Bijące serce Houston. J.J. Watt żegna się z Texans jako prawdziwa legenda

Zobacz również:Gdy legenda szokuje cały świat sportu. Co jeszcze chce udowodnić Tom Brady?
J.J. Watt
Fot. Scott Halleran/Getty Images

Powiedzieć, że w ostatnim czasie nie jest łatwo być fanem sportu w Houston, to w zasadzie nie powiedzieć nic. Najpierw baseballowi Astros zostali przyłapani na oszukiwaniu w sezonie mistrzowskim, potem James Harden odszedł z Rockets, nie dając (mimo wielkich nadziei) żadnego tytułu drużynie, a w międzyczasie futbolowi Texans rozpadają się od środka, czego najlepszym dowodem jest odejście ikony drużyny i miasta, J. J. Watta. Houston, mamy ogromny problem.

Mimo całej masy problemów i nieprzyjemnych zdarzeń, jakie w ostatnim czasie spotkały sportową część „Kosmicznego Miasta”, zwolnienie Watta było być może najbardziej spodziewane, a jednocześnie najbardziej uderzające w serca fanów. Transfer Hardena czy początek sagi z Deshaunem Watsonem rozzłościły mieszkańców wiedzących, że w ten sposób – z różnych powodów – tracą szanse na sukcesy swoich ulubionych zespołów. Odejście wieloletniego obrońcy Texans wywołało głównie smutek – to nie tylko osłabienie ich drużyny, ale też strata wieloletniego symbolu, człowieka nierozerwalnie związanego z miastem, uosobienia Houston, kogoś, kto zawsze w trudnym czasie dawał społeczeństwu nadzieję na lepsze jutro. Nieprzypadkowo wraz z całym miastem żegna go też sam burmistrz.

BRATERSKA WIĘŹ

Wszystko zaczęło się jednak gdzie indziej – w małym miasteczku Pewaukee w stanie Wisconsin, z którym zresztą Watt jest bardzo mocno związany. Jest najstarszym z trzech braci, z którymi dzielił wszystkie swoje pasje, łącznie z futbolem, który uprawiają także młodsi T.J. i Derek. Jego śladami trafili też na uniwersytet w Wisconsin, gdzie wszyscy trzej rozwinęli się w klasowych futbolistów.

Przecieranie szlaków braciom nie było jednak takie proste. O dziwo, Watt nie trafił od razu na uniwersytet w swoim ukochanym Wisconsin, ponieważ wychodząc z liceum nie był uważany za tak dobrego zawodnika, jakim potem się okazał. Trafił do Central Michigan, gdzie zaczynał jako... tight end, blokujący z szansą na łapanie piłek. Po niezbyt owocnym pierwszym sezonie zaproponowano mu przejście na pozycję etatowego ofensywnego liniowego, czego sam J.J. nie chciał. Wolał grać w obronie, co zaoferowano mu na uczelni z jego rodzinnego stanu. Postawił na swój instynkt i udało się, bowiem w Wisconsin był na tyle dobry, że każdego kolejnego Watta przyjmowano tam z otwartymi ramionami. Rekruterzy miejscowych Badgers na pewno tego nie żałowali, bo każdy z braci prosto z uczelni trafił do NFL.

TEKSAŃCZYK

J.J. został pierwszym i ostatecznie najwyżej wybranym z braci Wattów. Houston Texans wzięli go jako jedenastego w drafcie 2011 roku. Kibice Texans pewnie nie chcą teraz o tym pamiętać, ale wybór Watta z początku... wybuczeli. Ten sam symbol Houston i być może najważniejszy sportowiec w niedawnej historii miasta został przyjęty chłodno i fani Texans w swojej drużynie go początkowo nawet nie chcieli. To tylko pokazuje, jak przewrotny bywa sport.

Młody obrońca był przykładem tzw. „projektu”, czyli zawodnika, którego uczelniane statystyki nie predysponowały do tak wysokiego wyboru, jednak atletyzm i „surowy” potencjał sprawiły, że Texans postanowili wybrać go w okolicach pierwszej dziesiątki. Odpłacił się bardzo szybko, został bowiem najlepszym defensywnym „świeżakiem” w swoim pierwszym sezonie w lidze. A potem już nie patrzył za siebie, jednak nawet Texans ani on sam nie mogli chyba spodziewać się tego, co wydarzyło się później.

W ciągu kolejnych czterech lat Watt aż trzykrotnie został wybrany najlepszym obrońcą ligi i był bezsprzecznie najbardziej dominującym obrońcą NFL. Dwukrotnie miał ponad 20 sacków w sezonie, co dla wielu jest wynikiem niemal niewiarygodnym (rekord ligi to 22.5), w dodatku dołożył pełną dominację w grze biegowej i w zasadzie nikt nie potrafił sobie z nim poradzić. Na sukcesy drużynowe się to nie przeniosło, bowiem Texans w tamtych latach nie należeli do najmocniejszych drużyn. Grali kilka razy w play-offach, jednak zawsze im czegoś brakowało. I mówiąc to można zwrócić się w stronę pozycji rozgrywającego, z którą Texans mieli bardzo duże problemy aż do przyjścia Deshauna Watsona w 2017 roku.

ZDROWIE, ILE CIĘ TRZEBA CENIĆ...

Wtedy jednak J.J. nie był już aż tak dominujący. Wszystko przez kontuzje, które zaczęły mu dokuczać w sezonie 2016. W latach 2016-17 zagrał jedynie w ośmiu meczach i mimo że sezon 2018 był jego idealnym powrotem (16 sacków, najlepszy na swojej pozycji w lidze i udział w Meczu Gwiazd), to był to ostatni jak dotychczas sezon, w którym mogliśmy zobaczyć Watta w pełni jego umiejętności. W 2019 roku znów męczył się z kontuzjami, a w 2020, wyraźnie zmęczony długim leczeniem i problemami w drużynie, spuścił nieco z tonu. Z ostatnich pięciu meczów opuścił łącznie dwa i zabrakło go w dokładnie 32 spotkaniach w tym okresie. Wciąż był sercem swojej drużyny, ale coraz rzadziej był jej płucami.

W dodatku sytuacja w Texans robiła się coraz gorsza. Klub rozpadał się od środka, właściciele nie potrafili nim zarządzać, co doprowadziło ostatecznie do rozzłoszczenia Watsona, a sam Watt, czując się za to współodpowiedzialny jako lider, przepraszał Watsona, że Texans zmarnowali rok z jego cennej kariery. Mimo miłości, jaką przez całe lata obrońca darzył Houston, zaczęło się mówić o jego odejściu. Sam zainteresowany przyznawał, że mając tyle lat (32 na starcie kolejnego sezonu) nie chce być częścią kolejnej przebudowy, a taka w Texans jest obowiązkowa. W dodatku jego kontrakt (17.5 miliona dolarów za sezon 2021) zaczął być uciążliwy dla drużyny, przez co raporty o ewentualnym rozstaniu tylko się nasiliły. Jednak czy taki symbol miasta mógłby je opuścić?

PRACUJ CIĘŻKO, MIERZ WYSOKO

Nie pierwszy raz wspominamy o tym, jak istotny dla Houston jest Watt, jednak by dowiedzieć się jak bardzo, trzeba się nieco cofnąć w czasie. Od samego początku zawodnik był uznawany za jedną z najbardziej pozytywnych postaci całej ligi. „One of the good guys” – to stwierdzenie pojawiało się ze wszystkich stron Houston po informacji o jego odejściu. Watt od samego początku wiedział, że po wejściu do ligi i zarobieniu dużych pieniędzy musi swoje dobro przekazać dalej. Stąd, jeszcze przed tym jak trafił do NFL, założył swoją fundację, mającą pomagać dzieciom z różnych środowisk i miejsc w nauce i spełnianiu możliwości sportowych. „Dream Big, Work Hard” stało się mottem i fundacji, i całej rodziny Wattów.

Fani Texans wybuczeli Watta na samym początku, jednak mimo że J.J. to zapamiętał (wspomina o tym w pożegnalnym filmie), to nigdy nie było w nim zawziętości, którą można przypisać innym sportowcom. Nie chciał za wszelką cenę się odgrywać i pokazywać, co potrafi – stwierdził, że fani sami zmienią o nim zdanie. I trudno wyobrazić sobie bardziej drastyczną różnicę w opiniach wtedy i teraz. Na boisku Watt był jedną z najbardziej dominujących postaci w XXI wieku. Poza nim – najlepszym, co mogło spotkać Houston, patrząc na możliwości pojedynczych zawodników. Fundacja, mecze charytatywne, pomoc przy wszystkim, co tylko można sobie wyobrazić. Po strzelaninach w Teksasie, po tragicznych historiach z udziałem mieszkańców Houston czy po huraganie Harvey, dzięki któremu Watt stał się znany na całym świecie. Był przywódcą nie tylko Texans na boisku, ale stał się idolem całego stanu, prawdziwą gwiazdą Teksasu.

Leczący wtedy kontuzję zawodnik chciał pomóc społeczności Houston, dotkniętej żywiołem prawdopodobnie najbardziej ze wszystkich. Sam wpłacił sto tysięcy dolarów i założył zbiórkę licząc, że jego fani dołożą łącznie drugie tyle. Dołożyli... 37 milionów dolarów. Akcja Watta objęła całe Stany Zjednoczone, do zbiórki dołożyło się wielu celebrytów i znanych nazwisk, a z uzyskanego funduszu w okolicach Houston odbudowano ponad 1100 domów. Sam J.J. dostał za to nagrodę Walter Payton Man of the Year, jednak nie zrobił tego dla nagród, tylko dla miasta, dla którego stał się symbolem nadziei i dobroci. Wiedzieliśmy, że jest emocjonalnym liderem Texans, a wtedy okazał się bijącym sercem całego stanu.

HOUSTON PEŁNE SMUTKU

Ponawiając pytanie, czy taki symbol mógłby odejść z drużyny i miasta? Niestety dla Houston – mógłby i właśnie to zrobił. Nie mogąc znieść tego, jak właściciele niszczą Texans od środka, poprosił o zwolnienie. Zarząd przystał na jego prośbę i według wielu to jedyna rzecz „z klasą”, jaką w ostatnim czasie zrobił. Dzięki temu Watt będzie mógł samodzielnie wybrać następny etap swojej kariery. Być może Pittsburgh Steelers, w którym grają obaj jego bracia. Może Green Bay Packers z ukochanego Wisconsin, szczególnie że Aaron Rodgers i spółka ostatnio ciągle kręcą się wokół pierścienia mistrzowskiego. A może po prostu jedna z czołowych drużyn ligi w pogoni za mistrzostwem. To wie na razie tylko J.J., a może i on jeszcze nie.

Wiadomo na pewno, że w przyszłym sezonie nie zobaczymy go w Houston, które okryło się sportową żałobą. Szczególnie że jeszcze dwa tygodnie przed odejściem J.J. pomagał odbudowywać miejscowe parki i mocno się w to zaangażował, mimo że wiedział, że za moment w Houston go nie będzie. Najpierw baseballiści Astros, potem Harden, a teraz cała sytuacja z niekompetentnymi właścicielami Texans, przez których ostatecznie odszedł Watt. Złośliwi twierdzą, że fani sportu z Houston oddali duszę diabłu za „oszukane” mistrzostwo Astros (które mimo dowodów nie zostało im zabrane), więc teraz będą musieli cierpieć i to we wszystkich dyscyplinach jednocześnie. Patrząc na to, co się dzieje – trudno się z tym nie zgodzić. A następna drużyna Watta dziwnym trafem zyska sobie wielu nowych fanów z Teksasu. W Houston nie ma chyba nikogo, kto nie życzyłby dobrze ich własnej, miejscowej legendzie.

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.