu zastanowili się, czy nie potrzebują podobnej osoby. Lada moment do ich życia wkroczą wielkie pieniądze. Mamy wiele przykładów, gdzie hazard i lekkie życie doprowadzały do sytuacji, że człowiek staczał się i nawet próbował ze sobą skończyć.

Słyszałem, że przychodząc do Mostostalu jako młody zawodnik miałeś jeden z największych kontraktów w lidze.

To była bajka. Pamiętam pierwsze rozmowy z Sosnowcem. Za jeden sezon oferowali piętnaście tysięcy złotych. Możesz się teraz śmiać, ale na tamte czasy była to pokaźna suma. Z Kędzierzynem umowę koordynował tata. Kwota wzrosła do sześćdziesięciu tysięcy za sezon. Cztery lata gry w Sosnowcu równały się z rokiem w Kędzierzynie. Najpierw podpisałem dwuletnią umowę. Gdy później ją przedłużyłem, kontrakt był o dychę wyższy. Do tego dochodziły premie za wygrane mecze. W tamtym czasie umowa na ponad sto tysięcy była dla ligowca marzeniem. Dla młodego chłopaka, wychodzącego z SMS-u do siatkarskiego świata to był kosmos.

Mieliśmy wtedy świetną ekipę złożoną ze Sławka Gerymskiego, Pawła Papke, Bodzia Mienculewicza, Sławka Skrzypca, Andrzeja Solskiego. Stanowili trzon ekipy. Do tego doszli młodzi gniewni, w tym ja. Tak się złożyło, że po piątym miejscu w tabeli w fazie zasadniczej, skończyliśmy sezon z mistrzostwem. Później dołączył Sebastian Świderski, a za Jana Sucha przyszedł Waldemar Wspaniały. Zespół wykrystalizował się, dzięki czemu mogliśmy sobie pozwolić na to, by rządzić w polskiej lidze.

Napomknąłeś o trenerze Suchu. Słyszałem historie o jego sposobie premiowania…

Już tłumaczę. Stary zawodnik miał zarabiać. To było jego jedyne źródło utrzymania. Młody był od grania i ciężkiej pracy, aby kiedyś mieć podobnie.

Czy się stoi, czy się leży, premia się należy.

Pod warunkiem, że wygrywasz. Nie było gwarancji, że starzy zwyciężą bez młodych. Natomiast wpuszczanie ich generowało konflikty, bo doświadczeni zawodnicy obawiali się, że nie dostaną pieniędzy. Pewnego razu Jasiu Such za zgodą prezesa Kazimierza Pietrzyka wprowadził system premiowania ośmiu zawodników z szóstki. Oznaczało to, że premię po zwycięstwach, w takiej samej wysokości otrzymywali również ci, co nie grali, czyli starzy. Im to się spodobało. Godzili się na to, że nie grają, bo i tak dostawali kasę. Z kolei my, młodzi, mogliśmy w spokoju się rozwijać. Dzięki temu mieliśmy również świadomość, że trzon drużyny zostanie zachowany. To pomogło w spojeniu zespołu, bo wpadło wicemistrzostwo, mistrzostwo, znów drugie miejsce, a potem trzy tytuły z rzędu. Można powiedzieć, że pomysł w tamtym czasie miał sens. Później odeszło się od tego, bo zespoły zaczęto budować na zasadzie: jedna dobra startowa szóstka plus druga składająca się ze zmienników.

Dlatego też starsi koledzy nie reagowali źle na twoje zmiany fryzur? Znam historię z piłki nożnej, gdzie lata temu doświadczonych zawodników wkurzały białe korki zamiast czarnych u młodego.

W środowisku siatkarskim czegoś takiego nie było. Każdy miał w dupie to, jaki jesteś. Miałeś robić swoje na boisku. Nikt nie przejmował się tym, jak wyglądasz. Wiadomo, gdy nie wychodzi ci, to wygląd jest pierwszą kwestią, w którą uderzy drugi człowiek. Możesz być Jordanem albo Lewandowskim, ale gdy raz walniesz piłkę w trybuny albo rzucisz ponad kosz, to zacznie się jazda, niezależnie od tego ile tytułów masz na koncie.

Pamiętam, że na początku grałem również w soczewkach z gwiazdkami. Strasznie słabo to wychodziło, bo… nie łapałem ostrości. Można powiedzieć, że przyniosłem do Kędzierzyna modę na farbowanie włosów. Kibice, a nawet dzieciaki w szkołach chodziły w kolorowych piórach. Nie poszedłem w kierunku Rodmana, wydziaranego człowieka z kolczykami od stóp do głów. A nawiązując do wizerunku showmana, o którego zapytałeś w pierwszym pytaniu – te wszystkie działania były młodzieńczą zajawką. Potem przerodziło się to w historię człowieka.

Marcin Prus
Fot. Włodzimierz Sierakowski / 400mm.pl

Miałeś uczucie, że jak idzie ci dobrze, to chwalono tę ekstrawagancję, a gdy raz nie wyszło, to od tego zaczynała się krytyka?

Taka sytuacja istniałaby dzisiaj, a nie wtedy. Fryzura była jednym z nierozłącznych, lecz nieświadomych elementów wizerunku. Zaczęło się od wizyty do damskiego salonu z Robertem Szczerbaniukiem, bo w męskim nie było miejsc. Panie powiedziały, że obetną nas jeśli przefarbujemy sobie włosy. Nie mieliśmy z tym problemu, choć pierwsze „tlenienie” wyszło dramatycznie. Rude włosy na naszych głowach wyglądały fatalnie… Nie był to wyraz buntu, ale żartu.

Te „żarty” nie podobały się Hubertowi Wagnerowi.

On mnie „uwielbiał” (śmiech). Miałem wielu podobnych „fanów” mojej fryzury. Problem w tym, że tylko im ona nie pasowała.

Próbowałeś wytłumaczyć trenerowi, że liczy się to, co pokazujesz na boisku?

A gdzie się będziesz kopał z koniem? Przecież każdy wie, że liczy się to, co potrafisz na parkiecie. Jeśli grasz słabo, to wylatujesz – proste. Tutaj dochodziła jednak inna kwestia. Gdy nie jesteś „inny niż inni” i coś nie wyjdzie, tłumaczy się to niepomyślnym zagraniem. Natomiast w moim przypadku zła akcja miała nie udać się z powodu „odbijającej palmy”. Psychologicznie łatwiej jest ocenić inną osobę, niż tę podobną do reszty grupy. Wiadomo, że pierwsza kontra niezależnie od czynników pójdzie do niego. Masz grzywkę nie na tę stronę? Pasemko z boku? No przecież przez to nie jesteś skoncentrowany na sto procent – tak myślą ludzie. Brak świadomości istnienia atrybucji – zarówno tej wewnętrznej jak i zewnętrznej – to coś, nad czym wciąż należy pracować.

Dostałem ochrzan – choć mógłbym to mniej kulturalnie określić – od Wagnera, że bawię się z kibicami. Zastanawiałem się, czemu nie mogę tego robić podczas paru minut przerwy? Mam się na siłę zamykać i wmawiać sobie „koncentruję wszystkie siły, by pokonać przeciwnika”? Nie każdy rozumiał, że jeśli pomalowałem sobie włosy na sześć, siedem godzin przed meczem, to mnie już nie interesowało to, jak one wyglądają w trakcie meczu. Przecież cała sytuacja miała miejsce na długo przed początkiem spotkania. Na boisku byłem siatkarzem, gdy z niego schodziłem stawałem się Marcinem Prusem.

Wcześniej mówiłeś, że młody Marcin zdawał sobie sprawę z ulotności chwili. Jaki był pierwszy moment, gdy pomyślałeś sobie: cholera, jednak w życiu nie wszystko wychodzi?

Aaa… to jak wyskoczyłem z drugiego piętra. Miałem może dwa albo trzy lata.

Myślałem o dorosłych czasach.

Gdy po latach opowiedziano mi historię, zrozumiałem, że życie jest ulotne. Wiem, że odpowiedź może zaskakiwać, ale gdy słyszysz od rodziców po raz kolejny historię, że mogłeś zginąć, to zrozumienie pewnych rzeczy w następnych latach przychodzi szybciej. Gdyby nie babcia Helena, nie byłoby mnie tutaj, spadłbym na betonowe schody. Złapała mnie, ale sama doznała pęknięcia kręgosłupa w odcinku szyjnym, natomiast ja w lędźwiowym. Jak poznasz tę historię, to łatwiej zrozumiesz mój sposób myślenia. Miałem doświadczenia, których nie doznał nikt inny. To pozwoliło przenieść się na inny poziom świadomości. Jeżeli kończysz szkołę wiedząc, że mogłeś zginąć, to inaczej doceniasz sukces. Jeden człowiek dopiero zaczyna prawdziwe życie, a drugi wie, że dawno mógł je skończyć. Byłem świadomy, że reprezentacja to efekt wow, że już wyżej nie idzie się wspiąć. Transformacja myśli była w tym przypadku kluczowa. Gdy coś wygrasz, to się cieszysz. Po chwili zaczynasz rozumieć, że ktoś będzie chciał zająć twoje miejsce. Trapi cię żądza obrony. Szukasz rozwiązań, by móc ponownie zmierzyć się z tymi, którzy sami chcą zostać zwycięzcami.

Wiem, że ludzie nie lubią zbytnio gdybać, ale czy leżąc w szpitalu nie trapiła cię myśl: co by było, gdyby Sławomir Gerymski zagrał tę jedną piłkę w meczu z Gorzowem do kogoś innego?

Widać, że przygotowałeś się do rozmowy... Gdy leżysz w pełni świadomy na stole podczas wbijania igły w kręgosłup, to masz różne przemyślenia (śmiech). Szczególnie gdy ktoś wchodzi ci w rdzeń kręgowy, wpuszcza coś do środka i błyskawicznie tracisz władzę w nogach. Mówisz: kurczę, chyba coś poszło nie tak.

Nie odzywała się młodzieńcza fantazja na zasadzie: „rachu-ciachu, szybko wykuruję się i wrócę”?

Tak było do trzeciej operacji. Jednak gdy po raz kolejny coś nie idzie po myśli, to dochodzisz do wniosku, że organizm się buntuje. Wtedy brakowało mi kogoś, kim jestem dziś. Nie miałem człowieka, który powiedziałby: „Marcin, zastanów się, bo może po kolejnej operacji znów nie wrócisz. Jeżeli po trzeciej operacji dobrze się czujesz, to lepiej zostać z tym, co masz, a nie brniesz dalej w niepewne”. W tym przypadku oszczędziłbym dziesięć operacji i kupę kasy…

Może do głosu dochodziła mentalność sportowca: zacisnąć zęby i walczyć za wszelką cenę?

To znów nie jest takie proste, bo istnieją kontuzje, których nie wyleczysz. Przypomina to – tfu, tfu, nikomu nie życzę – zachorowanie na raka. Ci, którzy mają przeżyć przy odpowiednim leczeniu, przeżyją. Niektórym jednak się nie uda. I to nie jest odbieranie nadziei. Nie ma sensu moim zdaniem mydlić sobie oczu, bo przykładów jest bez liku. Podejrzewam, że każdy z czytających naszą rozmowę zna taki przypadek. Możemy się wspierać, możemy walczyć do upadłego, ale na dłuższą metę, jeżeli ktoś z góry inaczej zaplanował twój los – nic nie poradzisz.

Wracając do pytania: inną sprawą jest, gdy jako sportowiec doznajesz złamania, a inną, gdy trafia ci się dyskopatia lędźwiowa, która powali cię na kilka miesięcy do łóżka lub masz nieodwracalną chondromalację IV stopnia stawu rzepkowo-udowego, jak ja. W pierwszym przypadku włożysz parę śrub i wszystko będzie ok. W innych to wszystko nie jest już takie proste. Zgadzam się, że sportowiec żyje w innej rzeczywistości. Ma odmienny charakter i styl życia. Jeśli za bandy reklamowe pełne ukrytych niebezpieczeństw poleci piłka, to siatkarz w ciemno za nią skoczy. Tu kryje się różnica pomiędzy stuprocentowym atletą a resztą. Masz jako bokser wstrząśnienie mózgu, ale chcesz walczyć dalej. Jeśli masz zerwany mięsień, a jesteś sprinterem – próbujesz dobiec do mety. Część czytających może nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, o czym rozmawiamy. Chcesz wygrać, cokolwiek to znaczy.

To trochę przypomina ratowanie życia w karetce. W twoich rękach jest los drugiego człowieka. W sporcie także masz realny wpływ na związek przyczynowo-skutkowy. Zawodnik wychodzi z założenia, że tylko od niego samego, od tej jedynej sytuacji, konkretnej chwili może zależeć wszystko. Że tylko ty możesz coś zmienić. Albo dasz z siebie maksa i rzucisz się w nieznane za piłką, albo do końca życia będziesz rozpamiętywał „co by było, gdyby…”. W drugim przypadku albo pojedziesz na sygnale jak szalony na czerwonym świetle z dużą prędkością, albo… przegrasz życie pacjenta.

Jak pamiętasz moment, w którym uznałeś, że nie masz szans na powrót do zawodowej siatkówki?

Siedziałem na trybunach podczas meczu w Kędzierzynie-Koźlu, gdy spotkałem Jacka Laskowskiego, komentatora sportowego. Powiedział, że po szóstej czy siódmej operacji może jednak wypadałoby zastanowić się, co zrobić dalej z życiem. Niby krótkie spotkanie, pierdoła, ale gdy wiesz, że dotyczy ciebie, to po pewnym czasie coraz mocniej zaczynasz wyłapywać niuanse. Być może potrzebowałem Jacka trzy, cztery operacje wcześniej, ale i tak dobrze, że się pojawił, bo skończyłem na trzynastej (śmiech). To wszystko działo się na zasadzie: jedna nie wyszła, to robimy następną, tak w kółko. W końcu, gdy zrozumiałem, że kolejne grzebanie skalpelem w kolanie nie przyniosło skutku, powiedziałem sobie: dobra, koniec. Zacząłem racjonalizować doświadczenia, a wyciągnięte wnioski poukładałem w logiczną całość.

Dwudziestokilkuletni zawodnik kończy karierę. Zostaje bez pracy, tylko z własnym mieszkaniem, bez dużego zapasu finansowego z rodziną do wyżywienia. Co wtedy myśli?

Muszę sprostować pewną kwestię. Ktoś kiedyś stworzył artykuł pod tytułem „Marcin Prus – bezrobotny i opuszczony”. To nie do końca wyglądało tak, jak przedstawiono w tekście. Zawsze potrafiłem zadbać o siebie i najbliższych. Chwytliwy nagłówek obiegł jednak Polskę.

Poruszamy inny ważny temat. Co daje ci sport w momencie, gdy kończy się w twoim życiu? To rzecz, którą staram się przekazać osobom, z którymi się spotykam. Chcę ich nakierować, by nie popełniali moich błędów. Gdy w młodości pojawiały się rzeczy związane z pieniędzmi, popularnością, raczkującymi mass mediami, to człowiek nie zwracał uwagi, że tak naprawdę nie ma nic poza sportem. Ktoś próbował zaprosić na studia, ale wiadomo – wtedy musisz uczęszczać na zajęcia i zaliczać egzaminy. Jakie było ówczesne myślenie Marcina? „Po co mi studia, skoro gram”. W pewnym sensie jest to zrozumiałe, bo idziesz w kierunku, z którego otrzymujesz większe korzyści.

Młody Marcin miał podejście, że nie musi się uczyć, bo będzie cudowny, wspaniały, bogaty i nic mu się nigdy nie stanie. Tkwił w nim mit Supermana. To często spotykane zachowanie u sportowców. Sądzisz, że jesteś niezniszczalny i niezwyciężony. Dopiero gdy przychodzi poważna kontuzja, zaczynasz realnie myśleć. Oczywiście, to nie jest tak, że cały czas nie zdajesz sobie sprawy z potencjalnych zagrożeń. W tym przypadku dochodzi znany z psychologii element wyparcia. Człowiek wyrzuca z głowy to, co niepotrzebne. Po co ma się martwić, jak sobie poradzi, gdy zachoruje, skoro jest zdrowy? Negatywne myśli nie są potrzebne, więc wychodzisz naprzeciw nich i wmawiasz, że wszystko będzie cacy do czterdziestki.

W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Miałem żal do całego świata, do wszystkich, ale nie do siebie”.

Jeżeli rzeczywiście to mój cytat, bo jak wiadomo w sieci można znaleźć również „niecytaty”, to jestem w stanie się zgodzić. Tamten Marcin był człowiekiem, który zaufał innym. Wierzyłem, że jeśli zawsze będę dawał z siebie wszystko, to nie wydarzy się nic, nad czym nie miałbym kontroli. Problem w tym, że nikt nie mówił o czymś takim jak przetrenowanie albo o kontuzjach, które wyrwą cię z rzeczywistości sportowej.

Wygraliśmy mistrzostwo świata, a ja zostałem MVP – to fakt. W głowie młodego siatkarza nie było jednak realnych konsekwencji trenowania po osiem, dziesięć godzin dziennie. Ćwiczyliśmy w pasach, stabilizatorach barków i kręgosłupa. Ponoć tak miał wyglądać profesjonalny trening. Nie! To nie tak miało być. Tworzyliśmy fantastyczny rocznik. Niestety powoli zaczęliśmy się wykruszać. Gdybyśmy dowieźli go do jednej z kluczowych imprez, wzmocnieni doświadczonymi kolegami, to moglibyśmy powalczyć o coś dużego. A tak mając po 21-22 lata mierzyliśmy się z o kilka lat starszymi rywalami. Naprzeciw nas stawali Vladimir i Nikola Grbić czy Bas van de Goor – wielkie tuzy sportu.

(Prus zdejmuje z półki nagrodę z mistrzostw świata juniorów 1997 – przyp.M.W.)

Spójrz. Ostatnio rozmawiałem z Andriją Gericiem. On ma w domu taką samą, dostał dla najlepszego blokującego, a ja dla najlepszego zawodnika na świecie. Pech w tym, że Gerić został później mistrzem olimpijskim, a ja nie. To zagadnienia, na które musiałem znaleźć w głowie odpowiedź.

Ile razy zawiodłeś się na ludziach?

A to jest w ogóle policzalne? Każdy ma w życiu osoby mogące uchylić nieba za jedno mrugnięcie. Są też tacy, którym zaufaliśmy, a w zamian dali nam nauczkę. Za czasów gry myślałem, że kumple, których miałem w zespole, powinni inaczej zachowywać się w trudnych chwilach. Teoretycznie każdy mógł przechodzić przez to samo co ja. W tamtym okresie coraz powszechniejsze stawały się telefony komórkowe. Poza tym Kędzierzyn-Koźle nie jest przecież metropolią, dało radę dojechać do każdego punktu w mieście w niecałe dwadzieścia minut. Czułem się samotny, choć miałem przy sobie rodzinę. Byłem przyzwyczajony do spotkań dzień w dzień z tymi samymi osobami. Nagle to się pourywało.

Nie miałem komu opowiedzieć o problemach, bo przecież psychologów w sporcie wtedy nie było. Dzisiaj patrzę na te okoliczności inaczej. Wiem, że każdy z kumpli miał swoje życie i na pewno nikt nie chciał wtedy być na moim miejscu. Unikano wówczas problemu mojej osoby, gdyż każdy miał jakieś własne…

Byłeś zdziwiony, bo myślałeś, że masz przyjaciół?

Sądziłem, że jestem częścią zespołu na zawsze i wszędzie. – Dobra, wrócę i znów wejdę w tryby zespołu – tak uważałem na początku. Były sporadyczne kontakty, nie powiem. Cała drużyna przyszła do mnie po około dwóch miesiącach od kontuzji. Wpadli, bo Jarek Stancelewski zasugerował, że wypadałoby może chłopa odwiedzić. A czterech z nich mieszkało w tym samym bloku co ja… Takie momenty dawały wiele do myślenia.

Gdybyś miał ocenić w skali szkolnej transformację z życia siatkarskiego na „pozasiatkarskie”, to jaka byłaby to ocena?

Bardzo wysoka. W końcu zrozumiałem jak ważne są studia, wiedza, doświadczenie. Ten medal, który ci teraz pokażę…

(Prus sięga po złoty medal mistrzostw świata juniorów – przy.M.W.)

...leżał kiedyś zapomniany z innymi medalami z mistrzostw Polski czy Europy. W pewnym momencie… taśmy spleśniały. Odizolowałem się na jakiś czas od świata sportu. Po kilku miesiącach przyszła jednak refleksja. Przecież tam tkwiło duże doświadczenie i ogrom informacji, które można było wykorzystać do pracy z ludźmi. Zrozumiałem, że wsparcie wiedzy studiami psychologicznymi i pedagogicznymi otworzy nowe horyzonty. Zacząłem pracę nad umiejętnością werbalizacji myśli, by w przestępny sposób przekazać komuś to, co myślę tak, aby człowiek chętnie mnie słuchał. Gdy odkryłem, że to wszystko co umiem może się przydać, to odkopałem wszystkie medale. Przecież byłem najlepszym siatkarzem na świecie rocznika 77/78! Takim osiągnięciem nie może pochwalić się nikt inny na naszej planecie. Stwierdziłem, że świetnym pomysłem będzie wykorzystać to w sferze biznesu lub w realizacji dziecięcych marzeń.

Czujesz satysfakcję z tego, co dziś robisz?

Tak, i to dużą. Dodatkowo jestem dumnym ojcem Natalii – wspaniałej siedemnastolatki. Mimo że parę rzeczy nie wyszło w życiu, to jednak mogę z przyjemnością spojrzeć w lustro. Gdy zaczynałem, nie wyobrażałem sobie końca profesjonalnej kariery w wieku 23 lat, ale wiesz jak to mawiają: „przypadki chodzą po ludziach”. Po dziś dzień nie potrafię zrozumieć tych, którzy nie chcą żyć marzeniami. Często już od trzynastolatków słyszę, że ich nie mają…

Chyba jestem człowiekiem spełnionym. Poszedłem za młodu w kierunku, w którym chciałem iść. Osiągnąłem cele, które sobie postawiłem. No prawie, bo nie pojechałem na igrzyska. Wiedziałem, że muszę coś przewartościować w życiu i pójść w nową stronę. Cieszę się, że dziś nadal wykorzystuję doświadczenie zebrane lata temu. Jedną z najwspanialszych chwil w życiu jest sytuacja, gdy uświadamiam sobie, że w przeciągu siedmiu lat w spotkaniach ze mną wzięło udział blisko sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Działa tu efekt skali. Wystarczy, że procent z nich zrozumie to, o czym mówię – wychodzi 1500 osób. Być może w tej puli znajdą się osoby, które za kilka lat będą pełnić ważne funkcje, a moje działania choć odrobinę im w tym pomogły? Dziś młodzi mają wiele dobrodziejstw, które mogą wykorzystać, by stać się lepszymi osobami. Ludzie tacy jak ja funkcjonowali kiedyś według metody prób i błędów. Jak coś wypaliło – obudowujesz własną markę osobistą i idziesz dalej. Jak nie, to jesteś nikim i znów musisz próbować. Przypomina to wspinanie się po jodełce. Wiem jak to jest być na jej szczycie i jak funkcjonować w jej najniższych partiach. Rozumiem, że nie każdy może chcieć mnie słuchać. To oczywiste. Zawsze mówię, że można kliknąć czerwony przycisk „the end” lub po prostu wyjść. Kwestią nadrzędną jest jednak zrozumienie, czy warto to zrobić…

A warto?

Sądzę, że nie. Historie ludzi lubią się powtarzać. W nich natomiast można doszukać się pewnych prawidłowości, które mogą zaistnieć w życiu potencjalnego słuchacza. Rozumiejąc mechanizmy, będziemy wybierali bardziej świadomie.

Młody Marcin powinien coś od ciebie dzisiaj usłyszeć?

Nie skacz do piłki, którą na drugą linię wystawi ci Sławek Gerymski w meczu z Gorzowem. Na pewno słyszałeś o efekcie motyla. O tym, jak z pozoru błahe wydarzenie może mieć ogromy wpływ na to, co będzie miało miejsce niebawem. Zaczęło się od umowy sponsorskiej i niewłaściwie dobranych butów. Potem pękła kość w stopie, która niewłaściwie leczona doprowadziła do martwicy V głowy kości śródstopia. Podczas resekcji nie podano pewnych leków, a to z kolei doprowadziło do zapalenia żył głębokich lewego podudzia. Musiałem grać, gdyż zbliżały się mecze finałowe z Częstochową. Mięśnie nie były przygotowane do gigantycznego obciążenia wynikającego z zawodowego uprawiania sportu. Być może, gdyby ktoś inny zagrał piłkę albo Sławek wystawiłby ją inaczej, to wszystkich tych późniejszych wydarzeń by nie było? Nie ma jednak co „gdybać”. Trzeba wciąż mierzyć się z rzeczywistością. To natomiast jest umiejętnością, którą można wytrenować i nad którą się pracuje.

(chwila przerwy – przyp. M.W.)

Ale powiem ci… że mocno skorzystałem na tym doświadczeniu. Przez to jestem dzisiaj inną osobą niż wtedy. Co prawda tęsknię za „trybem zawodniczym”, jednak rekompensuję to pracą trenera mentalnego. Mam ciągłą styczność z ludźmi ze świata sportu, a także biznesu, który w wielu aspektach jest bardzo podobny. Wystarczy przytoczyć przykłady tj.: właściwego konstruowania zwycięskiej drużyny, pracy nad słabościami, sposobów radzenia sobie ze stresem czy rolą lidera w zespole. Takie sytuacje można mnożyć w nieskończoność. Dziś wykorzystuję to, czego nauczyło mnie życie. Tym dzielę się z innymi i chcę to robić do końca życia.

Podziel się lub zapisz
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.