Madrycki szpital, czyli wieczny stan alarmowy. 57 urazów w sezonie to krzyk o pomoc (KOMENTARZ)

Zobacz również:Człowiek, którego trzymają się kilogramy. O Hazarda skłonności do nadwagi
Real Madrid v Chelsea - UEFA Champions League Semi Final: Leg One
Fot. Gonzalo Arroyo - UEFA/UEFA via Getty Images

Zinedine Zidane w tym sezonie tylko raz miał całą zdrową kadrę na treningu. Mogli sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie świąteczne i wracać wspomnieniami do tego dnia, bo nazwiska na liście kontuzjowanych rotują się w zawrotnym tempie. 57 razy dział komunikacji Realu musiał wystawiać informacje o urazach piłkarzy – w zasadzie nie ma dnia, aby ktoś się nie posypał, a do zwykłych mięśniówek dochodzi jeszcze covid i zawieszenia.

Najważniejszym transferem Królewskich latem nie będzie Erling Haaland, a nowy sztab medyczny. Bo chociaż na problemy cierpią wszyscy, to w Madrycie przekroczono granicę. To też krzyk o pomoc w kierunku możnych futbolu: nie dodawajcie meczów ani kolejnych rozgrywek, bo organizmy sportowców już są na skraju wytrzymania.

To jest szalony wyścig tuż przed metą sezonu. Real nadal ma w głowie mistrzostwo Hiszpanii oraz Ligę Mistrzów, a zarazem prawie tyle samo kontuzji co strzelonych goli w lidze hiszpańskiej. 57 – tyle wynosi suma wszystkich problemów zdrowotnych w madryckiej ekipie. Zdobytych bramek w LaLiga mają o jedną więcej, co pokazuje skalę absurdu i nieprzychylnych warunków pracy Zidane'a. Nie zaplanuje niczego na spokoju, w zasadzie ciągle to medycy wybierają skład za niego, kiedy przynoszą raporty, kto danego dnia może wyjść na boisko.

Nawet jeśli piłkarze nie są chronicznie kontuzjowani, jak Sergio Ramos czy Dani Carvajal (rozegranie trzech meczów z rzędu ostatnio graniczy z cudem), to biegają wiecznie przemęczeni. Toczą walkę między zdolnościami organizmu a marzeniami o dublecie. Mogą na koniec zostać z niczym, co i tak powinno spotkać się ze zrozumieniem ze strony kibiców. W końcu co chwilę jakąś kluczową postać muszą składać lekarze oraz fizjoterapeuci.

Teraz padło na Raphaela Varane'a tuż przed rewanżem z Chelsea. Na szczęście Eder Militao jest w życiowej formie, wraca Sergio Ramos, a Nacho od dawna jest najpewniejszym defensorem Królewskich. Mimo wszystko to jednak licznik bijący na alarm. I pokazujący, że to tak nie może wyglądać i zapewne w futbolu dojdzie do jakiejś rewolucji. Mamy już możliwość przeprowadzania pięciu zmian, zaraz na Euro 2020 pojadą szersze kadry niż zwykle (zapewne po 26 nazwisk), przesuwanie suwaka trwa w najlepsze, kiedy to napięty kalendarz oraz intensywność rozgrywek są właściwymi problemami.

Być może trenerzy pokroju Kloppa czy Zidane'a będą musieli za chwilę budować kadry po 30 nazwisk, aby sprostać oczekiwaniom współczesnej piłki. Mecze są wciskane w każdy możliwy termin, nie ma chwili wytchnienia. Najłatwiej oczywiście celować do sztabu medycznego, szukać problemu w kompetencjach doktorów. To pierwsze skojarzenia, lecz oni sami próbują się odnaleźć w tej szalonej rzeczywistości. Przecież wszystkie mechanizmy regeneracji i dotychczas znane rytuały zostały zaburzone. Na wszystko jest mniej czasu, a podróży, liczby spotkań i oczekiwań fizycznych jedynie przybywa.

To i tak niespotykane, że RM dalej jest w grze na dwóch frontach. Że przechodzi w miarę suchą stopą przez tak gigantyczne problemy i nadal o coś walczy. Zidane znów dokonuje niemożliwego, szyjąc w każdym tygodniu z wycieńczonego składu. Na każdym kroku rzuca jednak apele, że piłka nie może iść w tym kierunku. Dodawanie kolejnych rywalizacji, czy to międzypaństowych, czy klubowych, to bardzo krótkowzroczne myślenie. Piłki jest więcej, ale jej poziom znacząco spada, bo trzeba kalkulować, jak wygrywać w trybie ekonomicznym i zarządzać siłami. Dlatego hity Premier League potrafią masowo kończyć się bezbramkowymi remisami, a intensywność ligi hiszpańskiej drastycznie spadła. Sezon daje takie wymagania, że piłkarze i trenerzy przystępują do kolejnych spotkań z kalkulatorem w dłoni – jak przetrwać i zarazem nadal grać o sukcesy.

Real już jest rekordzistą. Takiej liczby kontuzji nie miał nikt inny. Niezależnie, czy zdobędzie w tym sezonie cokolwiek, czy nie poszerzy gabloty, obok tego przypadku nie wolno przejść obojętnie. To moment, aby wcisnąć guzik stop albo kształt tej dyscypliny zmieni się na dobre. Toni Kroos, pierwszy elegent piłki, cały czas nawołuje, że dla piłkarza to już za dużo. Ręce załamują Guardiola i Klopp, bo przestali być trenerami, a stali się coachami, którzy próbują utrzymać motywację i energię w drużynie.

Organizmy największych bohaterów ewidentnie się buntują, ale biznes wzrusza ramionami i wystawia na scenę kolejnych. Nic dziwnego, że Kroos mówi: po zakończeniu kariery nie chcę mieć nic wspólnego z piłką na najwyższym poziomie, to zbyt wycieńczające dla głowy, hotele, mecze, podróże w kółko to nieustanne wymagania dla psychiki. Aktualnie to krótka droga, aby jeszcze bardziej odrzeć tę dyscyplinę z uroku, zamiast o niego walczyć. Granica ewidentnie została przekroczona, a tacy jak Real głośno wołają o ratunek.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.