Porażka w oparach absurdu. Legia zaciera całe dobre wrażenie z początku w Lidze Europy

Zobacz również:Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski
Leicester City v Legia Warszawa
Fot. Naomi Baker/Getty Images

Po dwóch kolejkach fazy grupowej Ligi Europy wydawało się, że Legia Warszawa wiosnę w pucharach ma na wyciągnięcie ręki – w końcu nawet trzecie miejsce jest tego gwarancją, a modele analityczne po zgarnięciu sześciu punktów na sześć możliwych dawały jej na to 97%. Po pięciu meczach sytuacja się jednak odwróciła. Drużyna Marka Gołębiewskiego przegrała z Leicester City 1:3 i spadła na ostatnie miejsce w grupie, a na domiar złego i tak najwięcej w jej kontekście mówi się wcale nie o tym, co na boisku.

To był dla Legii Warszawa wieczór z cyklu: wszystko było złe. Fatalna pierwsza połowa, mnożące się błędy w defensywie, uciekająca szansa na grę w Europie wiosną, do tego absurdalna rozmowa z Dariuszem Mioduskim na klubowej stronie opublikowana tuż przed pierwszym gwizdkiem i jakby tego było mało grupa awanturujących się kibiców na trybunach King Power Stadium.

Trudno się pozbyć wrażenia, że ten chaos dobrze podsumowuje to, co dzieje się w klubie od kilku miesięcy. Jeśli bowiem ten mecz i ogólną sytuację trzeba by było podsumować jednym słowem, to chyba najlepiej pasuje „bezradność”. Już kilka pierwszych akcji Leicester City pokazywało, kto ma znacznie większą jakość po swojej stronie, a kto przyjechał z myślą, by przegrać jak najniżej. Błędy, pasywność, dezorganizacja – to wszystko rzucało się w oczy w grze Legii od pierwszej minuty.

Wystarczy zresztą zobaczyć gole. Patson Daka szczęśliwie przebija się przez pole karne wobec biernej postawy ośmiu graczy Legii i szybko otwiera wynik. Później James Maddison – najbardziej kreatywny piłkarz Lisów, który zawodnikom Wojskowych powinien zapaść w pamięć już po pierwszym meczu, gdy rozruszał grę wejściem z ławki – przekłada sobie piłkę w polu karnym, nikt go nie atakuje i Anglik strzela na 2:0. Później był gol Filipa Mladenovicia po dobitce rzutu karnego, jak się okazało na otarcie łez, bo promyk nadziei zgasł po ledwie kilku minutach, kiedy niepilnowany Wilfred Ndidi przeskoczył Cezarego Misztę i zdobył kolejną bramkę. Zryw Legii w drugiej połowie, nieco większa odwaga w grze i brak straconych goli w drugich 45 minutach to tylko marne pocieszenie.

Leicester City nie pozostawiło Legii wielu złudzeń, choć znów można zastanowić się, jak wyglądałby ten mecz, gdyby nadal w klubie pracował Czesław Michniewicz. Wprawdzie ostatnie spotkanie, jakie poprowadził w Lidze Europy, skończyło się porażką Legii w Neapolu w wyższych rozmiarach niż to z Lisami (0:3), ale w tym miejscu warto oderwać się od „wynikozy” i oceniania meczów na podstawie suchego rezultatu. Jeśli przypomnimy sobie tamten mecz – nie wspominając już o pierwszych zwycięstwach ze Spartakiem i Leicester City – to zauważymy, że tamtej Legii nie brakowało ambicji i nawet jeśli pozwalała przeciwnikom na wiele, to robiła to świadomie i przynajmniej trudno było strzelić gola. Napoli ostatecznie wbiło ich trzy, jednak wszystkie w ostatnim kwadransie, gdy z Wojskowych uszło powietrze. Biorąc pod uwagę tylko takie kwestie jak organizacja taktyczna czy zaangażowanie piłkarzy, czwartkowy mecz nawet nie stał obok tego, co Legia wcześniej pokazywała w Lidze Europy.

Leicester City - Legia Warszawa
Fot. Piotr Kucza/400mm.pl

Pozostaje tylko zastanowić się, na ile to wina trenera Marka Gołębiewskiego, a na ile samych piłkarzy. 41-latek z pewnością otrzymał niewdzięczne zadanie, do którego pewnie nie był jeszcze przygotowany, jednak swoimi wyborami się nie broni. Nagle okazuje się, że zmiana trenera nie jest lekiem na całe zło. Zarówno na King Power Stadium, jak i wcześniej z Napoli w Warszawie, Legia się posypała. Różnica polegała na tym, że dwa tygodnie temu stało się to na początku drugiej, a nie jeszcze pierwszej połowy spotkania. Leicester City nawet nie zagrało jakiegoś bardzo dobrego meczu, po prostu wykorzystało kilka okazji i włączyło tempomat, na którym dojechało do ostatniego gwizdka przy biernej postawie rywala.

Oglądając słabą grę mistrzów Polski z Lisami, trudno było jednak oderwać myśli od tego, co wywołało szum jeszcze przed rozpoczęciem meczu. Rozmowa z Dariuszem Mioduskim na oficjalnej klubowej stronie miała fatalny timing i przypomina bardziej gaszenie pożaru benzyną, a nie kubłem zimnej wody. Wygląda to tak, jakby prezes chciał stanąć na czele klubu i przyjąć winę, ale zrobił to nieudolnie i ta rozmowa naprawdę nie wydaje się potrzebna.

Trudno powiedzieć, czemu mają służyć słowa o zainteresowaniu zatrudnieniem Marka Papszuna (jeśli już, to działają na korzyść Rakowa, który świadomy publicznej deklaracji prezesa Legii może jeszcze bardziej podbijać cenę), trudno też uwierzyć w odważne deklaracje, ale to i tak nie jest najdziwniejsza wypowiedź. – Jeśli chodzi o strategię sportową, to jest ona jasna i myślę, że po ruchach transferowych, które podejmujemy, widać w jakim kierunku idziemy – mówi prezes Mioduski i coś tu się ewidentnie gryzie. Gdyby bowiem na żywych przykładach pokazać, z czego wynika obecne zamieszanie, to obok karuzeli trenerskiej i ciągłych zmian koncepcji (do czego Mioduski też się przyznaje), najmocniej świadczą o tym transfery.

Te są oczywiście wypadkową wspomnianego miotania się od pomysłu do pomysłu, ale czy naprawdę po ruchach transferowych Legii z tego lata można powiedzieć, że realizacja jakiejś jasnej strategii i że klub idzie w dobrą stronę? Wyraźnie przecież widać, że nie był gotowy na rywalizację na trzech frontach, piłkarzy sprowadzano według różnego klucza i to często takich, na których trzeba było poczekać, nim zaczną być przydatni. Igor Charatin, Lirim Kastrati, Lindsay Rose, Mahir Emreli, Mattias Johansson, Jurgen Çelhaka, Joel Abu Hanna, Josue, Yuri Ribeiro – ilu z nich realnie wzmocniło zespół? Takimi słowami prezes tylko potęguje frustrację kibiców. Już pominąć można fakt, że na dwa różne pytania pada taka sama odpowiedź o złym przygotowaniu fizycznym, samozadowoleniu i „korkociągu”.

Dariusz Mioduski
Fot. Piotr Kucza/400mm.pl

Pomijając jednak wywiad Mioduskiego i skupiając się ponownie na warstwie piłkarskiej, to najbardziej szkoda zaprzepaszczonego dobrego startu w Lidze Europy. Trzy kolejne porażki łącznym stosunkiem bramkowym 2:10 zatarły pozytywne wrażenie z początku i przede wszystkim odebrały piłkarzom Legii pewność siebie. Owszem, jeszcze nie wszystko stracone – wręcz patrząc na kolejność spotkań można było się spodziewać, że to ostatnie ze Spartakiem będzie o wszystko – ale dziś trudno szukać pozytywnych przesłanek.

W praktyce najlepsze dla Legii byłoby trzecie miejsce. Wprawdzie zawsze dobrze wyprzedzić choćby o jednego rywala więcej i grać w bardziej prestiżowej Lidze Europy, jednak Liga Konferencji to przynajmniej środowisko, w którym można liczyć na jakieś punkty do rankingu i być może pierwszy wygrany wiosną dwumecz polskiego klubu od sezonu 1990/91. Ta perspektywa jednak uciekła. Grupa C okazuje się tak dziwna, że Leicester City przed meczem z Legią było ostatnie, ale dzięki wygranej jest pierwsze. Lidera od zespołu z czwartego miejsca dzielą dwa punkty. Tak czy inaczej Legia ma tylko dwa wyjścia: jeśli pokona Spartaka 9 grudnia u siebie, zagra w 1/16 Ligi Europy z kimś, kto w swojej grupie w Lidze Mistrzów będzie trzeci. Jeśli osiągnie jakikolwiek inny wynik, pożegna się z pucharami na dobre w tym sezonie.

Optymista powie, że w takiej sytuacji Legia nie ma nic do stracenia. Tylko jak w tak krótkim czasie odbudować pewność siebie? Przegrana z Leicester City była dziewiątą w ostatnich dziesięciu meczach na wszystkich frontach. Nie idzie jej zdobywanie bramek, bo w Ekstraklasie mniej mają tylko Górnik Łęczna i Warta Poznań, a fakt, że ma dwa zaległe spotkania do rozegrania tego absolutnie nie tłumaczy. Liga Europy wydawała się odskocznią od tych kłopotów, ale i tutaj wszystko, co dobre, jest trwonione z kolejki na kolejkę.

Przed Legią bardzo ważne dwa tygodnie. Puchary to zawsze prestiż i okazja do tego, by dobrze zarobić i zapracować na lepszą pozycję dla całej polskiej piłki, ale dziś władze klubu mogą patrzeć na nie jak na zbędny balans. Tu nie ma się co czarować, Legia musi ratować sezon. Już pal licho stratę do lidera czy do miejsc dających eliminacje pucharów – bezpieczny finisz w środku tabeli i walka o Puchar Polski to dziś plan maksimum na wiosnę, na czym może ucierpieć Liga Europy. Ona, choć zaczęła się bardzo obiecująco, nie jest już najważniejsza. Mimo wszystko szkoda, że całe pozytywne wrażenie ze startu rywalizacji w grupie zostało zatarte. Miał być sezon inny niż wszystkie i faktycznie taki się okazuje. Tyle że nie w taki sposób, jak sobie to w Legii wyobrażano.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje wydarzeniami w Premier League, której mecze komentuje w Canal+, oraz NFL. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.