Wybitny gracz nie musi być wybitnym szkoleniowcem. Legendy NBA, które nie poradziły sobie jako trenerzy

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Basketball - NBA - Heat vs. Knicks
Fot. Jeff Zelevansky /Icon SMI/Icon Sport Media via Getty Images

W czasie zawodniczej kariery święcili triumfy. Zapisali się w historii najlepszej ligi świata jako czołowi gracze swoich czasów. Wiele mistrzostw, nagród i występów w Meczach Gwiazd sprawiło, że cieszyli się ogromnym poważaniem. Po latach w ich życiorysach pojawiła się jednak mała rysa. Gdy zamienili strój sportowy na garnitur, okazało się, że w nowym fachu kompletnie sobie nie radzą.

Obecna NBA jest pełna szkoleniowców, którzy w przeszłości rywalizowali na jej parkietach jako koszykarze. Cześć z nich może poszczycić się fenomenalnymi karierami na dwóch płaszczyznach. Przykład stanowi Steve Kerr – niegdyś pięciokrotny mistrz jako rozgrywający Chicago Bulls i San Antonio Spurs, a w ostatnich latach trzykrotny triumfator jako szkoleniowiec Golden State Warriors. Odmiennym przykładem względem wszystkich opisanych w tekście jest z kolei Mike Budenholzer. W latach 90. przez moment występował w Danii, by szybko rozpocząć naukę fachu trenerskiego w Stanach. Dziś jest świeżym mistrzem NBA z Milwaukee Bucks.

Bohaterzy tekstu to goście, którzy pomimo słynnych nazwisk, nie podołali w roli opiekunów zespołów. Niektórzy prędko przekonali się, jak twardy jest to kawałek chleba. Inni, metodami prób i błędów, nie wywiązywali się z określonych celów i prędzej czy później otrzymywali wypowiedzenia.

1
ISIAH THOMAS

Zapisał się w historii NBA jako lider „Bad Boys” Pistons. Ekipa z Detroit na przełomie lat 80. i 90. dwukrotnie zdobywała tytuł. Po zwycięstwie w 1990 roku Thomas został MVP Finałów. Podobną nagrodę otrzymywał w 1984 i 1986 roku podczas Meczów Gwiazd. O klasie członka Koszykarskiej Galerii Sław (od pięciu lat) niech świadczy fakt, że w 1996 roku znalazł się na liście najlepszych graczy 50-lecia NBA.

Zderzenie z trenerską nastąpiło sześć lat po ostatnich występach w koszulce Pistons. Były rozgrywający zastąpił na stanowisku trenera Indiany Pacers inną legendę basketu – Larry’ego Birda. W przeciwieństwie do starszego kolegi, Thomas nie powtórzył wyczynu, jakim było mistrzostwo Konferencji Wschodniej. Świeży szkoleniowiec miał do dyspozycji grupę utalentowanych graczy na czele z Jermainem O’Nealem czy Jamaalem Tinsleyem. Nic z nimi jednak nie zdziałał. Przez trzy lata za każdym razem odpadał już w pierwszej rundzie play-offów.

Jeszcze gorzej było parę sezonów później w Nowym Jorku. Thomas, pełniący od końca 2003 roku funkcję prezydenta do spraw operacyjnych, przejął trenerską schedę po Larrym Brownie. Były koszykarz w Knicks zepsuł swoją reputację podwójnie. Nie dość, że podejmował fatalne decyzje transferowe, popadał w konflikty z zawodnikami (jednym z nich był Maciej Lampe), to dodatkowo osiągał tragiczne rezultaty. Przez dwa sezony pracy jako head coach osiągnął bilans 56 zwycięstw i aż 108 porażek. Po nowojorskim etapie Thomas zrezygnował z dalszej pracy jako trener.

2
KEVIN McHALE

Skrzydłowy przez całą trzynastoletnią karierę koszykarską związany był z Boston Celtics, z któymi trzy razy zdobył mistrzostwo NBA. Jego rola w zespole przez lata ulegała zmianie. Przez pierwsze lata dał się poznać jako solidny zmiennik (dwie nagrody na najlepszego rezerwowego ligi). W drugiej połowie lat 80. stał się również świetnym starterem, który załapał się do All-NBA First Team w 1987 roku.

McHale mógł tylko pomarzyć o tak solidnej karierze trenerskiej. Od połowy lat 90. pracował w Timberwolves jako wiceprezydent do spraw operacyjnych. To on zasłynął postawieniem na Kevina Garnetta – pierwszego od dwóch dekad zawodnika, który trafił do NBA wprost ze szkoły średniej. W 2005 roku tymczasowo objął funkcję trenera, aby trzy lata później wrócić do roli head coacha na stałe – bez sukcesów. Bilans 20-43 sprawił, że szybko zabrano go z ławki trenerskiej.

Powrócił do niej w 2011 roku w Houston i można powiedzieć, że prędko miejsca nie oddał. Przez cztery lata pracy, za każdym razem gwarantował więcej niż 50 procent zwycięstw w fazie zasadniczej. Wynik dawał awans do play-offów, lecz Rockets McHale’a poza sezonem 2014/15 odpadali już w pierwszej rundzie. Były gracz Celtics po dotarciu z zespołem do finałów Konferencji Zachodniej szybko stracił pracę. Pod koniec maja 2015 roku rywalizował jeszcze z Warriors w walce o udział w finale. Kilka miesięcy później, po katastrofalnym starcie następnej kampanii, już go w Houston nie było.

3
MAGIC JOHNSON

Jeden z najlepszych rozgrywających w historii NBA często pojawiał się na okładkach gazet i ekranach telewizorów w latach 80. i 90. Najpierw głównie za sprawą słynnej rywalizacji z Larrym Birdem i Celtics, w drugiej między innymi za głośne przyznanie się do zarażenia wirusem HIV. Mimo tajemniczej i wówczas brzmiącej jak wyrok choroby Magic wrócił do gry, występując w słynnym „Dream Teamie”.

W 1992 roku koszykarz nie był już czynnym zawodnikiem Lakers. Wrócił na moment do NBA cztery lata później. W międzyczasie za wielką namową Jerry’ego Bussa postanowił spróbować sił jako szkoleniowiec „Jeziorowców”. Pod koniec sezonu 1993/1994 przejął zespół złożony z jego dawnych kompanów z parkietu. – W głębi duszy zawsze miałem ochotę zostać trenerem – twierdził Johnson obejmując posadę.

Magic poprowadził jednak Lakers w ledwie 16 meczach. Bilans? 5-11. Co ciekawe wszystkie zwycięstwa nastąpiły w ciągu pierwszych sześciu spotkań. Później Johnson doszedł do wniosku, że po sezonie skończy z pracą, kupując udziały w klubie. Rezygnując z funkcji szkoleniowca mówił, że stanowisko trenera jednak nie było nigdy jego marzeniem…

4
BOB COUSY

Druga w zestawieniu legenda Celtics. O ile McHale pamięta czasy wielkiego Bostonu z lat 80., o tyle Cousy był jednym z mózgów ekipy dwie dekady wcześniej. Przez trzynaście lat gry dla Celtów sześciokrotnie cieszył się z mistrzostwa NBA. W 1957 roku nagrodzono go tytułem MVP fazy zasadniczej. Kolejnym argumentem pokazującym skale wielkości rozgrywającego jest fakt, że w każdym sezonie gry dla ekipy ze Wschodu meldował się również w Meczu Gwiazd.

Cousy nie przełożył niebywałego talentu do gry na grunt trenerski. – Zrobiłem to dla pieniędzy. Dostałem propozycję nie do odrzucenia – opowiadał po latach. Legenda Bostonu przez cztery lata prowadziła Cincinnati Royals/Kansas City-Omaha Kings (obecnie zespół znany jako Sacramento Kings). Podobnie jak inni bohaterowie – bez sukcesów. Przez cztery sezony Royals/Kings nie zakwalifikowali się do play-offów NBA. Nigdy nie udało im się przekroczyć bariery czterdziestu zwycięstw. Nie pomógł nawet chwilowy powrót do gry Cousy’ego. Po dwudziestu spotkaniach sezonu 1973/1974 szkoleniowiec zrezygnował z pracy i w wieku 45 lat skończył z „trenerką”.

5
WES UNSELD

Gdyby zapytać kibiców Wizards o największą legendę ich organizacji, najprawdopodobniej wskazaliby właśnie na Unselda. Ze słynnym środkowym wiążą się czasy największego sukcesu klubu – mistrzostwa NBA z 1978 roku. Koszykarz zapisał się także jako drugi zawodnik (po Wilcie Chamberlainie) w historii najlepszej ligi świata, który w jednym roku zdobył nagrody „Rookie of the Year” i MVP. Podobnie jak inni bohaterzy tekstu, także i on został zaliczony do listy najlepszych graczy 50-lecia rozgrywek.

Od skończenia z grą Unseld cały czas podtrzymywał związek z dawnym klubem. Przez większość okresu działał jako wiceprezydent i generalny menedżer. Pomiędzy tymi okresami przez siedem sezonów pełnił jednak funkcję szkoleniowca. Największy sukces odniósł już w pierwszym roku. Poprowadził ówczesnych Bullets do pierwszej rundy play-offów. W następnych latach nie potrafił pokierować zespołem tak, aby nawet powtórzyć niezbyt ambitny wynik. Przez siedem lat poprowadził ekipę w 547 spotkaniach, przegrywając aż 345 z nich.

Co ciekawe w ślady ojca poszedł właśnie Wes Unseld Jr. Pracujący ostatnio jako asystent w Denver Nuggets, 45-latek został niedawno mianowany head coachem Wizards – klubu, w którym senior odnosił wielkie sukcesy jako gracz, lecz ponosił także srogie porażki jako trener.

6
ELGIN BAYLOR

Zmarły w marcu gracz Lakers do dziś wspominany jest jako najprawdopodobniej najlepszy w historii koszykarz, który nigdy nie zdobył tytułu mistrzowskiego. Baylor był jedenastokrotnym uczestnikiem Meczu Gwiazd, dziesięciokrotnie wybieranym do pierwszej piątki sezonu. Pomimo niebywałego talentu, mistrzowski pierścień uzyskał tylko w ramach gestu dobrej woli „Jeziorowców”. Skrzydłowy skończył z grą po kilku meczach sezonu 1971/1972 – tego samego, w którym na końcu triumfowali jego koledzy na czele z Wiltem Chamberlainem.

Choć Baylor nie zdobył tytułu, to i tak jego kariera zawodnicza prezentuje się po stokroć lepiej od trenerskiej. Były koszykarz przygotowywał się do tej roli pełniąc przez dwa lata funkcję asystenta w New Orleans Jazz. W 1976 rok dostał szansę pracy jako pierwszy szkoleniowiec… i nie podołał. Przez niecałe trzy sezony zapisał na koncie tylko 86 wygranych (na 221 spotkań). Bilans 39 procent zwycięstw sprawia, że Baylor często pojawia się jako przykład tragicznej kariery trenerskiej wśród legend NBA.

7
MAURICE CHEEKS

W porównaniu do innych wspominanych postaci, dorobek Cheeksa nie jest aż tak imponujący. Rozgrywający był częścią solidnej ekipy 76ers z lat 80. Wówczas w składzie ekipy z Filadelfii brylowali Moses Malone, Julius Erving, a później także Charles Barkley. Rozgrywający tamtej bandy zdobył mistrzostwo w 1983 roku. Czterokrotnie wystąpił w Meczu Gwiazd NBA. Ponadto tyle samo razy umieszczano go w „NBA All-Defensive First Team”. Choć Cheeksa pamięta się przede wszystkim ze względu na grę w „Philly”, to gracz miał także za sobą epizody w Spurs, Knicks i Hawks.

Po skończeniu z grą Cheeks podobnie jak Baylor przygotowywał się do pracy trenerskiej, pełniąc funkcję asystenta. W 2001 roku, po siedmiu latach pracy w 76ers, otrzymał po raz pierwszy funkcję head coacha, obejmując Portland Trail Blazers. Dziś najprawdopodobniej żałuje tamtego ruchu. Ówczesna ekipa z Oregonu pod skrzydłami mistrza okazała się chodzącym materiałem wybuchowym. Niedawno na łamach naszego portalu przypominaliśmy historię „Jail Blazers”. Narkotyki i bójki nie były dla tamtego zespołu niczym dziwnym.

W Portland przez blisko cztery sezony pracy szkoleniowiec nie osiągnął nic więcej niż awans do pierwszej rundy play-off. Po zwolnieniu szybko znalazł sobie kolejną przystań, tym razem w dobrze znanym filadelfijskim środowisku. Tam także musiał radzić sobie z dużym ego, tym razem Allena Iversona i Chrisa Webbera – wyjadaczy niezadowolonych ze sposobu zarządzania organizacją. Cheeks ani razu nie przekroczył progu 50 procent zwycięstw w sezonie. Po 23 spotkaniach sezonu 2008/09 76ers zrezygnowali z jego usług.

Cheeks próbował jeszcze swoich sił lata później w Pistons – także bez sukcesów. Od 2015 roku znów pracuje jako asystent trenera. Najpierw przez pięć lat pomagał Billy’emu Donovanowi w OKC Thunder, a teraz z tym samym trenerem współpracuje w Chicago Bulls.

Podziel się lub zapisz
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.