Lekarstwa, rozwód i odwieczne uczucie, że zawiódł. Craig Bellamy – depresja boiskowego gangstera

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
craig bellamy.jpg
fot. John Powell/Liverpool FC via Getty Images

Jako nastolatek płakał w poduszkę, tak bardzo tęsknił za domem, gdy wyjechał do Norwich. Kochał ojca i jednocześnie go nienawidził – za to, że ich relacja nie mogła być taką, jaką sobie wymarzył, ze względu na odległość od rodzinnego domu. Kiedy wychodził na boisko, oglądaliśmy zakapiora, gotowego stanąć do walki z obrońcą wyższym o głowę. Craig Bellamy starał się całe życie nie pękać, ale w końcu dotarł do ściany. Walijczyk właśnie opuścił sztab szkoleniowy Anderlechtu, by na serio zająć się walką z demonami depresji, które dręczą go od wielu lat.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto był bardziej zmęczony – on czy żona. Żyli jak wędrowna trupa, zmieniali miejsca, bo Craig przenosił się do kolejnych klubów. Najgorzej było wtedy, gdy złapał kontuzję. Zamykał się w sobie, nie było z nim kontaktu. Claire Jansen znała Bellamy’ego kawał czasu, w końcu zaczęli się spotykać jeszcze będąc nastolatkami. Ale nie była w stanie żyć tak dłużej. Musieli się rozwieść.

To oczywiście nie podniosło poczucia własnej wartości u piłkarza. Całe życie był pod presją wyniku, walki o podstawowy skład, spełniania pokładanych w nim nadziei, czy to w reprezentacji Walii, czy kolejnych drużynach. Dopiero po latach znalazł w sobie na tyle odwagi, by wyznać, że czuł się gorszym piłkarzem od wielu innych graczy, dlatego często nadrabiał agresją.

Okres, w którym rozstał się z najważniejszą kobietą w życiu, był zwieńczeniem kolejnej strefy mroku. Depresja szła u boku Craiga właściwie od momentu, w którym opuścił rodzinny dom. Ojciec bardzo chciał, by został zawodowym piłkarzem. Bellamy był mu za to wdzięczny, w końcu dzięki temu, że został niejako popchnięty do ciężkiej pracy, osiągnął naprawdę dużo. Zarobił fortunę, grał w dużych klubach. – Straciłem natomiast rodzinę i przyjaciół – opowiadał kiedyś w szczerej rozmowie dla Sky Sports, w cyklu „Off Script”.

Znów czuł się przegrany. Rozwód przy trójce dzieci. Nikt nie może na tym zyskać. W autobiografii pisał: „Miała dość. Dość przeprowadzek. Dość nieobecnego wiecznie męża. Dość mojego egoizmu i złego nastroju i momentów, w których nie mogłem z nią rozmawiać, bo martwiłem się kontuzją kolana”.

ZŁE TOWARZYSTWO

Historia depresji Craiga ma – jak w każdym przypadku tej choroby – korzenie w latach wczesnego dzieciństwa. Dorastanie w Cardiff, w rodzinie należącej do robotniczej klasy, ciągła walka o przetrwanie – tata pracował w fabryce, mama była sprzątaczką, przynosiło jedną naukę – że zawsze trzeba sobie jakoś poradzić.

Ambicje taty były oczywiste, sam kopał w amatorskiej drużynie, a w weekendy chodził na mecze Cardiff City i wierzył, że pewnego dnia piłka da synowi lepsze życie niż jemu i jego żonie.

Craig uwierzył w taką wizję, poszedł za nią, dlatego zaczął szerokim łukiem omijać szkolne mury, za to zakumplował się z grupką chłopaków, którzy zajmowali się głównie piciem alkoholu, paleniem trawki i wąchaniem kleju. Patrzył na nich i wiedział, że nie chce tak żyć.

Początkowo się nie udało. Zaczął palić, pić, okazyjnie stawał na czatach, gdy jego koledzy okradali samochody. To Claire go uratowała. Dziewczyna, od której zaczyna się ten tekst. Jego późniejsza żona. Powiedziała mu, że jeśli wybierze sport, on ocali go od kłopotów. Nie spodziewała się jednak wtedy, że finalnie piłka nożna pośrednio zniszczy także ich relację.

Kiedy okoliczni skauci zauważyli, że w regionie jest chłopak obdarzony sporym talentem, chciano go ściągnąć do Leeds United. Wybór padł jednak na Norwich City. Ten wyjazd na zawsze go naznaczył. Umierał z tęsknoty za domem. Nie chciał być tak daleko od przyjaciół i rodziny, ale jeżdżenie pociągiem odbierało mu energię. Wybierał więc pozostanie w pokoju i płacz.

– To był najtrudniejszy rok w moim życiu – miał powiedzieć wkrótce, nie wiedząc, że nadejdą jeszcze gorsze.

Gniew na zaistniałą sytuację przekuwał w agresję podczas meczów i treningów. Raz nawet złamał rękę testowanemu bramkarzowi, wdając się z nim w bójkę na treningu. Ciągle sprawiał kłopoty wychowawcze i grożono mu odesłaniem do domu. Z jednej strony takie rozwiązanie nawet by go ucieszyło, ale wiedział, że ojciec uzna to za porażkę. Nie chciał go zawieść.

Znów uratowała go Claire. Zadzwoniła, by powiedzieć, że jest w ciąży. Opanował się, wziął jeszcze mocniej do pracy i spróbował dorosnąć.

OD EUFORII DO OTCHŁANI

Każdy kto pamięta Bellamy’ego z boiska, zakodował sobie obraz twardziela. Szybki, wyżyłowany, trudny do przewrócenia. Zawsze gotowy do jatki. Jego emocjonalne reakcje na murawie brały się stąd, że często obawiał się rosłych obrońców. Wolał więc wyprowadzać ich z równowagi, tak by – jak sam wspominał – „skupili się na czymś innym niż gra w piłkę”.

Kiedy parę dni temu świat obiegła informacja, że Bellamy opuszcza Anderlecht ze skutkiem natychmiastowym, w pierwszej chwili sporo osób pomyślało pewnie: „A, to ten, musiał znów coś nawywijać”. Ale jeśli ktoś śledził losy 42-latka, wiedział, że rok temu po raz pierwszy mocno otworzył się w kwestii depresji. Powiedział wówczas, że bywał w absurdalnej wręcz euforii, by po chwili zjeżdżać w otchłań.

Ludzie związani z Anderlechtem przyznali, że decyzja, jaką podjął Bellamy, pełniący funkcje asystenta pierwszego trenera, była konieczna. Craig pożegnał się z zawodnikami po zwycięstwie nad KV Mechelen i postanowił podjąć kolejną walkę.

W Brukseli wylądował za sprawą Vincenta Kompany’ego. Poznali się grając razem w Manchesterze City. Początkowo Bellamy prowadził zespół młodzieżowy Fiołków do lat 21.

Peter Verbeke, dyrektor sportowy Anderlechtu, przyznał, że Bellamy wnosił do zespołu niesamowitą energię. Jego decyzję o leczeniu on i Kompany uznali za akt odwagi. Nie każdy ma przecież na tyle sił, by głośno mówić o swoich problemach, szczególnie gdy przez większość życia tłamsił je w sobie.

CIĄGI ALKOHOLOWE

Pomóc miały leki. Zaczął je przyjmować, kiedy zrozumiał, że potrafi przez trzy dni do nikogo się nie odezwać. Chciał, ale nie dawał rady. Jak przed wspomnianym rozwodem. – Zamykałem się w pokoju i dosłownie nie umiałem nic powiedzieć – wyznawał.

Lekarstwa brał przez trzy lata. Trochę pomogły, przynajmniej do czasu. Sam już nie wiedział, czy gorsze były tabletki poprawiające nastrój, czy jednak dawne dni, w których upijał się do nieprzytomności. Wpadał w ciągi chlania, jak po porażce Cardiff City z Reading w półfinale play-offów. Dwa lata temu stracił prawo jazdy, bo prowadził po alkoholu. Po raz drugi w życiu i marne to pocieszenie, że wcześniej tylko za nadmierną prędkość.

Wiecznie pakował się w kłopoty. Musiał trafić na menedżera, który zechce go zrozumieć, by móc normalnie funkcjonować w drużynie. – Jeśli mu zaufasz, dotrzesz do niego, odda ci całe serce – powiedział kiedyś o Craigu Mark Hughes, jego rodak.

Ale nie wszyscy mieli z nim łatwe życie, by nie powiedzieć, że zdecydowana większość czekała tylko na wybuch beczki prochu. Pokłócił się m.in. z Graeme Sounessem. Roberto Manciniemu mówił, że boli go kolano, chciał być szczery, ale od Włocha usłyszał w odpowiedzi: – Nie, wcale cię nie boli...

Sam chciał zostać trenerem, co nawet w jednym z przypływów euforii głośno powiedział. – Pragnę być jednym z największych menedżerów jacy kiedykolwiek żyli. Dlaczego nie? – pytał.

Ludzie brali to, może i słusznie, za butę, ale tak działał mechanizm obronny Bellamy’ego. Wznieś się ponad innych i nie daj im się pokonać. Pochwal się sam, bo nikt tego nie zrobi lepiej.

Przypięto mu tyle łatek, że nawet gdy próbował powiedzieć coś miłego i szczerego, na przykład, że od dziecka jest kibicem Liverpoolu, nadziewał się na kontry. – Wszyscy tak mówią, jak podpisują kontrakt na Anfield – machnął ręką Steven Gerrard.

UTRACONA SZYBKOŚĆ

Kapitan The Reds szybko się jednak zorientował, że Bellamy to porządny facet. – Spodziewałem się rozgrzanej głowy, a przyszedł profesjonalista – wyznał Stevie G. – Na dodatek kochający futbol.

Niewielu trenerów podzieli takie zdanie. Nawet cierpliwy Bobby Robson miał z nim krzyż pański w Newcastle. – To najbardziej pyskaty piłkarz, jakiego spotkałem, ale chyba też najbardziej oddany – żartował legendarny menedżer.

– Wywoływał konflikty i powodował problemy wtedy, kiedy nie było to zupełnie potrzebne – pisał w autobiografii John Toshack, który prowadził Craiga w reprezentacji Walii. Uważał on też, że wielu trenerów bierze do zespołu Bellamy’ego tak samo chętnie, jak potem go wyrzuca.

Bez wątpienia był bardzo dobrym piłkarzem. W Anglii, Walii i Szkocji zagrał blisko 500 meczów ligowych, zdobył grubo ponad 100 bramek. Gianfranco Zola miał go pod swoimi skrzydłami w drużynie West Hamu i cenił talent, ale widział ograniczenia spowodowanie kruchością mięśni. Kolejne urazy odbierały Craigowi jego największy atut – szybkość.

Bycie na coraz częstszym aucie sprzyjało refleksjom. A główna była taka, że ucieka życie. Bellamy wspominał w wywiadzie dla SkySports, jak kiedyś sir Bobby powiedział mu w Newcastle: „Nie musisz jechać z żoną na USG (była w ciąży). Niech ona się tym zajmie, ty zajmij się futbolem”.

– Tylko że piłka ma krótki termin przydatności, to wycinek czasu. Dlatego tak wielu z nas, szczególnie z mojego pokolenia, musi potem cierpieć. Bo nie umieliśmy okazywać słabości – wyznał. I dodał: – Wygrywanie przynosiło mi ulgę, nie radość.

To nie brzmi jak motto boiskowego gangstera, prawda?

Kontuzje doprowadziły go do emocjonalnej przepaści. To one chciały go zmusić do porzucenia piłki ponad dekadę przed prawdziwym końcem kariery. W 2003 roku piłkarze Newcastle pojechali na zgrupowanie do Malezji. Bellamy leczył urazy obu kolan. Po finale mini-turnieju drużyna wróciła do hotelu. – Nie mogłem zasnąć. Nie zmrużyłem oka. Poszedłem o szóstej rano na śniadanie i siadłem obok jakiegoś faceta z Hongkongu. Zaczęliśmy po prostu gadać o piłce. „Chciałbym, żeby to się już skończyło, za bardzo boli” – wypaliłem nagle – wspominał.

Bellamy czuł, że nie spełnia pokładanych w nim nadziei. To nie opuściło go przez kolejnych 11 lat, aż do ostatniego meczu. I zostało z nim, aż do dziś.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.