Mały ciałem, wielki duchem. Jak Drew Brees zbudował swój pomnik w Nowym Orleanie

Zobacz również:Gdy legenda szokuje cały świat sportu. Co jeszcze chce udowodnić Tom Brady?
Drew Brees
Fot. Jonathan Bachman/Getty Images

Świat NFL wyczekiwał na tę informację już od dawna, ale Drew Brees ostatecznie ogłosił ją dopiero teraz. Data nie była jednak przypadkowa. Dokładnie po 15 latach od przyjścia do New Orleans Saints poinformował, że kończy sportową karierę. Jeden z najlepszych rozgrywających XXI wieku żegna się z zawodowym sportem i czeka już na swoje miejsce w Galerii Sław NFL.

Niech kilka ostatnich sezonów - w których widać było, że Drew Brees nie jest już tym samym zawodnikiem, który swego czasu był punktem odniesienia dla wszystkich rozgrywających w NFL - nie zdefiniuje jego kariery. Owszem, rozgrywający Saints obniżył wyraźnie loty, ale trudno oczekiwać, by czas nie dopadł zawodnika w wieku 42 lat. To jednak nie będzie tekst o tym, jak radził sobie Brees na ostatniej prostej w Saints. To będzie podsumowanie wielkiej sportowej kariery, którą ten rozgrywający zrobił, mimo że miał w niej od samego początku pod górę.

WĄTPLIWOŚCI SKAUTÓW

Niektórym wielkość jest pisana, inni wszystko osiągnąć muszą determinacją. Brees to ten drugi przypadek. Gdyby w roku 2001 ktoś przepowiedział, że spędzi on w NFL 20 sezonów, zakończy karierę jako lider klasyfikacji w liczbie jardów podaniowych i celnych podań, zostanie 13 razy wybrany do meczu gwiazd, zdobędzie nagrodę MVP i sięgnie po Super Bowl, to pewnie nikt by w to nie uwierzył. Obserwatorzy i eksperci od draftu pewnie tylko popukaliby się po głowie.

W raportach przede wszystkim zwracano uwagę na to, że absolwent Purdue jest zbyt niski, by radzić sobie na zawodowym poziomie. Mówimy o przełomie XX i XXI wieku, kiedy prototyp rozgrywającego był w NFL jasno określony – gracz z tej pozycji ma mierzyć co najmniej 190 centymetrów, ważyć 100 kg, rzadko biegać i dysponować silnym rzutem. Brees się w to nie wpisywał. Podczas pomiarów przed draftem wpisano mu niewiele ponad 180 cm wzrostu, co na dzień dobry odrzucało skautów. A później doszła lista zarzutów. Kilka lat temu media dotarły do jednego z raportów, a w nim wpisano, że Brees ma problemy z celnością, brak mu wyczucia przy dalekich podaniach i widać mankamenty techniczne. Zresztą fakt, że grał w uczelni Purdue, a nie w którymś gigancie z rodzinnego Teksasu, też był znaczący. Jeśli połączyć to z poglądem, że Brees nie wpisuje się w fizyczny kanon na swojej pozycji, to można było spodziewać się, że w dniu draftu 2001 będzie czekał chwilę na wyczytanie swojego nazwiska.

Brees statystyki.PNG
źr. Rich Eisen Show

W tamtym naborze „jedynkę” mieli San Diego Chargers, którzy desperacko potrzebowali restartu. Wcześniejszy sezon zakończyli z bilansem 1-15 i wyraźnie poddali się co do Ryana Leafa. Rozgrywający, którego chwilę wcześniej wybrali z numerem drugim w 1998 roku, okazał się jednym z największych niewypałów w historii NFL i było wiadomo, że potrzebne jest nowe otwarcie. Sensacją tamtego draftu był Michael Vick – unikatowy na tamte czasy zawodnik, który bardzo dobrze podawał, ale przede wszystkim świetnie biegał. Wiele drużyn zacierało ręce na wybranie QB, który jednocześnie może kierować ofensywą i być najszybszym zawodnikiem na boisku i spodziewano się, że Chargers po prostu wezmą go z „jedynką”.

Wtedy jednak z Atlanta Falcons napłynęła oferta. Zespół ze stanu Georgia oddał swój wybór numer 5 i kilku graczy, by wskoczyć na numer 1 i mieć prawo do Vicka. Chargers, którzy mieli wiele potrzeb, propozycję przyjęli i w dalszej kolejności sięgnęli po LaDainiana Tomlinsona, jednego z najlepszych biegaczy w historii NFL, więc wybór zdecydowanie się bronił, jednak wciąż potrzebowali rozgrywającego. Problem polegał jednak na tym, że według skautów za Vickiem była w tamtym naborze przepaść. W zgodnej opinii większości, choć trochę z braku laku, drugim najlepszym QB do wzięcia był Brees. Absolwent Purdue czekał na wyczytanie swojego nazwiska, aż w końcu minęła cała pierwsza runda draftu. Dla Chargers to była znakomita wiadomość – oznaczało to bowiem, że mogą wybrać go zaraz z pierwszym numerem rundy drugiej i w parze z Tomlinsonem mieć dwie dobre selekcje na ważnych pozycjach.

TRUDNE POCZĄTKI

Brees i LT zostali przedstawieni na specjalnej konferencji prasowej i fani mieli powody do optymizmu. Owszem, przy nazwisku rozgrywającego stało kilka znaków zapytania, jednak biorąc pod uwagę, że wybrano go z dopiero 32. numerem draftu, to trzeba to było uznać za niezłą wartość. Obawiano się bowiem, że po wymianie może stać się tak, że Vicka wybiorą Falcons z numerem 1, Tomlinson nie utrzyma się do „piątki”, a wtedy Chargers w potrzebie za rozgrywającym sięgną po Breesa wyżej niż typowano. Eksperci spodziewali się bowiem, że pójdzie on w drafcie najwcześniej koło numeru 20., jednak zdesperowany zespół mógł nie mieć innego wyjścia. Ekipie z San Diego udało się to jednak rozegrać idealnie – Tomlinson był uznawany za jedną z największych gwiazd draftu, a Brees – mimo swoich limitów – miał potencjał, by grać od pierwszego dnia w wyjściowym składzie.

Trener Mike Riley miał jednak inny plan. Jego podstawowym rozgrywającym był wtedy 39-letni już Doug Flutie – barwna postać NFL i kolejny zawodnik, który przez całe życie słyszał, że jest zbyt niski, by występować na pozycji rozgrywającego. Pod tym względem Brees nie mógł trafić na lepszego mentora. Flutie rozegrał 15 z 16 meczów w sezonie zasadniczym, Brees wystąpił tylko w przegranym spotkaniu z Kansas City Chiefs i szykowano go na kolejne lata. Stery przejął w 2002 roku, ale spisywał się przeciętnie. W 2003 roku było jeszcze gorzej, na chwilę znów zastąpił go Flutie i zaczęły się głosy, że Chargers znów potrzebują lepszego rozgrywającego. Tym bardziej, że zbliżał się draft 2004.

Skauci na wiele miesięcy przed nim rozpływali się nad trójką najbardziej utalentowanych rozgrywających, jacy byli do wzięcia – Elim Manningiem, bratem słynnego Peytona Manninga, który już wtedy był jedną z największych gwiazd NFL, Philipem Riversem oraz Benem Roethlisbergerem. Wiadomo było, że dalej niż do 11. wyboru, który mieli wtedy Pittsburgh Steelers, nie wytrwa żaden z nich. Chargers po fatalnym sezonie 2003, zakończonym z bilansem 4-12, znów mieli „jedynkę” i tym razem dylemat był większy. To, co stało się później, przeszło jednak do historii.

W San Diego chcieli Manninga juniora, ale problem był w tym, że Eli tych uczuć nie odwzajemniał. Reprezentował go ojciec, były rozgrywający w NFL Archie (Manningowie to zresztą znany „ród” w futbolu amerykańskim) i mówił wprost, że nie chce, by jego młodszy syn trafił do Chargers. Złe opinie podsycać miał też Peyton. On bowiem w drafcie 1998, kiedy SD wzięli wspomnianego wcześniej Leafa, odbywał tam wizyty. Mówiło się wtedy, że różnice między nim a Leafem są nieduże i choć wiadmo było, że obaj pójdą z pierwszymi dwoma wyborami, to ich kolejność nie była przesądzona.

Większość ekspertów spodziewała się jednak, że Maning trafi z numerem 1 do Indianapolis Colts i tak też się stało, a absolwent uczelni Tennessee odetchnął z ulgą. Chargers słynęli bowiem z tego, że przez lata wszyscy zdolni zawodnicy tam przepadali, a w zespole jest nieprzyjazna atmosfera i „kultura przegrywania”. Trudno się temu dziwić – na 18 wcześniejszych sezonów tylko cztery kończyli z dodatnim bilansem, z czego trzy z awansem do play-offów.

Mimo wszystko Chargers sięgnęli po młodszego Manninga i ten ze skwaszoną miną musiał stanąć na draftowej scenie i pozować z koszulką klubu. Minę miał taką, jakby mówił: „Tato, obiecałeś, że tak się nie stanie”, a jego środowisko zaczęło ruchy. Ernie Accorsi, generalny menedżer New York Giants, którzy mieli czwarty wybór, na szczęście bardzo chciał Manninga i wiedział również, że Chargers mocno rozważali Riversa. Wziął więc tego gracza i zadzwonił do San Diego. Układ był uczciwy: zabierzemy od was rozgrywającego, który od pierwszej minuty po ogłoszeniu wyboru chciał uciec, za to damy wam Riversa i dorzucimy jeszcze wybór z trzeciej rundy oraz z pierwszej w kolejnym roku. Do wymiany doszło jeszcze tego samego wieczora, cała futbolowa Ameryka śledziła to jak telenowelę, a w tle tych wydarzeń był Brees, który obserwował wszystko sprzed telewizora i patrzył, jak Chargers podchodzą do kwestii jego zastępcy na zasadzie „jak nie ten, to inny, byle tylko młodszy i lepszy niż ja”.

MOTYWACJA I WIELKI PECH

Być może to był jednak bodziec, którego potrzebował. Rivers wdał się w długie negocjacje kontraktowe i opuścił początek obozu przygotowawczego do sezonu 2004, a Brees uznał, że to jego najlepsza szansa, by udowodnić swoją wartość. Ówczesny trener Chargers, zmarły niedawno Marty Schottenheimer, mówił wówczas w rozmowach z raczkującą telewizją NFL Newtork, że takiego Breesa jeszcze nie widział. – Przyszedł zmotywowany i wziął tę drużynę za gardło, jak swoją. Prezentuje się świetnie i będziemy mieli spory dylemat – twierdził.

Rivers – który swoją drogą też właśnie zakończył karierę – w końcu dotarł na treningi, ale był zdecydowanie w tyle. Brees miał ogromną ambicję i wywalczył sobie prawo gry w pierwszym składzie, a potem dobrą formę przełożył na sezon. Rozgrywki 2004 były dla niego i dla Chargers przełomowe. Ich bilans poprawił się z 4-12 do 12-4. Rozgrywający miał bardzo dobre liczby (27 przyłożeń, tylko 7 przechwytów i skuteczność podań na poziomie 65.5%), został wybrany do meczu gwiazd, a w San Diego sezon zakończył się awansem do play-offów po raz pierwszy od 1995 roku. Dodatkowo Brees dostał nagrodę Comeback Player of the Year i... narobił drużynie kłopotów. W blokach czekał bowiem młody, zdolny Rivers, ale nie było jak go sprawdzić, bo nieco starszy kolega spisywał się doskonale.

Ten problem w końcu rozwiązał się jednak sam. W sezonie 2005 Brees nadal spisywał się dobrze i wyszedł w pierwszym składzie we wszystkich meczach Chargers. W ostatnim przeciwko Denver Broncos stracił jednak piłkę i chcąc samemu ją odzyskać rzucił się na murawę, a tam został uderzony przez Gerrarda Warrena w tak pechowy sposób, że ramię podwinęło się pod klatkę piersiową i doznał zerwania w stawie barkowym. Zaczęła się lekka panika, bo mówimy o czasach 15 lat temu, kiedy tego typu urazy groziły nawet zakończeniem kariery. Chargers nie czekali jednak na rozwój wypadków i postąpili chłodno – Breesowi kończyła się umowa, więc pozwolili mu odejść i postawili na Riversa.

NOWY DOM

W kilku kolejnych tygodniach nie brakowało pytań. Operacja była udana, ale wszyscy obawiali się, jak Brees będzie się prezentował po powrocie na boisko. On sam z kolei martwił się, kto go zechce. Opinie o nim były bowiem porozrzucane po całym spektrum – jedni twierdzili, że to obiecujący QB, który może się jeszcze poprawić i uraz go nie wyhamuje, inni z kolei byli przekonani, że sezon 2004 to jednorazowy wystrzał, Brees ma spore ograniczenia i kontuzja barku tylko je pogłębi.

W okresie przed rozpoczęciem okna transferowego stało się jednak jasne, że są dwie drużyny, które powalczą o jego podpis – Miami Dolphins i New Orleans Saints. W pierwszych chciał go Nick Saban, legendarny trener futbolu uniwersyteckiego, który wówczas na chwilę przeszedł do NFL. Drudzy byli New Orleans Saints, których obejmował właśnie młody trener Sean Payton i była to jego pierwsza samodzielna praca. Dolphins byli już blisko, ale Saints zaproponowali lepsze warunki. W Miami zdecydowali się na innego rozgrywającego, który wtedy wracał po poważnej kontuzji i pozyskali Daunte Culpeppera z Minnesota Vikings, a Brees wylądował w Nowym Orleanie. Reszta – jak mawia klasyk – jest historią.

Zanim jednak Brees zapisał piękną kartę, przychodził do klubu i miasta znajdująćego się w absolutnym dołku. Przez Luizjanę bowiem dopiero co przetoczył się huragan Katrina i Saints wcześniejszy sezon rozegrali z dala od swojego miasta. Mówiło się nawet, że grozi im przeniesienie, bo Nowy Orlean nie dość, że był zniszczony, to zawsze był miejscem, w którym drużynie w NFL nie szło. Saints powstali w 1967 roku i na pierwszy sezon z dodatnim bilansem czekali 20 lat. Pierwsza wygrana w play-offach przyszła dopiero w sezonie 2000, a wtedy, po rozgrywkach 2005, musieli podnieść się z bilansu 3-13. Powiedzieć, że oczekiwania wobec zespołu z nowym, młodym trenerem i rozgrywającym po poważnej kontuzji były niewielkie, to jak nie powiedzieć nic.

Saints 2006 okazali się jednak jedną z najpiękniejszych w NFL w XXI wieku. Władze miasta poprzysięgły sobie, że drużyna wróci na stadion Superdome, który z uwagi na zadaszenie przez cały rok służył jako przytułek dla wszystkich tych, którzy w wyniku Katriny stracili dom. Halę trzeba było odremontować, dlatego na początku Saints grali na wyjeździe. Dwa pierwsze mecze wygrali, ku zaskoczeniu wielu, i na pierwsze spotkanie na własnym boisku po huraganie wracali z bilansem 2-0. Ich przeciwnikiem byli Atlanta Falcons, największy rywal z dywizji.

Liga zaplanowała ten mecz na primetime, Monday Night Football, kiedy cała Ameryka zasiada, by oglądać NFL. Jak się później okazało, ten wieczór to był moment założycielski Saints dowodzonych przez duet Payton-Brees. Święci rozbili Falcons 23:3, a do historii przeszło zagranie, w którym Steve Gleason zablokował punt rywali, jego koledzy odzyskali piłkę i zdobyli przyłożenie. Do dziś ludzie, którzy regularnie przychodzą na mecze Saints powtarzają, że Superdome nigdy nie był tak głośny, jak po tamtej akcji.

SERCE NOWEGO ORLEANU

Niespodziewanie dobry sezon 2006 zakończył się dla Saints dopiero na finale konferencji NFC, o co przed rozpoczęciem rozgrywek nikt by ich nie podejrzewał. Ba, bilans w okolicach 6-10 byłby uznany za krok w przód. Nikt nawet nie zakładał, że można będzie wejść do play-offów. Historia o wspaniałym odrodzeniu miasta, które żywioł omal nie zmył z powierzchni, pisała się sama. Payton i Brees przywrócili nadzieję mieszkańcom i kibicom Saints. Nagle w Nowym Orleanie powstał kompetentny zespół.

Tę bajkę udało się dopełnić w rozgrywkach 2009. Saints weszli w nie jak burza i skończyli z bilansem 13-3. Brees przez ten czas zdążył zadomowić się w elicie rozgrywających NFL, jako drugi w historii po Danie Marino przebił w sezonie 2008 barierę 5000 jardów podaniowych i udowodnił, że wszyscy skauci sprzed draftu 2001 się mylili. Payton zbudował wokół niego efektowną, skuteczną ofensywę i Brees przebijał kolejne bariery. Wiedział jednak, że tylko zdobycie Super Bowl umieści go w historii NFL na dobre.

Cel osiągnął. Po dramatycznym boju w finale konferencji z Minnesota Vikings i dogrywce udało się awansować do wielkiego finału, a tam czekali Indianapolis Colts Peytona Manninga, którzy przegrali dopiero te mecze, które... sami uznali, że przegrają. Mieli bilans 14-0 i szansę na przejście przez sezon zasadniczy suchą stopą, ale woleli oszczędzić podstawowych zawodników w końcówce, by ci zachowali świeżość na play-offy. W Super Bowl XLIV to oni byli faworytem, ale Saints znów zaskoczyli świat. Odrodzenie Nowego Orleanu w sensie dosłownym oraz sportowym spełniło się tego wieczora, a Brees był twarzą tego procesu. Tytuł MVP tamtego finału był idealnym ukoronowaniem dokonań w Saints.

Brees miał pierścień i stał się ofensywną maszynką. W karierze uzbierał pięć sezonów z liczbą przeszło 5000 jardów, co czyni go ewenementem. Pozostali rozgrywający w historii uzbierali ich łącznie siedem i żaden nie zrobił tego nawet dwukrotnie. Sukcesu z Saints już jednak nie powtórzył i dla młodszych kibiców NFL Brees będzie pechowcem. Najpierw w latach 2012-16 to defensywa zespołu nie potrafiła dostsować się poziomem do ataku i w tym okresie Święci byli na plusie tylko raz. Później nadszedł rok 2017 i znakomity draft, dzięki któremu Brees i spółka wrócili do ligowej elity. Ale wtedy też zaczęły się pechowe porażki w play-offach.

Sezon 2017, bilans 11-5 i słynne Minneapolis Miracle, które dało Vikings wygraną w ostatniej akcji. Później rok 2018, jeszcze lepszy bilans 13-3 i finał konferencji, gdzie Los Angeles Rams nie prowadzili przez ani sekundę, wygrali kopnięciem w dogrywce, a wcześniej sędziowie przegapili oczywisty faul na skrzydłowym Saints, po którym Brees znalazłby się w idealnej pozycji, by wygrać. Rok 2019 to kolejna porażka w dogrywce, tym razem znów z Vikings. W nim jednak Brees już miewał gorsze momenty, doznał też kontuzji kciuka i trzeba uczciwie powiedzieć, że w przegranym spotkaniu z Vikings zagrał po prostu słabo. Sezon 2020 to kolejny uraz i pęknięte żebra, przez które Brees opuścił sześć spotkań. W play-offach mógł już grać, ale tam lepsi okazali się Tampa Bay Buccaneers, czyli rywal z dywizji i późniejszy mistrz.

Ta czteroletnia seria to ewenement. Nigdy w historii NFL nie zdarzyło się bowiem, by drużyna, która w takim okresie odniosła tyle wygranych nawet nie weszła ani razu do finału.

LEGENDA MÓWI „PAS”

Od porażki z Buccaneers można było przeczuwać, że Brees podejmie decyzję o zakończeniu kariery. Zwlekał kilka tygodni, ale wiemy, że nie było to przypadkowe. 42-latek czekał bowiem dokładnie do 14 marca, czyli 15. rocznicy podpisania umowy z New Orleans Saints – klubem, który dał mu szansę i odmienił jego karierę, a Brees podniósł go z dolnych rejonów tabeli NFL i uczynił jednym z najlepszych w ciągu ostatnich lat.

Można śmiało powiedzieć, że w NFL kończy się pewna era. Brees zostawia za sobą masę rekordów i dołącza do listy rozgrywających, którzy odchodzili z NFL, prowadząc na liście jardów podaniowych. Tak było w przypadku Peytona Manninga, wcześniej Bretta Favre'a, a pod koniec lat 90. Dana Marino. Przez to, że grał jednak w XXI wieku, czyli czasach Toma Brady'ego, jeszcze usłyszymy wiele razy, że ma „tylko” jedno mistrzostwo w dorobku. Brady też najpewniej lada moment odbierze Breesowi rekord, ale to tak naprawdę tylko ciekawostka statystyczna. Wpływu 42-latka na Saints i cały region nie da się bowiem zmierzyć liczbami. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę działalność charytatywną i finansową pomoc przy odbudowie miasta.

Dziś Święci wkraczają w nowe czasy i mają kilka znaków zapytania, jednak to nic w porównaniu do tego, jakie problemy mieli jeszcze w 2006 roku. Brees to bez wątpienia najwybitniejszy zawodnik w ich historii i jeden z najlepszych rozgrywających nie tylko w XXI wieku, ale w całych dziejach NFL. Podniósł zawodzący przez lata zespół i udowodnił, że nie musisz być dwumetrową wyrzutnią 50-jardowych podań, by odnaleźć się w tej lidze i wręcz w niej dominować. I choć ostatnie lata Breesa były już słabsze, to jedno jest pewne – drugiego takiego rozgrywającego Saints już nigdy nie będą mieli.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje Premier League i NFL, o kórych pisze w newonce.sport. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.