Kontrakt Aleksandra Buksy, czyli szansa, którą Wisła Kraków już zmarnowała

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
buksaglowne.jpg
BARTEK ZIOLKOWSKI / 400mm.pl

Największy talent, jaki krakowianom udało się wychować od bardzo dawna, w każdej chwili może podpisać umowę z innym klubem. Za cztery i pół miesiąca będzie miał kartę na ręku. Nawet jeśli się zlituje i da Białej Gwieździe coś zarobić, klub i tak już zmarnował znakomitą szansę.

Gdy Jakub Błaszczykowski, Tomasz Jażdżyński i Jarosław Królewski półtora roku temu angażowali się finansowo w Wisłę Kraków, kreślono najróżniejsze scenariusze, co jest klubowi potrzebne, by wyjść na prostą. Do dziś ciągle, gdziekolwiek pojawią się w mediach, słyszą pytania o nowego inwestora. Zwłaszcza w początkowej fazie wykazywali się w poszukiwaniu środków do funkcjonowania klubu kreatywnością, jakiej polska – i nie tylko – piłka jeszcze nie widziała. Tymczasem życie mogło napisać dla Wisły najbardziej prozaiczny z możliwych scenariuszy. Krakowski klub mógł wyjść na zero, dobrze sprzedając jednego zawodnika. Kwota zadłużenia Wisły, początkowo ponad trzydzieści milionów złotych, znacznie w ostatnich miesiącach zniwelowana, przeciętnemu człowiekowi wydaje się olbrzymia, w skali polskiego klubu też jest duża, ale w skali Europy to kompletnie nic. Za tyle kupuje się na Zachodzie już nawet nie średnich, lecz po prostu przeciętnych zawodników. Zadłużenie Wisły to tylko jakieś sześć milionów euro. Czyli tyle, ile Southampton przelał Lechowi Poznań za Jana Bednarka.

WIELKA SZANSA

Cały problem w tym, że trzeba mieć takiego Bednarka, Kapustkę, czy Majeckiego, za którego jakiś zachodni klub chciałby tyle zapłacić. To nie jest norma. Trzeba by się zakręcić w okolicach polskiego rekordu transferowego. Traf jednak chciał, że Wisła takiego zawodnika u siebie miała. Wejście Aleksandra Buksy do seniorskiej drużyny zbiegło się z pojawieniem się w klubie trójki ratowników. 16-letni napastnik został tamtej szalonej zimy najlepszym strzelcem w sparingach, jakie rozgrywała drużyna Macieja Stolarczyka. Nie było tak, że o istnieniu młodego Buksy kibice Wisły dowiedzieli się dopiero wtedy. Kto żył wydarzeniami w klubie, ten już od kilku lat wiedział, że nadchodzi wielki talent.

Oczywiście, z wielkimi talentami, zwłaszcza w Polsce, jest tak, że nigdy nie wiadomo, kiedy im coś strzeli do głowy, kiedy zniszczą je kontuzje, albo kiedy okaże się, że wcale nie są takie wielkie. Opieranie zimą 2019 prognoz finansowych Wisły o sprzedaż Buksy byłoby lekkomyślnością. Trzeba jednak było brać pod uwagę, że jego talent może wystrzelić. Zwłaszcza w drużynie mającej braki kadrowe, co często otwiera przed młodymi szansę gry. Tym bardziej w obliczu wprowadzenia przepisu o obowiązkowych występach młodzieżowca.

JAK DOBRZE SPRZEDAĆ

Sprzedając talenty na Zachód, można stworzyć właściwie cały klub. Spłacić długi, zbudować infrastrukturę, kupić prawego obrońcę, opłacić trenerów i siatkę skautów. By to robić, nie wystarczy jednak dobrze szkolić. Trzeba jeszcze wyrobić sobie na rynku renomę, która sprawi, że inne kluby będą chętnie płacić dużo akurat za te talenty. Wychowanek szkółki Dinama Zagrzeb na wejściu kosztuje znacznie więcej niż ten sam zawodnik wychowany w szkółce Dynama Brześć. Trzeba wreszcie umieć sprzedawać. Wiedzieć, kiedy przedłużyć kontrakt i na jakich warunkach. Nawet za największy talent ze szkółki mającej największą renomę, nie uda się otrzymać wielkich pieniędzy, jeśli jego kontrakt będzie wygasał za rok. Albo tym bardziej za pół. To sytuacja, której tak obawiał się Bogusław Cupiał. Lata szkolenia, a zanim zawodnik zdążył wnieść do drużyny coś naprawdę dobrego, przychodzi ktoś inny i zabiera go za bezcen. Trzeba mieć długą umowę, bez klauzuli odstępnego, by gdy przyjdzie Barcelona czy inny Juventus, móc mu krzyknąć dziesięć milionów euro.

ROZKWIT TALENTU

Wisła tego nie zrobiła. Wiosną 2019 Buksa zadebiutował w ekstraklasie, jako jeden z pierwszych graczy z rocznik 2003 w ligach europejskich. W sierpniu 2019 strzelił pierwszego gola, zostając najmłodszym graczem, który trafił w polskiej lidze, od czasu Włodzimierza Lubańskiego. Łącznie strzelił cztery gole. Każdy był trudny, efektowny, zdobyty w inny sposób, pokazujący wszechstronność zawodnika. Buksa po półtora roku treningów z pierwszą drużyną nie rozsypał się fizycznie. Nie spędził tego czasu na kozetce w gabinecie fizjoterapeutów. Na pewno nie zwariował. Gdy spytać o opinię na jego temat starszych i bardziej doświadczonych zawodników Wisły, wypowiedzą się w superlatywach. A mowa o takich, którzy widzieli już nie jeden talent, który potem wystrzelił na europejski poziom, ale też wiele takich, które się zmarnowały.

RYNKOWA OKAZJA

Kiedy w piłce trwała przymusowa przerwa, media zaczęły donosić o zainteresowaniu kolejnych klubów europejskich. Z najwyższej półki. Barcelony, Juventusy, Bayerny Monachium. Oczywiście, że nie do pierwszego składu. Oczywiście, że nie po to, by od razu zastąpił Suareza, Lewandowskiego, czy Higuaina. Kluby monitorują jednak rynek. Już samo to, że 17-latek w miarę regularnie gra w europejskiej lidze, zwraca ich uwagę. To, że strzela do tego jeszcze kilka goli, przyciąga je jeszcze bardziej. Z ich perspektywy dać na Buksę pięć milionów euro to niewielkie ryzyko, pozwalające zdolnego nastolatka jeszcze trochę podszlifować. Jeśli rozwinie się w zawodnika światowej klasy, będzie transferowy majstersztyk. Jeśli się nie rozwinie, sprzeda się go do jakiegoś średniego klubu, o co z łatką napastnika Barcelony/Juventusu/Bayernu wcale nie trudno. A w najgorszym wypadku, zmarnuje się pięć milionów euro. Cóż to dla nich wielkiego? Dlatego w zainteresowaniu Buksą największych marek nie było nic niespodziewanego, rozdmuchanego, czy dziwnego. Dziwne byłoby, gdyby żadna z nich się nim nie zainteresowała.

PORZUCONE NEGOCJACJE

Nie jest tak, że w Wiśle przegapili rozwój talentu i mieli związane ręce, gdy najwięksi zaczęli patrzeć na ich zawodnika. Jak opisywał w lutym w sport.tvp.pl ojciec piłkarza, jego syn miał podpisany kontrakt juniorski w formule dwa lata plus opcja przedłużenia o kolejny rok. W sezonie, w którym napastnik zadebiutował w ekstraklasie, rozpoczęły się negocjacje o zupełnie nowej umowie, gwarantującej nastolatkowi lepsze warunki i obowiązującej do końca 2022 roku. Zamiast jednak je kontynuować, klub poinformował, że korzysta z opcji przedłużenia juniorskiego kontraktu Buksy. Ten kończy się 31 grudnia tego roku. Od dwóch i pół miesiąca prawo pozwala już napastnikowi Wisły podpisać obowiązujący od stycznia kontrakt z innym klubem. Za cztery miesiące będzie miał kartę na ręku.

BRATERSKIE HISTORIE

W głośnym wywiadzie dla „Foot Trucka” Jakub Błaszczykowski obarczył winą za nieodpowiednie prowadzenie negocjacji z Buksą Piotra Obidzińskiego, który do kwietnia tego roku pełnił funkcję prezesa. W otoczeniu Wisły w sprawie kontraktu napastnika bardzo długo obowiązywała jedna, całkowicie uspokajająca nastroje narracja. W tym samym klubie kilka lat wcześniej był też Adam Buksa, starszy brat Aleksandra. W seniorskiej drużynie nigdy jednak nie zagrał, bo po rundzie spędzonej w Młodej Ekstraklasie przeniósł się do Novary Calcio, co okazało się błędem. Starszy z Buksów dopiero po powrocie do Polski zaczął w Lechii Gdańsk pokazywać się w seniorskiej piłce. Teraz środowisko Wisły zapewniało, że ojciec obu piłkarzy, krakowski biznesmen, wyciągnął wnioski z historii starszego syna i młodszego już z Wisły nie zabierze.

TEST LOJALNOŚCI

To pewnie byłaby nawet prawda, bo obie historie mocno się różnią. W czasach Adama szkolenie w Wiśle było traktowane kompletnie po macoszemu. W czasach Aleksandra czyniono już kroki, by pokazać wychowankom ścieżkę rozwoju i wejścia do pierwszej drużyny. W efekcie, choć Adam zaczynał w Wiśle, trudno go nazwać wychowankiem Białej Gwiazdy, bo gry w piłkę uczył się też w Hutniku i Garbarni. Aleksander w strukturach akademii Wisły był już od jedenastego roku życia i niewątpliwie jest bardziej związany z klubem. Szybkość eksplozji jego talentu sprawia jednak, że kwestia przestała już być tylko sentymentalna, lecz stała się biznesowa. Na ofertę z Novary Buksa i jego otoczenie by dziś nie spojrzeli, nawet mimo tego, że by mogli, bo taką mają sytuację kontraktową. Gdy jednak przychodzą działające na wyobraźnię zapytania z największych klubów, lojalność jest mocno wystawiona na próbę. Mówimy o poziomie Juventusu, a nie Novary.

SZYBKIE WYJŚCIE NA ZERO

Trudno zresztą mówić o lojalności, skoro Wisła sama zdecydowała się na taką formę umowy. Gdyby przedłużyła z nim kontrakt w zeszłym roku, jeszcze zanim zrobił się wokół niego szum, dziś 17-latek miałby jeszcze 2,5-letnią umowę. Od zainteresowanych klubów można by więc żądać pieniędzy, z którymi Wisła z dnia na dzień mogłaby wyjść na zero. Oczywiście, to nie działa tak, że jeśli kwota transferu wynosi pięć milionów euro, cała wpada następnego dnia na konto klubu. Trzeba się nią podzielić z różnymi stronami, ponieść rozmaite koszty, często rozłożyć płatność na raty. Całości pieniędzy nie przekazuje się też od razu na spłatę długów, bo trzeba myśleć także o bieżącej płynności. Teoretycznie jednak jeden dobrze sprzedany Buksa mógłby rozwiązać kwestię długów. Dzisiaj są, jutro nie ma. Wisła nie ma Buksy, ale jest zdrowym klubem, który wszystko, co zarobi, może inwestować, odciąwszy ciągnący się za nią od wielu lat ogon.

NA ŁASCE PIŁKARZA

Buksy nie uda się jednak dobrze sprzedać. A przynajmniej tak dobrze, jak można było. To już wiadomo. I nie jest to kwestia optymizmu, czy pesymizmu, lecz znajomości rynkowych realiów. Błaszczykowski przedstawił sytuację tak, że od klubu niewiele już zależy. Teraz to Buksa ma sam zadecydować, czy myśli tylko o karierze, czy także o tym, by dać zarobić klubowi, który go wychował. To jasne, że zawodnikowi najbardziej opłaca się zmieniać klub, gdy ma kartę na ręku. Może wtedy otrzymać znacznie lepsze indywidualne warunki i więcej za podpis.

APEL DO EMOCJI

Nawet jednak zakładając, że Buksa zrezygnuje z tego atutu, przełknie, że były prezes potraktował negocjacje z nim nieodpowiednio, a Błaszczykowski, ani nikt inny z władz klubu się o tym nie dowiedział i nie poczuł zaalarmowany, trudno zakładać, że pozbawi się wszelkich atutów. Nie wszystko da się załatwić emocjami i sentymentem. Jeśli w takiej sytuacji podpisze nową umowę z Wisłą, to raczej niezbyt długą i od razu ustalającą warunki jego odejścia, czyli pewnie zawierającą kwotę odstępnego. Taką, która nie zniechęci potencjalnych zainteresowanych, czyli względnie niską. Wisła ogłosi to jako sukces, bo uniknie utraty talentu za darmo, ale w rzeczywistości będzie to mniejsza lub większa porażka. A przynajmniej niewykorzystana wielka szansa. Dopuszczenie do sytuacji, w której tak zdolnemu siedemnastolatkowi za cztery miesiące skończy się kontrakt, to gigantyczny błąd, niezależnie od tego, ile dobrego zrobili ratownicy Wisły.

PRZYKŁAD WERNERA

Jak to działa, pokazał w europejskiej skali przypadek Timo Wernera i Rasenballsportu Lipsk. Kontrakt napastnika reprezentacji Niemiec wygasał w czerwcu 2020. Choć mógł poczekać i lada moment odejść za darmo, dał się przekonać do podpisania nowego kontraktu z klubem, w którym został gwiazdą Bundesligi. Po przedłużeniu kontraktu do 2023 roku odtrąbiono sukces. Tego lata odszedł do Chelsea za 50 milionów euro, podczas gdy za inne gwiazdy Bundesligi – Kaia Havertza i Jadona Sancho – kluby wołają po 100 milionów. Przedłużając kontrakt, wpisał jednak do niego stosunkowo niską klauzulę. Dziś to w Chelsea się cieszą, bo za drobne w skali Europy kwotę kupili potencjalną gwiazdę. A w Lipsku czują niedosyt, bo choć uniknęli utracenia go za darmo, dostali za niego znacznie mniej, niż mogli. Tyle że od pieniędzy za Wernera nie zależy ich wyjście z długów.

KRÓTKIE UMOWY Z AGENTAMI

Zwycięstwem byłaby tylko długa umowa bez kwoty odstępnego, ale interesami Buksy opiekują się zbyt sprawni biznesmeni, by się na to zgodzić. Zwłaszcza że jest przecież jeszcze menedżer. Buksa podpisywał dotychczas zwykle roczne umowy z agentami, wygasające we wrześniu, po zakończeniu letnich okien transferowych. Perspektywa wygaśnięcia umowy i zawsze istniejące ryzyko utraty takiej perły, także na agenta działa motywująco, by przed upływem września doprowadzić do podpisania kontraktu z jakimś klubem. Sytuacja Wisły jest więc w tej kwestii ze wszech miar trudna. Szkoda, bo gdyby po latach powtarzania w tym klubie przez Cupiała, że szkolenie młodzieży się nie opłaca, transfer 17-letniego wychowanka ostatecznie wyciągnął Wisłę ze wszystkich problemów, ta historia miałaby niesamowity walor edukacyjny dla wszystkich polskich klubów. Może zamiast liczyć, że przyjedzie ktoś na białym koniu i spłaci wszystkie długi, zaczęłyby uważniej patrzeć, kogo mają w grupach młodzieżowych.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.