Liderzy kontratakują. Dlaczego mecz z Holandią wyglądał lepiej (ANALIZA)

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
201118PYK0072-e1605734754554.jpg
PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Polacy po raz kolejny nie dali rady rywalowi z najwyższej półki. Ale przegrali w sposób, który jest do zaakceptowania. Było to możliwe dzięki najważniejszym postaciom tej kadry, które uniosły kluczowe dla losów selekcjonera spotkanie.

Według wiarygodnie brzmiących i szczegółowych doniesień dobrze poinformowanych niemieckich mediów wiosną 2019 roku dochodziło w Bayernie Monachium do bardzo mocnych tarć między najważniejszymi zawodnikami a Niko Kovacem. Piłkarze byli niezadowoleni z bojaźliwego stylu gry, który narzucał im trener zwłaszcza w najważniejszych meczach i mieli poczucie, że nie zmierzają w dobrym kierunku. Choć pozycja Chorwata była słaba i jego wybory były podawane w wątpliwość nie tylko w szatni, ale też w gabinetach działaczy, zawodnicy nie zdecydowali się pójść na otwarty konflikt, ani spróbować zwolnić trenera. Uznali, że byłoby to odmrażanie uszu samym sobie. Rozegrali świetną rundę wiosenną, zdobyli podwójną koronę, ale byli ponoć rozczarowani, że po fakcie zarząd jednak nie interweniował. I gdy jesienią historia się powtórzyła, trener już jej nie przetrwał.

BURZLIWE DNI

Tę sytuację można sobie było przypomnieć przed środowym meczem Polski z Holandią, bo i tym razem nie było do końca wiadomo, jak zachowają się liderzy. Po bardzo burzliwych dniach wokół kadry, które nastąpiły po meczu z Włochami, po niezwykle wymownym milczeniu Roberta Lewandowskiego, zawodnicy w pewnym sensie mieli w rękach los selekcjonera. Że nie pójdą za nim w ogień, już chyba widać. Mieli wystarczająco wiele okazji, by pokazać jakiś gest silnego poparcia i nigdy z żadnej nie skorzystali. Pytanie brzmiało, czy będą trwać w funkcjonującym układzie, czy spróbują sami wywrzeć presję na Zbigniewie Bońku. Prezes PZPN może się zarzekać, że Brzęczka nie zwolni, ale piłkarze też mają w tej kwestii wiele do „powiedzenia”. Jakaś druzgocąca klęska albo kolejny podgrzewający atmosferę w mediach wywiad któregoś z liderów, przy tak gęstej atmosferze groziłby jednak wybuchem.

PROFESJONALNI LIDERZY

Liderzy zdecydowali się na bardziej profesjonalne zachowanie. Być może w ogóle nie przyszło im nawet do głów, że mogliby inaczej, a jedynie osoby z zewnątrz zastanawiały się, jak zareagują. Faktem jest, że najbardziej doświadczeni i noszący najgłośniejsze nazwiska piłkarze bardzo przyczynili się do tego, że ten mecz wyglądał lepiej niż rywalizacja z Włochami. Łukasz Fabiański i Kamil Glik grali na poziomie, do którego w kadrze przyzwyczaili, Grzegorz Krychowiak rozegrał najlepszy mecz tej reprezentacyjnej jesieni, wysoko należy ocenić Piotra Zielińskiego, a na barkach Roberta Lewandowskiego opierał się polski pomysł na ofensywę.

KLAROWNE KONTRY

To była najbardziej wyraźna różnica względem spotkania sprzed kilku dni. Dało się w jasny sposób zauważyć, co Polacy zamierzają robić po przejęciu piłki. Ataki pozycyjne zwykle znów nie funkcjonowały, ale kontry były rozgrywane według klarownego schematu. Pierwsze podanie po odbiorze natychmiast kierowano do Lewandowskiego, który schodził na własną połowę i ustawiony tyłem do bramki, obsługiwał szybkich skrzydłowych. Udawało się w ten sposób zaskakiwać Holendrów, którzy mieli na bokach problemy. Patrick Van Aanholt w kadrze pojawia się rzadko i nie jest pierwszym wyborem na tej pozycji, a Hans Hateboer w klubie jest wahadłowym, znacznie mniej zajmującym się obroną niż atakiem. Polacy wykonywali te zagrania na tyle szybko, że Kamil Jóźwiak i Przemysław Płacheta znajdowali się regularnie w sytuacjach jeden na jednego. W Reggio nell’Emilia zwykle piłkarze grający na bokach mieli przeciw sobie dwóch lub trzech rywali.

SKUTECZNY SCHEMAT

W ten sposób udało się stworzyć dwie najgroźniejsze sytuacje w meczu. Najpierw Jóźwiak sam odebrał piłkę i — obsłużony przez Lewandowskiego — samotnym rajdem dał Polakom prowadzenie. Później po drugiej stronie w ten sam sposób podanie w tempo otrzymał Płacheta, który zakończył akcję uderzeniem w słupek. Młodzi skrzydłowi musieli sami kończyć akcje, bo w polu karnym brakowało Lewandowskiego, który w tym meczu pełnił bardziej funkcję rozgrywającego niż klasycznej dziewiątki. W ciągu 45 minut, które spędził na boisku, oddał tylko jeden strzał, za to zaliczył aż trzy kluczowe podania. Było to możliwe także dlatego, że Holendrzy nie grali tak wysokim pressingiem, jak Włosi i Polacy mieli swobodę zagrania celnego pierwszego podania po przechwycie.

TRZYOSOBOWA OFENSYWA

Wsparcie dla napastnika w polu karnym zapewniają często zawodnicy grający za jego plecami, ale tym razem selekcjoner przewidział dla nich inne zadania. Ofensywę tworzyło tylko trzech piłkarzy i musieli sobie radzić sami. Sposób gry Polaków w pierwszej połowie dobrze widać na mapie zagrań. Zielone pole w środku boiska to Lewandowski. Wokół niego nie ma na środku nikogo. Kolejne zielone wyspy widać dopiero na skrzydłach.

Zrzut-ekranu-2020-11-18-o-21.41.08.png

whoscored.com

Polacy zagrali w ustawieniu 4-1-4-1, co teoretycznie oznaczało obecność dwóch rozgrywających Zielińskiego i Mateusza Klicha, którzy mogliby kombinacyjnie grać z Lewandowskim. Ich role były jednak interpretowane znacznie bardziej defensywnie. Byli „ósemkami”, a nie „dziesiątkami”. Jako że na skrzydłowych opierała się ofensywa, trudno było oczekiwać od Płachety i Jóźwiaka, by zapewniali ciągłe wsparcie bocznym obrońcom. Oni tuż po przejęciu piłki musieli być gotowi, by ruszyć do podania od Lewandowskiego, a nie dopiero wybiegać z własnej połowy. Nie byli zwolnieni z obowiązków defensywnych, ale znacznie z nich odciążeni. Tę lukę wypełniali właśnie Klich, który asekurował Tomasza Kędziorę i Zieliński, który wspomagał Recę. Środka pilnował Krychowiak.

PÓŹNY DOSKOK

Tworzenie ustawionych blisko siebie dwóch defensywnych linii wychodziło Polakom lepiej niż we Włoszech. Największym problemem była jednak zbyt duża bierność w okolicach 30. metra. W tej strefie brakowało agresywniejszego doskoku do rywali mających piłkę przy nodze, co skutkowało swobodnym zagrywaniem przez Holendrów miękkich, lobowanych podań za polską linię obrony. Glik i Jan Bednarek mieli z takimi zagraniami sporo problemów. Fabiański może nie miał w pierwszej połowie wiele do obronienia, ale kilkakrotnie dochodziło do sytuacji, w których to tylko od Holendrów zależało, czy padnie gol. Szczęśliwie dla Polaków, czasem mieli problemy z przyjęciem, czasem z celnością strzałów, co pozwoliło gospodarzom schodzić na przerwę na prowadzeniu.

ODNALEZIONY ZIELIŃSKI

Na drugą połowę nie wyszedł już Lewandowski, co kazało zmienić sposób gry. Krzysztof Piątek nie nadawał się do grania na ścianę, ale początkowo gra po jego wejściu wcale nie wyglądała źle. Do ofensywy bardziej zaangażowała się reszta zespołu. Linia obrony podeszła wyżej, a Polacy kilkakrotnie podejmowali próby odebrania piłki na połowie rywali. Kilkakrotnie odbiory Krychowiaka dawały Polakom okazje do przeprowadzenia szybkich ataków, napędzane zwłaszcza przez Zieliński, który ustawiony na tej samej pozycji, co w Napoli, wyraźnie odżył. Przy lepszym wykończeniu dało się nawet podwyższyć prowadzenie.

KLUCZOWE EPIZODY

Z biegiem czasu oraz wraz ze zmianami Holendrom udawało się spychać Polaków z powrotem coraz głębiej w okolice pola karnego, na co wpływ niewątpliwie miało też zejście Krychowiaka i Zielińskiego, najważniejszych postaci polskiej drugiej linii. Nie to jednak sprawiło, że wyniku nie udało się utrzymać, lecz dwa epizody pod polską bramką. Dość miękki faul Bednarka, skutkujący rzutem karnym oraz wykorzystany przez gości rzut rożny. Holendrzy przeprowadzili w tym meczu wiele akcji kombinacyjnych, które mogły się skończyć bramkami, ale ostatecznie trafili tylko po stałych fragmentach gry.

INNA PORAŻKA

To porażka pozostawiająca inne wrażenie niż ta sprzed kilku dni. Stylem przypominała trochę starcie z Włochami sprzed miesiąca. Z tą różnicą, że tym razem obie drużyny wykazały się lepszą skutecznością. Przewaga rywala nie podlegała dyskusji, ale nie można było graczom Brzęczka zarzucić, że nawet nie spróbowali zagrozić silniejszemu rywalowi. Polakom nie udało się jednak wygrać żadnego z ośmiu spotkań z przeciwnikami z najwyższej półki pod wodzą tego selekcjonera. Pięć z nich przegrali. Gdyby jednak częściej przegrywali w taki sposób, a rzadziej tak, jak we Włoszech, selekcjoner mniej musiałby się obawiać wystąpień Lewandowskiego przed kamerą. Tym razem nie było bowiem meczu, po którym trzeba by wywołać burzę, lecz całkiem normalna porażka z silniejszym rywalem.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.